Dewaluuję wspomnienia o tobie
wyprzedaję twoje patenty i pomysły
Zadeptuję nasze ścieżki i kąty
W miejsce po tobie dopasuję kogoś
Już się najadłam, ale ciągle nie jestem nasycona
Narasta we mnie niepokój.
Duszę się we własnych organach
Najlepiej czuję się sama
Chowam się w swoim pokoju
Cześć, piszę do ciebie, bo spotykam się ze Staszkiem, więc siłą rzeczy w weekendy spędzam czas też z Waszą córką. Chciałam żebyś wiedziała, że gdyby była taka potrzeba to jestem otwarta na kontakt z Tobą. Nie musimy się lubić, ale może będzie czasami potrzeba, żeby wymienić jakieś informacje. Generalnie jestem otwarta na dialog w tym obszarze.
Może będziesz chciała wiedzieć, co się działo, albo coś Cie zaniepokoi, albo będziesz miała jakieś wskazówki, jak spędzać z Alą czas, a jak nie. W końcu to ty jesteś matką, pewnie masz jakiś plan. Może właśnie starasz się coś z nią wypracować. Razem będzie łatwiej. Możemy się nie lubić, ale połączmy siły. To zrozumiałe, że wkurwia cię, że twój były układa sobie życie z kimś innym. Jednak pomyśl - byłoby pięknie gdybyśmy współpracowali, gdybyśmy mogli się kolegować, wspólnie sobie pomagać, wychowywać razem nasze dzieci. Miałyby dwa domy i szczęśliwych rodziców. Nie musimy się lubić, ale nie też ma obowiązku się nienawidzić.
Ja… Ja muszę odejść. Przepraszam. Nie jestem pewna, czy mogę związać się z twoim tatą. Jesteś częścią naszego świata, ale ja nie mam do ciebie żadnych praw. Nie mam też prawa cię zostawić, krzywdzić i rozczarować. Przepraszam. Mam nadzieję, że o mnie szybko zapomnisz. Zobacz, Twoja mama nigdy ze mną nie rozmawiała. Nawet nie spojrzała na mnie, kiedy cię jej przekazywaliśmy na parkingu. Byłaś wtedy skrępowana. Ja też. Stałam z dłońmi w kieszeniach, a ty wypinałaś brzuszek i nie wiedziałaś, co zrobić. Kilka kroczków, kręcisz się i wracasz do mamy. Nie powiesz mi „cześć”. Dobrze. Jesteś tylko małym dzieckiem. To my dorośli musimy umieć się dogadać. Taki banał, ale nie wiemy co robić. Brzuch się zaciska i łzy stają w oczach, kiedy mówimy sobie: „to chyba nie to”.
Ostatnio rzadko zdarza mi się być samej. Teraz mieszkam w mieście i dużo łatwiej jest mi znaleźć zajęcia i towarzystwo. Jednak czasami, dość niespodziewanie okazuje się, że jednak muszę być sama. Na szczęście mam ten stan dobrze przećwiczony i opanowany. Od razu na początku zaczyna przeszkadzać cisza, wtedy puszczam muzykę. Następnie zaczyna irytować przestrzeń, a w brzuchu pojawia się uczucie ucisku. Oddech staje się płytszy i coraz trudniejszy. Zaczynam zajmować się czymkolwiek, byle tylko odwrócić myśli od uczucia samotności. Sprzątam, wchodzę do internetu, układam zdjęcia w katalogach, zagaduję kogokolwiek. Można też wyjść na spacer… Albo lepiej na rower. Rower najlepiej zamazuje poczucie smutku i samotności. Wysiłek rozluźnia przeponę, już łatwiej się oddycha. Mkniesz szybko przez miasto, wybierasz ścieżki, mijasz kolejne miejsca i pokonujesz przeszkody. To daje złudzenie siły i władzy. Przynajmniej puki jedziesz – rządzisz. Władasz drogą, prędkością i czasem. Ciało i rower zgrywają się w jedność. Już nie myślisz, już nie czujesz, tylko jedziesz. Dla zabawy szukasz utrudnień, albo przyspieszasz mknąć prosto przed siebie. Tak szybko, żeby stracić oddech. I nagle nie wiesz, gdzie jesteś. Zwalniasz, stajesz na pedałach i jadąc powoli rozglądasz się próbując rozpoznać okolicę. Na czuja odnajdujesz drogę do domu. Nawet nie wiesz, kiedy popołudnie zmieniło się w noc. Pojawiła się rosa, zrobiło się znacznie chłodniej. Kiedy w końcu docierasz do domu jesteś tak zmęczony, że po prostu bez myślenia padasz do łóżka. Alarm zażegnany.
Patrzę na ludzi, których mijam. Patrzę na urywki ich życia. Życia zlepionego z westchnień i bólu. Życia, które zagapiło się w telewizor, lub smartfona, i nie wiadomo, kiedy minęło. Zastanawiam się, czy tym ludziom tak jak mi ciężko znosić samotność. Puki zajmuje ich codzienność, zanim odłożą telefon na półkę nocną i zanim go rano podniosą. Czy gdzieś pomiędzy tymi wrzaskami i skurczami niechcący pomyślą czasami „to wszystko nieprawda”?
Głowa raz skażona bezsensem nie zazna więcej spokoju. Jak dziewczyna szamana. Już zawsze będzie wątpić.
Przypominam sobie tamten wieczór u ciebie w mieszkaniu. Myślałam, że będziemy razem. Nie wiedziałam, że coś jest nie tak. Nie czułam niepokoju. Siedziałeś w szarym dresie z białymi troczkami wciśnięty w kąt kanapy. Mówiłeś ciężko o tym, że do siebie nie pasujemy i wraz z zapadającym zmrokiem stapiałeś się z szarością. Wgniatała cię wielka, niewidzialna bańka wyrzutów sumienia, oczekiwań i ocen. Przygniatała cie tak, że właściwie nie mogłeś się poruszać. Zacząłeś od słów „boję się…”. Dalej następowała seria usprawiedliwień i racjonalizacji. Zapytałam wtedy siebie, czy mogę żyć z tym twoim strachem?
Ścieram kurze, układam ubrania w szafie, zmywam naczynia. Chodzę po mieszkaniu. Chodzę i sprzątam, a w głowie chaos. Myśli powracają w kółko, nie wiem, jak je ułożyć, nie wiem, co z nimi zrobić. Wracam wyobraźnią do tych szczęśliwych momentów. Stoimy razem nad brzegiem polodowcowego jeziorka, wokół piękne pagórki, woda jest zimna, ale nie możemy przepuścić okazji do kąpieli. Odwracam głowę, żeby się nakapać łzami na naczynia w zlewie. Nie umiem sobie tego ułożyć, nie umiem rozumieć. Im bardziej porządkuję rzeczy wokół siebie, tym większy bałagan czuję w środku. Od stania i chodzenia już spuchły mi nogi.
- Gdzie jesteś?
- W twojej głowie.
- To idź już sobie, proszę.
Musze rozbić się o skały,
które wydają się właściwą drogą,
albo nadal będę błądzić we mgle
sądząc, że to było wyjście
i ty księżycu drugi,
zdrajco odbity w szybie,
potrafisz mnie oślepić,
zmylić kierunki nocy
A może stać w miejscu
i czekać na słońce
aż ogrzeje i uniesie mgłę
odsłaniając prawdziwe kształty skał?
Lecz serce z kamienia
szuka bliskiej sobie materii.
Pragnie wrócić do źródła
Gdzie kiedyś było lawą.
Gdzie kamień obok głazu
płonie i topnieje
Nie liczę się z pożarem statku,
na którym płynę przez czarny ocean.