Wracam tu w trwodze, pełen obaw i lęku, nie widząc już ani jednej gałęzi, której mógłbym się podtrzymać. Niczym ślepiec błąkam się, próbując obrać ster w kierunku, który niegdyś dostrzegłem. Dziś milknę, szarymi, rozmazanymi konturami postrzegając rzeczywistość, która mnie otacza. Trwam coraz słabiej, świadom braku ratunku, który mógłby mnie wyzwolić. G.












