Podobno życie to wielki plan. Wszystko ma sens, wszystko jest zaplanowane, a każdy krok prowadzi do jakiegoś wielkiego celu. Tak przynajmniej mówią poradniki motywacyjne, które czyta się zwykle o drugiej w nocy, kiedy człowiek zastanawia się, gdzie dokładnie ten plan się zgubił.
Tymczasem rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Życie częściej przypomina improwizację niż perfekcyjny scenariusz. Nagle pojawia się sytuacja, której nikt nie przewidział. Plan A rozpada się szybciej niż tania parasolka na wietrze, a plan B okazuje się czymś, czego nawet nie wpisaliśmy na listę.
I tu zaczyna się ironia całej sprawy. Właśnie w tych momentach dzieje się coś najciekawszego.
Bo nagle ktoś pojawia się w twoim życiu całkowicie przypadkiem. Wcale nie wygląda jak bohater romantycznej historii. Nawet nie spodoba ci się od razu. Szokujące, prawda. Okazuje się, że nie wszystko działa jak w komedii romantycznej.
Albo w radiu leci piosenka, której wcześniej nigdy nie słyszałeś. I nagle coś w niej zostaje. Melodia, jedno zdanie, fragment refrenu. Człowiek przez chwilę czuje coś dziwnego. Spokojnie, to tylko emocje. Zdarza się.
Czasem wystarczy jeden uśmiech w tłumie. Jedno zdanie, które ktoś rzuci mimochodem. Jedna rozmowa, która nie miała nic znaczyć. I nagle dzień, który zapowiadał się kompletnie przeciętnie, przestaje być przeciętny.
Najzabawniejsze jest to, że tych momentów nie da się zaplanować. Nie pojawią się w kalendarzu między spotkaniem a zakupami. Nie przyjdą na komendę, choćbyśmy bardzo próbowali wszystko kontrolować.
Może właśnie na tym polega cały sekret życia. Nie na wielkich planach, które rozpadają się przy pierwszej lepszej okazji, tylko na tych drobnych, absurdalnie przypadkowych chwilach.
Trochę irytujące. Trochę piękne.
I niestety nie da się tego zaplanować.














