Bo ile razy można składać siebie z tych samych kawałków,
tych, które już znają smak upadku,
udając, że tym razem powstanie coś innego —
coś, co przetrwa choć jeden spokojny dzień?
Bo ile razy można błagać o litość z tych samych ran,
które nauczyły się krwawić bezgłośnie,
udając, że tym razem ból naprawdę minie,
że nie wróci nocą, cichszy, ale głębszy?
Dusza przebudzona szepcze: ucieczka nie jest grzechem —
to świadomy krok w otchłań,
kolejny etap, nie koniec,
jak przejście przez drzwi, które zawsze tu były,
ale dopiero teraz masz odwagę je dostrzec.
Nie klęknę już więcej przed lustrem złudzeń,
które odbijało nie mnie, a oczekiwania świata.
Nie będę składać obietnic, których nie da się dotrzymać,
ani wierzyć w słowa, które dawno straciły znaczenie.
Wybieram wolność śmierci jak ptak,
który nie pyta, czy niebo go przyjmie,
tylko rozdziera ciszę skrzydłem
choćby miał spaść — byle nie zostać.
Cienie przeszłości odpływają z każdym oddechem,
jakby wreszcie ktoś odwiązał je od moich ramion.
ich ciężar się rozpuszcza,
ich obecność przestaje być wyrokiem.
Przebudzona dusza wie: to nie porażka, to odrodzenie —
nie triumf, nie zwycięstwo,
że nie wszystko musi być naprawione,
Bo ile razy można nosić kajdany z tych samych łańcuchów,
które wrosły w skórę jak druga natura,
udając, że tym razem ciężar będzie lżejszy,
że wystarczy jeszcze trochę wytrzymać?
Ile razy można przekonywać siebie,
kiedy sens dawno przestał odpowiadać?
ale jak w prawdę, która niczego nie ukrywa.
Śmierć to most do Źródła,
rozpuszczenie formy, która już nie mieści duszy,
cisza, która nie wymaga wyjaśnień.
I może właśnie w tej ciszy
niż we wszystkich odpowiedziach,
które kiedykolwiek próbowały mnie zatrzymać.
których nie przekracza się krzykiem —
które wreszcie przestaje się bać.