Podróż autostopem po Krymie była jedną z najpiękniejszych, jakie odbyłam w życiu. Góry, morze... i przystanki.

titsay

Discoholic 🪩
Cosmic Funnies
I'd rather be in outer space 🛸
Game of Thrones Daily
Claire Keane
ojovivo
No title available

❣ Chile in a Photography ❣
noise dept.
Jules of Nature
RMH

Love Begins

JBB: An Artblog!
styofa doing anything
$LAYYYTER
NASA
sheepfilms

pixel skylines

★
seen from Australia
seen from Malaysia
seen from United States
seen from Türkiye

seen from United Kingdom

seen from United States

seen from Malaysia

seen from United Kingdom
seen from Croatia

seen from United States

seen from Finland

seen from T1
seen from United Kingdom
seen from United States
seen from Canada

seen from Malaysia

seen from United States

seen from Malaysia

seen from Hungary
seen from United States
@sitersburg
Podróż autostopem po Krymie była jedną z najpiękniejszych, jakie odbyłam w życiu. Góry, morze... i przystanki.
Codzienność obcokrajowca w Rosji. #streetartmuseum #petersburg #russian #burocracy
Zachod juz dawno poddal sie szatanowi. Odrzuccie przeklete Earl lgreye i Liptony. O blogoslawienstwo popoludniowej herbatki zwroccie sie do sw. Aleksieja. Sympatycy goryczki docenia napar Kseni Blazennej. Teraz w dedykowanych pudelkach, ktore wzbogaca twoj kuchenny ikonostas.
W ciągu tych kilku lat na Krymie po Ukrainie zostały się tylko “wyjścia awaryjne” nalepione na oknach marszrutek i nazwy ulic. Rosyjska agitacja idzie za to pełną parą. Na billboardach, w księgarniach, w sklepach z pamiątkami niebiesko-biało-czerwono. Nawet napisy na murach zdają się iść z prądem...
...choć nie wszystkie.
Otczestwo
Gdy kilka lat temu dostałam swój pierwszy dyplom uczelni wyższej, mojej mamie zrzedła mina. Wśród takich informacji jak imię, nazwisko, czy data urodzenia znajduje się również rubryczka “imię ojca”. A na co to komu? A dlaczego nie zapisano imienia matki? Trochę wzruszyłam ramionami, trochę zaśmiałam się nad “tradycjami” mojej średniowiecznej uczelni... no... a potem pojechałam do Rosji.
W Rosji, prócz imienia, każdy posiada również otczestwo (imię ojca). Otczestwo jest w zasadzie równoważne imieniu. Jeśli nie jest się z kimś na “ty”, to, zamiast zwracać się do niego per “pan/pani”, używamy jego otczestwa. Na przykład: “Igorze Pawłowiczu” (czyli Igorze, synu Pawła), “Anno Władymirowno” (Anno, córko Władymira) itp.
Gdy w Symferopolu staliśmy wraz z moim hostem 2h w kolejce do rejestracji i przyszło mi zapełniać rubryczki, bąknęłam coś, że nie lubię idei otczestw i pospieraliśmy się o to trochę. No bo wiecie... Ja, że jak otczestwo to dlaczego nie matczestwo, że narzucanie tradycyjnych standardów (bo np. co, jeśli ojciec jest nieznany), że mnie, przyzwyczajonej do nazywania wszystkich “pan/pani” trudno wszystkich spamiętać i że w ogóle przeżytek. On, że naturalny porządek rzeczy, że święta rola ojca, że szacunek wobec tradycji... oszczędzę Wam dalszych dywagacji. Wiecie, o co chodzi.
Tak, czy inaczej, uprzejmie donoszę, że niechcący utarłam nosa uświęconej tradycji.
W moim paszporcie stoją obok siebie moje dwa imiona i tak samo przekopiowano je na wizę. Rosjanie we wszystkich druczkach automatycznie zapisują moje drugie imię jako otczestwo (czasem, gdy wyrywają się z letargu, pytają, czy naprawdę mój ojciec ma na imię “pączek”).
Drugie imię mam po babci. In your face, Russia!
- Przy przylaczniu glosowalem za Ukraina. Nikt za mna nie stal z karabinem. - Dlaczego za Ukraina? - Bo po co sie rozdrabniac z samym Krymem? Jak juz przylaczac do Rosji to w calosci. #krym #krymstagram #simferopol
"Nie stac przy oknie" #russian #paradiselost
Jadę ci pabiedzić.
Na wszyskich większych skrawkach chodnika - próby do pochodów, we wszystkich sklepach pocztówki i czapki - krasnoarmijki, na piersiach sprzedawczyni, profesorki i dentysty przypięte okazjonalne wstążeczki. Przygotowania do 9 maja mają większą pompę, niż przygotowania do Wielkanocy. Już czuję magię tych świąt.
Fot. Agnieszka “Blin” Komór
Psków i Izborsk - impresje
Fot. Agnieszka “Blin” Komór
We at Bored Panda love to see history come alive, which is why we think you'll also like this series of colorized photos by Russian Flickr user klimbims. Russia's history reads likes a novel--which may be why it has been the subject of so many novels--and these colorized photos bring that history into the modern age.
Polecam uwadze. Rzadko ma się okazję spojrzeć w błękitne oczy snajpera.
Link powyżej - kolorowi żołnierze radzieccy w Berlinie, roztęczowiona rodzina Romanowów i wciąż czarno-biały święty.
Lepsza połowa Kronsztadu
Mój stosunek do Petersburga i jego atrakcji turystycznych pewnie przebija z moich dotychczasowych notek o nim... choć w zasadzie, to nie wiem, czy przebija, bo mało o nim piszę. To też jakaś informacja.
Kronsztadt polecały mi osoby, które rozpływały się w zachwytach nad Grodem Piotrowym. Te budynki! Te doki! To morze! Od razu wiedziałam, że będę kręcić nosem. I choć muszę przyznać, że twierdze ulokowane na wysepkach wokół miasteczka robią wrażenie, a wielgachna cerkiew w centrum błyszczy się jak psu... zęby, to daleko było mi do zachwytu. Na szczęście szybko natknęłyśmy się na zrujnowaną część miasta. I to o niej chcę właśnie napisać.
Wyspa Kronsztadt od XVIII wieku służyła za bazę wojskową i przez długi czas prosperowała będąc przy okazji miejscem, do którego wysyłało się młodych rekrutów (w mieście mamy więc mnóstwo pomników typu “tutaj przez 1,5 roku służbę wojskową odbywał Ajwazowski”). Po rewolucji początku XX wieku miasteczko straciło swoje strategiczne znaczenie. Przemysł upadał, wojskowe rejony zaczęły się wyludniać. Połowa miasteczka jest więc ruiną, w której całe osiedla są opuszczone i wywiewają resztki życia przez porozbijane szyby.
Chodzenie po podwórkach sprawiało nam ogromną frajdę. Zwłaszcza, że większość drzwi była pootwierana, a klatki schodowe stały przed nami otworem.
W północno-wschodniej części wyspy, wśród całej masy opuszczonych budynków, znalazłyśmy jeden, którego wnętrze odebrało mi mowę. Weszłyśmy bowiem do miejscowej galerii sztuki miejskiej.
Mały filmik z frontu:
Trafiłyśmy też nieco dalej na wystawę z Międzynarodowego Festiwalu Ekologicznego. Prezentowane były prace ze śmieci i złomu... idealnie tym samym wpisywały się w otaczający je klimat.
Tytuł pracy: “Rosyjska idea”
A tutaj cudowna sprawa - portret Modesta Musorgskiego (musor - ros. śmieci).
Całość dopełniłyśmy wypiciem herbatki i zjedzeniem pizzerinki w miejscowej kawiarni o nazwie “kawiarnia”. Z Kronsztadu wracamy szczęśliwe i już guglamy miejsca na petersburskie urbexy.
Fot. trochę Agnieszka “Blin” Komór, a trochę ja
Zamierzasz wybrać się do Petersburga, by zachwycić się jego splendorem? A może już tam byłeś i chciałbyś odświeżyć pamięć? Nie przegap pierwszego odcinka naszego przewodnika, który odkryje przed tobą wszystkie tajemnice Północnej Stolicy.
Wałówki
Jakbyśmy nie chcieli wykręcać, i tak wrócimy z głupoty wieku cielęcego do mądrości naszych rodziców. Ja, na przykład, po wycieczce do Nowogrodu chyba już na wieki pozostanę wierna wałówkom.
Jedzenie na drogę zawsze brali ze sobą moi rodzice. Po co kupować batoniki na stacjach benzynowych, skoro można kupić je wcześniej za pół ceny w supermarkecie? Po co zatrzymywać się na drugie śniadanie w restauracji, skoro można przekąsić kanapkę w parku? Oczywiście, coś ciepłego zjeść trzeba, więc raz dziennie wpadaliśmy do jakiegoś baru... chyba, że w miejscu, w którym się zatrzymaliśmy była kuchnia, a my nie mieliśmy napiętego grafiku.
Zawsze miałam wrażenie, że takie oszczędzanie jest bez sensu. Skoro stać nas na kanapki z piekarni, albo herbatę na mieście, to po co zawracać sobie głowę wałówkami? Odpowiedź, jaką miałam w głowie za młodu: “bo na mieście drogo”. Gdy poszłam na studia, okazało się, że wcale nie tak drogo, żeby śniadania nie zjeść w kawiarni, a napitków nie zakupić na wynos. Nawet ze studenckim budżetem. Wałówki więc były dla mnie zapomnianym reliktem PRL-u.
Zdziwiło mnie więc, gdy moja towarzyszka podróży na weekend w Nowogrodzie wzięła termos z herbatą i kanapki.
- No, a jak zgłodniejemy, a będzie przepięknie, to głupio szukać wtedy sklepów - tłumaczyła. - Zresztą, kawiarnie są wszędzie takie same, a my możemy szukać sobie swoich własnych miejscówek.
I miała rację. Pierwszym naszym wałówkowym przystankiem była galeria sztuki ulicznej in situ na nowogrodzkim blokowisku. Odwiedzający mogli usiąść sobie na ławeczkach pod śmietnikiem i podziwiać piękno twórczości lokalnej młodzieży przy trelach ptaków. Pogoda była piękna, a babuszki - miejscowi krytycy sztuki - wychodzące z klatek schodowych uśmiechały się do nas. Można było pogadać i wymienić poglądy.
Uwielbiam chodzić na dobrą kawę do sympatycznych lokali i nie sądzę, żebym miała z nich kiedykolwiek zrezygnować... ale jak tu odmówić kawki (obrzydliwej i na wynos, za to za kopiejki) z Leninem? Wódz stawia.
Zatrzymałyśmy się też w restauracji, gdzie grali rosyjską muzykę tradycyjną na żywo. Ciepło, schludnie, nad rzeką, z widokiem na Kreml i kompleks średniowiecznych cerkwi. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko partnera do poleczki.
Zatańczyłam mimo wszystko. Stałam się tym samym natchnieniem dla miejscowego artysty.
Nowogród, jak na kolebkę Rusi przystało, cerkwiami stoi. W cerkwiach (bagatelka, XII - XIV w.) freski malowane przez bizantyjskich mistrzów i ich ruskich uczniów, nad którymi rozpływali się moi wykładowcy. W muzeach - niepojęta liczba średniowiecznych ikon pisanych przez uczniów szkoły nowogrodzkiej (musicie wiedzieć, że stare ikony, to coś, co tygryski lubią najbardziej), na widok których napływały mi łzy do oczu. Wstępy albo za darmo, albo za pół darmo. Dodatkowo często z darmowym przewodnikiem (babuszki, widząc dziki entuzjazm zagranicznych turystek przybyłych poza sezonem, chętnie oprowadzały nas po wystawach).
Rozsmakowałyśmy się w galeriach sztuki, więc zatrzymałyśmy się również w galerii sztuki współczesnej, gdzie akurat mieli wystawę czasową z upcyclingu.
Wstąpiłyśmy też do zoo. Mieli białe niedźwiedzie.
A skoro już o upcyclingu mowa - zawitałyśmy przez przypadek na szycie patchworkowych torebek. Gdyby nie to, że cerkwie same się nie zwiedzą, zostałybyśmy na lepienie glinianych rzeźb.
W skansenie zostałam bojarynią...
... i jurnym mużykiem.
A, zagrałam też na gęślach w miejscowym centrum rekonstrukcji muzyki tradycyjnej. Coś czuję, że jeszcze tam wrócę.
WEEKENDOWY BUDŻET: 130 zł (blablacary Petersburg - Nowogród, wstępy do muzeów, jedzonko, transport do smakowitości za miastem, wypożyczenie stroju w skansenie, kupno 2 butelek miodu z ziołami, nocleg za darmo u couchsurfera).
Uwielbiam takie podróże. Wydając bardzo mało, czułam się najbogatsza na świecie. Dzięki wałówkom odkryłam nowy sposób na dodanie luksusu do swoich podróży. Sposób, który polecam wszystkim Wam, czytającym mnie bogaczom :)
W Rosji nie ma lekko. Pościmy. Na opakowaniach supermarketowych ciasteczek owsianych pojawiają się napisy “postne!”. Ludzie, też, głodni, nerwowi. Kasjerki z wycieńczenia mylą klawisze i nie nabijają punktów na karty rabatowe. Trzeba cofać transakcję, wołać koleżanki. Kolejka aż trzęsie się z gniewu. W głodnych czasach nie ma miejsca na wyrozumiałość. Trzeba oszczędzać kalorie. Słychać trzaśnięcie koszyka o podłogę. To kobieta stojąca pierwsza w kolejce nie wytrzymuje. Już od wielu dni ciągnie na ciasteczkach owsianych. Upada wraz z koszykiem. Wszystko przez kasjerkę, która znowu z głodu i stresu źle nabiła punkty. Kobieta ostatkiem sił wydyszała słowa skargi. Mężczyzna za mną opiera się o ladę i ciężko sapie.
Otwarli drugą kasę. Ostatnia szansa na przeżycie podróży do sklepu. Postnicy, chwiejąc się na nogach, ruszyli w nowym kierunku. I pewnie powiedziałabym Wam, kto wyszedł z tego cały, a kogo trzeba było zakopać w dziale warzywnym, ale przyszła moja kolej. Wesoła, rumiana zapłaciłam i wyszłam.
Prawosławne posty to poważna sprawa.
A Wam, po drugiej stronie schizmy, życzę Mokrego Jajka i przepysznego żurku!
Sztuka sowiecka nie przestaje mnie zachwycać. Ostatnio odkryłam ikony... Tylko że zamiast w cerkwi, wisiały w szkołach i domach kultury. Zamiast świętych - przebóstwieni przodownicy pracy. Zamiast Chrystusa - Lenin. Wszystko przy zachowaniu sakralnego decorum. Powstawały nawet sowieckie ikonostasy. Tak się, mili państwo, odbywa bogostroitielstwo. #ikony #ikona #sovietart
Maslenica
Mamy w Rosji popularną sieć fastfoodową serwującą tradycyjną kuchnię rosyjską (Teremok). Prócz restauracji, Teremok prowadzi budki streetfoodowe, gdzie, zamiast kebabów, sprzedaje się tradycyjne bliny. Bliny z serem, z szynką, po grecku, z warzywami, na słodko, na kwaśno... Kilka razy zdarzyło mi się zjeść w biegu - muszę przyznać, że całkiem smaczne. Tylko dlaczego wszystkie te smaczne rzeczy muszą być zawinięte w naleśnik?
Rosja świętowaniem stoi. Przynajmniej raz w miesiącu obchodzi się tu jakieś huczne święto. Tym razem jest to Maslenica. Rewia tłuszczu (patrz - nazwa). Pożegnanie zimy (zwieńczone spaleniem kukły podobnej do naszej marzanny), powitanie wiosny. Maslenica to również tydzień karnawału przed postem. Należy się więc wyszaleć, napić i nażreć do nieprzytomności. Nażreć, oczywiście, tłusto... a tłuszcz najlepiej zawinąć w bliny.
Pech chciał, że początek maslenicznego tygodnia spędziłam w rozjazdach śpiąc u ludzi. Gościnni do nieprzyzwoitości Rosjanie (o tej gościnności na pewno kiedyś napiszę), chcąc wprowadzić trochę kultury na swoje stoły, obok piwa i czipsów stawiali również piętrzące się stosy blinów. Jadłam je posłusznie, choć później w sprawozdaniach przedkładanym gospodarzom (uff, ja już dziękuję - zaraz pęknę), podwajałam zjedzoną ich liczbę.
Dziś ostatni dzień Maslenicy. Najhuczniejszy i najważniejszy w tym rytualnym cyklu. Z tej okazji jadę na lokalny festiwal. Prosto w paszczę tłustego blina.