Pisać czy nie pisać? – oto jest pytanie! O fanfikach krótkie sprawozdanie!
Powiem wam szczerze, że kiedyś nie lubiłam fanfików. Nie, nie dlatego że wielu młodych autorów (i nie tylko młodych!) pisze niegramatycznie i niestylistycznie. W końcu, gdy ktoś dobrze poszuka, znajdzie w tym morzu różności kilka zacnych perełek.
Nie, chodziło o coś zupełnie innego. Kiedyś uważałam, że pisanie fanfiction to dla osoby aspirującej do bycia pisarzem krok w tył. Jaki pożytek możesz mieć z bawienia się cudzymi bohaterami? Po co pisać historie, których i tak nie możesz wydać? Co to za sztuka napisać coś, gdy nie musisz nawet wymyślać własnych postaci, tworzyć im osobowości, zainteresować nimi czytelników, i tak dalej, i tak dalej?
„To dobre dla dzieci” – myślałam.
Ostatnie dwa laty wiele mnie nauczyły. Pokochałam fanfiction – momentami nawet aż za bardzo (ograniczanie się do fanfików po pewnym czasie rzeczywiście może zaszkodzić autorowi, ale o tym potem). Zrozumiałam, że operowanie bohaterami ulubionych serii (książkowych, filmowych, anime) może przynieść autorowi wiele korzyści.
Po pierwsze – co jest dosyć oczywiste – łatwo o znalezienie czytelników. Zazwyczaj, gdy publikujesz coś własnego, ale tak w stu procentach własnego, prędzej czy później musisz bawić się w akwizytora. Ludzie nie wiedzą, kim jesteś. Twoje nazwisko nic dla nich nie znaczy. Stanowisz zaledwie kroplę w morzu debiutujących autorów. Możliwe, że będziesz jak J. K. Rowling i na swojej pierwszej książce zarobisz masę kasy. Ale NAWET gdyby miało tak być, wcześniej musisz przejść przez wiele trudnych etapów. Proces wydawniczy, korekta, redakcja, sracja, okładka, reklama… Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. A przecież człowiek jest tylko człowiekiem i ma swoje wątpliwości.
„Czy ja naprawdę powinienem się w to pchać?”
„Czy ja w ogóle umiem pisać?”
Kto odpowie na te wszystkie pytania? Ano właśnie – czasami może to zrobić fanfiction.
Nie musisz martwić się szukaniem odbiorców – oni już tam są, chętni do przeczytania opowieści z udziałem ulubionych bohaterów. Nie musisz budować uniwersum, ani tworzyć własnych postaci – ale o tym już mówiłam. Co ważnego z tego wynika?
To, że ludzie, do których skierowane są twoje fanfiki, oceniają cię przede wszystkim za styl i sposób prowadzenia narracji. Innymi słowy – za cały warsztat rzemieślniczy (gorąco polecam felieton Feliksa Kresa o „artystach i rzemieślnikach”). A to jest dla pisarza rzecz diabelnie ważna. A poza tym, tworzenie opowieści, której nie zamierzamy formalnie publikować… otwiera możliwość eksperymentowania.
Fanfiki nie zapewnią ci nieśmiertelności. Nie wydasz ich. Jest niemal pewne, że kiedy „szał” na daną serię minie, ludzie o nich zapomną. ALE póki są, możesz się nimi bawić. Wykorzystać do osobistego treningu. Nawet jeśli nie piszesz idealnie i popełniasz masę błędów, trenuj na fanfikach! Bo niby na czym innym miałbyś trenować – na wypracowaniach w szkole? Okej, zgoda, wypracowania też czegoś tam uczą, ale… chyba rozumiecie, o co mi chodzi?
W fanfikach możesz sobie na wiele pozwolić. Między innymi na wrzucenie do dialogów wulgarnego języka, co na typowej lekcji polskiego byłoby całkowicie niedopuszczalne. A tak w ramach dygresji – sądzę, że chowanie nieocenzurowanych tekstów przed młodzieżą trochę mija się z celem. W naszych czasach co poniektórzy gimnazjaliści (a nawet uczniowie podstawówek) klną gorzej niż dorośli. A i do pornoli łatwo zdobędą dostęp – nawet nie muszą się specjalnie starać, serio. Zresztą, zwykle czynią to często, bo wszystko, czego zabraniają dorośli jest wielce podniecające i atrakcyjne, a łamanie zakazów dodatkowo zwiększa szanse na zyskanie poklasku kolegów. Już lepiej otwarcie z nimi o tym wszystkim (seksie, bluzgach) otwarcie porozmawiajmy, zamiast kusić zakazanym owocem. A nuż się czegoś nauczą? Ale mniejsza o to. Wróćmy do pisania.
Każdy autor ma prawo napisać fanfika w stylu wulgarnym, niewulgarnym, słodkim, arcysłodkim, gorzkim, poprawnym, niepoprawnym, fluffowym, angstowym i generalnie dowolnym możliwym*. Bo co? Ktoś mu zabroni? Co najwyżej zmieszają go z błotem! Ale to, w zasadzie, też ma swoje plusy, gdyż można wypróbować różne sposoby radzenia sobie z hejterami, jeszcze PRZED opublikowaniem autorskiej powieści. Osoby nam nieprzychylne zawsze były i zawsze będą – nie urodził się jeszcze pisarz, malarz czy muzyk, który tworzyłby dzieła zadowalające WSZYSTKICH. Ktoś ma święte prawo do skrytykowania cię… ale ty nie masz ustawowego obowiązku udzielenia odpowiedzi. Możesz odpowiadać, nie odpowiadać, wzruszyć ramionami, ziewnąć, zapłakać albo puścić bąka. Możesz zrobić, co chcesz. Kiedyś odnajdziesz idealną reakcję – a do tego czasu nie zniechęcaj się do fanfików!
To jedna sprawa. Natomiast druga jest związana ze zwykłą, surową radością tworzenia. Czasami, gdy w grę wchodzą pieniądze i wydawnictwa, autor zaczyna odczuwać solidne pokłady presji. Nie mówię, że w fanfikach nigdy tego nie ma (kto nigdy nie zaznał blokady twórczej, niechaj pierwszy rzuci klawiaturą!), ale umówmy się – fanfiki piszemy PRZEDE WSZYSTKIM dla frajdy. Dla siebie. Dla fanów (jeśli ich mamy). Dlatego możemy wyluzować, nie martwiąc się - że tak powiem – „konsekwencjami dalszymi”.
Oczywiście jest też „ciemna strona” – a nawet więcej niż jedna. Dla mnie największym zagrożeniem ze strony fanfików były momenty, w których tak bardzo tonęłam w fandomie, że budziłam się w środku nocy i uświadamiałam sobie, że wcale NIE chcę tworzyć własnych postaci i pisać własnych książek… No bo przecież JAK moje własne wymysły mogłyby dorównać ulubionym bohaterom z YOI, Haikyuu albo czegokolwiek innego?
Przez pewien czas tak miałam. Na szczęście mi przeszło.
Aczkolwiek kogoś innego ten problem może w ogóle nie dotyczyć. Moim zdaniem nie ma „dobrych” i „złych” powodów, dla których piszemy fanfiki. Ktoś może publikować w internecie z nudów, dla zabawy, albo i dla „fejmu”, a i tak ma szansę stworzyć coś niesamowitego. Jak powiedział kiedyś Feliks Kres – powód się nie liczy.
A zatem, moje zdanie jest takie – piszmy! Piszmy te fanfiki i bawmy się! Tu dostaniemy po nosie, tam czegoś się nauczymy, czasami będziemy płakać, ale też okazjonalnie odtańczymy taniec radości, bo „komuś to się spodobało i zostawił nam takiego zarąbistego komenta!”
















