"Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?" lub jak kto woli "Why men love bitches". Zbawienie lub potępienie. Czytam i nie mogę uwierzyć- jak nisko się cenię i na jak wiele pozwalam facetom z powodu braku pewności siebie. Mózg rozjebany. A niby twardo stoję na ziemi i mam opinię suki, pozory tak bardzo mogą mylić. Ostatnio udowodniłam sobie i wszystkim dookoła, że nie mam do siebie szacunku i nie znam życia.
Zawsze faceci wokół adorowali mnie, to ja mogłam dokonać wyboru- angażować się czy nie. W końcu trafiła kosa na kamień- pojawił się jeden, niewyobrażalnie czarujący, którego ja musiałam zdobyć i zwrócić jego uwagę. Zawaliłam od podstaw do samego sedna sprawy. Pierwszy raz nie ja miałam wybór, tylko on. Z małej litery pisany, ponieważ okazał się chujem bez moralności lub po prostu niedojrzałym, nieszanującym innych, lekceważącym pajacem, dla którego nie istniało nic takiego, jak czyjeś uczucia, problemy lub zobowiązania. Tylko on, jego praca, jego studia, jego obowiązki, jego przyjaciel (podejrzane?). A ja jak idiotka zawsze gdzieś w pobliżu. Żałuję tej relacji i nie żałuję, ponieważ to, co zrobiłam przez te 2 tygodnie nierównej walki, możnaby nazwać prawdziwą szkołą życia. Na błędach uczymy się najwięcej, więc mój umysł nagle zaczął sięgać dalej w relacjach międzyludzkich. Olśniło mnie i teraz już wiem co można zrobić, żeby wyjść na naiwną, zdesperowaną dzikuskę, jakich dziesiątki obserwowałam w życiu. Nie sądziłam, że ja także na taką łatkę zasłużę. A jednak, sama ją sobie przyczepiłam, bo mam wrażenie, że moi bliscy za bardzo skupiają się na tym idiocie, nie chcąc mnie jeszcze bardziej pogrążać i nazywać. Żałuję dlatego, że teraz będę czuć strach przed kontaktem fizycznym z moim potencjalnym facetem, tym z którym będę się spotykać. Niestety wspomnianemu wcześniej chłopaczkowi pozwoliłam na zbyt wiele. Czuję, że na czole miałam wyryte "jestem w Tobie zakochana jak niegdyś panie w Elvisie". Brzmi jak ślepa, nieopanowana burza hormonów skierowana w jedną stronę, nieakceptująca odrzucenia, łamiąca lody, a zarazem obnażona do zera. Jednym słowem- z góry skazana na porażkę. Wszystko skończyło się tak szybko, jak i się zaczęło. Boleśnie i w na tyle ważnym momencie, że zapamiętam wystarczająco długo, by więcej tych błędów nie popełniać.
Wesele mojego przyjaciela. Wyjazd o 9 rano w sobotę, a X pytany przeze mnie w piątek o 22.30 na Fb, czy jest już gotowy, odpowiedział: "Sorry, nie mogę jechać, bo jutro muszę być w pracy. Miałem Ci powiedzieć wcześniej, ale zostawiłem telefon w domu."
Siedziałam z laptopem na środku salonu. Atmosfera w domu zgęstniała na kilka sekund. Moja mama pyta, co się dzieje. Ja milczę. Łzy napływają mi do oczu hektolitrami. Nadal w bezruchu. Czuję, że robię się czerwona. Mama idzie z kuchni. Czuje co się dzieje. Rodzice już wiedzą. Tak przeczuwali obserwując moje emocje i zachowania w stosunku do niego. Ja nie ogarniam. Nie nadążam. 10 godzin do ślubu. Jest 23. Mogłam wcześniej zaprosić kogoś innego. Mogłam. Ale uwierzyłam. Dlaczego dałam się nabrać? Patrzenie w lustro, w zapłakaną twarz, sprawiało mi więcej bólu, niż perspektywa pójścia samemu. Nie mogłam znieść swojego widoku. Na kogo ja patrzę? Na najbardziej tępą kobietę (a może dziewczynkę?), jaką znam. Nie znam. Nie znam siebie.
Histeria wewnątrz i na zewnątrz. Nie z powodu jego braku emocji i niedojrzałości. Z powodu mojej głupoty. Nie mogę sobie wybaczyć tego, że dałam się tak potraktować. Słowa nie miały tu żadnego znaczenia, skoro nie potraktował poważnie tego, co mówiłam mu na temat nowożeńców i ślubu- jak ważne jest dla mnie to wydarzenie. Tylko moje zachowanie, które dało mu pozwolenie na takie traktowanie mnie. Pomijam kwestię opłaconego miejsca dla mojej osoby towarzyszącej, nie mogłam spojrzeć mojemu przyjacielowi, a za razem trenerowi i poniekąd pracodawcy, w oczy. Tego bałam się najbardziej.
Opinia na mój temat? Nie obchodzi mnie to, widzę, że ludzie oceniają jego zachowanie jako denne, a moje- standardowe (zakochana laseczka, co ona może). Poza tym, Ci, którym on cokolwiek na mój temat powie, może nawet każdemu napotkanemu wmówić, że uprawiałam z nim dziki seks- kiedyś zobaczą, że takiemu człowiekowi nie można ufać, bo on nie szanuje nikogo poza sobą.
Zaczynając ode mnie- ilu facetom w życiu zrobiłam nadzieję, a potem starałam się wszystko obrócić w żart, bo tak naprawdę bawiłam się ich adoracją w stosunku do mnie. Teraz musiałam sama to przeżyć, żeby poczuć taką krzywdę, jaką robiłam innym.
Kończąc na nim- kiedyś ktoś pokaże mu ile można stracić traktując ludzi gorzej niż siebie, a ich sprawy stawiając poniżej swoich. Nie będę to ja, bo nie chcę tego pół-człowieka spotkać nigdy więcej, ale mam nadzieję, że jego szkoła życia będzie jeszcze boleśniejsza niż ta, którą właśnie zaliczyłam.