Mówi Avital Ronell.
Dziś w radiu komentator ekonomiczny zadał pytanie cytatem z premier Kopacz. Kwestia dotyczyła napływu do Europy ludzi spoza Unii i w ustach polskiej prezes Rady Ministrów ułożyła się następująco: “Musimy też jasno sobie powiedzieć, że nie stać nas na przyjmowanie imigrantów ekonomicznych. Że nasze działania nie mogą przyciągać niekontrolowanej liczby imigrantów. Musimy razem określić listę krajów bezpiecznych, do których będziemy odsyłać emigrantów ekonomicznych. Mamy moralny obowiązek zająć się uchodźcami, których nie ma gdzie odesłać, ponieważ groziłoby im to wielkim niebezpieczeństwem lub nawet śmiercią. Tym ludziom Unia musi pomóc. Tylko wprowadzenie takiego rozróżnienia obniżyłoby presję migracyjną na nasze granice co najmniej o połowę. Wierzymy, że solidarność europejska w obszarze migracji musi być odpowiedzialna. Rozumiemy przez to możliwość podjęcia przez państwa członkowskie suwerennej decyzji o skali swojego zaangażowania, która odpowiada jego realnym możliwościom.”
Bądź monogamistą, powtarzam w duchu, i rozwijaj to.
Udałem się na imigrację wewnętrzną i nie uczyniłem rozróżnienia z emigracją wewnętrzną. Pierwsze, co we mnie wybrzmiało, to kobiecy głos, znajomy głos z radia, głos, o którym mogę najpierw powiedzieć, czego w nim nie ma – to nie jest głos intelektualistki. Brak w nim szumu kawiarni w starym stylu, gdzie zachodzi się po piękność z przypadku. Brak w nim też ciszy prowincjonalnej cukierni, gdzie siada się za tajemnicą. Brak w nim życia i żywotności, brak roziskrzonych czy cieniami roztańczonych ciekawości. Nie mieszka w nim kocia chwytliwość, radość, gibkość, ani gościnność dla rodzących się na peryferiach myśli nowych pojęć. Ten głos nie udziela im swojego ciepła, ot z czystego zachwytu, to nie jest głos-łodyga, -kwiat i -motyl, to nie jest głos w ogrodzie, ani głos ogrodu w łące. Słyszę: “nie stać nas na tych, którzy nie dają rady”. “Nie stać nas na imigrantów wewnętrznych ekonomicznych”. “Nie stać nas na własną biedotę”. I dalej, że nie stać nas na tych, którzy konkurują o nasze pieniądze. I dalej, głębiej we mnie, migotliwe jak spóźniony, spieszący się w znikającą ciemność biały królik, że zwłaszcza nie stać nas na tych, którzy daliby radę pieniądze nam odebrać. Głos w różnym natężeniu, zachodzący na siebie wielowarstwowo, to aksamitnie, to w nagłym chropowatym blipie, muzyka nieświadomej hakerki, która sampluje swoje “nasz” z soundscape'ów NASA.
Tu nie chodzi o perfekcję. Tu nie chodzi o przyrost +1. Zawsze można być jeszcze bogatszym. I jeszcze bogatszym. I jeszcze bogatszym. Tu nie chodzi o tępą nieskończoność serii, która czyni z ciebie rosnący kontynent-pustynię. Tu chodzi o aktualną nieskończoność, która otwiera się w 1, gdy nagle w określonej ramie widzimy niewyczerpaną nowość.
Polscy komentatorzy radiowi w-skazują mnie, Polaka w Londynie: “emigrant ekonomiczny”. Polska musi być bogatsza, mówią, żeby 1) Polacy nie wyjeżdżali 2) żeby wracali. Ale ja jestem w Londynie, bo Londyn jest egzotyczny. Bo tu jest dużo imigrantów. Rozważałbym Polskę jako mój dom tylko wtedy, gdyby zaczęłoby tam być mniej Polaków, a więcej imigrantów, więcej języków, kultur i karnacji. Więcej ekonomii. Gdyby te pejzaże otworzyły się na nieznane sobie możliwości. O których nie wiedzą, że w nich tkwią. A nie wiedzą, że w nich tkwią. Dlatego zamieszkuję również w Polsce, ciągle i ciągle. Bo sam jestem imigrantem ekonomicznym. Tak jak każdy.
Moja teza od początku była poliamoryczna. I pozostaję jej wierny. Nie uganiam się za tekstami-spódniczkami straszącymi ISIS, trudnością asymilacji kulturowej i brakiem miejsc pracy. Sam mam problem z asymilacją kulturową w Polsce i z utrzymaniem się tam z zajęcia, które nie byłoby egzystencjalnie opresywne. W najmniejszym stopniu nie obawiam się, zamieszkując Islamem nasycone londyńskie dzielnice, że zostanę nagle zaatakowany. Ci ludzie oddani są boskim subtelnościom, nie wpatrują się we mnie zbytnio, byłbym nowotworem egotyzmu, gdybym pochlebiał sobie w ten sposób. Niepewnie czuję się natomiast, gdy w moich grubych okrągłych oprawkach zbłądzę gdzieś na polskiej wsi. Czuję wtedy zawsze przyciężkie chłopięce spojrzenia sięgające po mnie spod daszka przystanku. Gdybym zapragnął przejść się przez tę wieś w szpilkach, dostałbym zaraz behawioralny wpierdol. Najchętniej by mnie zabili. Albo zerżnęli.
Możesz zaczytywać się, sięgać po kolejne filmy, przesłuchiwać płytę za płytą i wychodzić na eventy, ale jedynie konkret posuwa cię do przodu.
Mówi moja dziewczyna, żona, Beata.