Mnie już nie ma.
Fajne otwarcie, nie? Takie teatralne, z patosem i bez sensu. Ale fajne.
Ostatnie miesiące... szukanie powodów żeby rano wstać, szukanie powodów żeby nie wybić zębów temu idiocie w pracy (ale już uciekał do swojego pokoju), szukanie... w sumie nie wiem czy naprawdę czegoś szukam, czy tylko jak zwykle ładnie wymówki układam.
Jak człowiek żyje, nawet bylejak, to jednak ma gdzieś z tyłu głowy, że przed nim jeszcze wiele lat. Straciłem to. I z jednej strony dużo we mnie "zacznij żyć i myśleć o sobie" a z drugiej "po co robić cokolwiek skoro jutro może Cie nie być?". Siedzę okrakiem na barykadzie i strzelają do mnie z obu stron.
Zrzeczenie się spadku po ojcu było z pewnością dobrym posunięciem. Zabezpieczyłem choć trochę przyszłość dzieciaków. Oraz straciłem miejsce które uznawałem za "moje". Pewien facet którego nie lubię powiedział kiedyś, że w tym wieku powinienem mieć już "swoje" miejsce, a nie ciągle wracać do przeszłości. Głupi kutas. Pewnie miał rację.
Przerwałem leczenie, nawet nie dlatego, że niespecjalnie dawało rezultaty. Po prostu po kolejnej wizycie na której nie było mojego lekarza tylko jakiś rezydent, po kolejnej porcji tego, co powinienem sobie zorganizować, żeby to leczenie miało sens, odpuściłem. Bo gdybym był w stanie sobie sam organizować różne rzeczy, to by raczej znaczyło, że nie potrzebuje tego leczenia. Oczywiście wiem, że w realiach polskiego NFZ oczekiwanie, że lekarz zajmie się tobą od A do Z to mrzonka. Wstałem i wyszedłem.
Ale zanim zrobię coś głupiego, to jednak ładnie się ubiorę i przyjadę Ci się pokazać. Z burbonem. Po burbonie będę Ci się bardziej podobał. Albo szczerze mi powiesz, że jednak Ci się nie podobam. In burbon veritas, czy jakoś tak. Wolisz trampki czy skórzane półbuty? :)