Nasza generacja ma przejebane, wiesz? Bo mamy mnóstwo możliwości. Za dużo. O wiele więcej niż nasi rodzice i dziadkowie. Możesz zostać kim chcesz. Możesz dziś wsiąść w samolot i za 12h być na drugim końcu świata. Możesz. Wszystko możesz. Cały świat mówi ci, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, tylko za mało się, kurwa, starasz. Otoczeni idealnymi życiami na Instagramie żyjemy w ciągłym poczuciu niedosytu i bycia niewystarczającym. Gdy słyszę hasło „produktywność” chce mi się rzygać, wiesz? Bo obojętnie ile bym nie zrobiła, ciągle czuję, że mogłabym więcej, bardziej, lepiej, intensywniej, dynamiczniej i szybciej. Że mogłabym nadludzko, a się opierdalam. Czasami dochodzę do wniosku, że nawet gdybym jednego dnia była w trzech krajach, zdobyła ośmiotysięcznik, napisała książkę i zajęła pierwsze miejsce w międzynarodowym konkursie, to na koniec dnia i tak miałabym do siebie pretensje, że gdybym wyruszyła na tę pieprzoną górę godzinę wcześniej, to jeszcze zdążyłabym wieczorem na siłownię. Nie potrafię cieszyć się z tego, co osiągam. Nie potrafię siebie doceniać. Nie potrafię pomyśleć o sobie „Ej, super, dałaś radę, zrobiłaś to!”. Wszystko, co zrobię automatycznie staje się dla mnie przeciętne. Staje się oczywiste, powtarzalne, staje się czymś, co mógł zrobić każdy. I jedyne, co wtedy myślę to „Masz szczęście, że tego nie spierdoliłaś”. Mamy za dużo możliwości i choć w teorii to naprawdę wspaniałe, to w praktyce robi nam to wszystkim krzywdę. Bo nie nadążamy za światem. Nie jesteśmy w stanie być wszystkim i wszędzie jednocześnie, ale jak pozbyć się tego pragnienia, kiedy całe swoje życie poświęcamy na porównywanie się do innych? Robimy sobie w głowie pieprzone konkursy na bycie bardziej zajebistym, bardziej światowym, bardziej obeznanym. Ile razy poczułeś się chujowo po przescrollowaniu swojej tablicy? Ile razy kładłeś się z myślą, że ci wszyscy ludzie z idealnych profili mają tak doskonałe życia, w których nie marnują ani chwili, a ty jeden, przeciętny, szary człowiek nie robisz, kurwa, nic? W pędzie po zajebiste życie zapominamy żyć. Nie jesteśmy tu i teraz, tylko zawsze minutę dalej. W momencie publikowania. Zauważyłeś to? Dzieje się coś wspaniałego i zamiast to przeżywać, przyspieszasz moment zamiany tej chwili we wspomnienie. Cyk. Zdjęcie. Film. Poszło. Wszyscy widzą. Lajk. Komentarz. Odpowiadasz. Lajk. Komentarz. Odpowiadasz. Wydarzyło się. Minęło. Już cię tu nie ma. Puff. Przeszłość. Nawet nie zauważyłeś kiedy. Nawet nie zauważyłeś kiedy pozbawiłeś się bycia tu i teraz. Nawet już nie wiesz co wtedy czułeś. Ważne, że widzieli. Zazdrościli. Pomyśleli, że masz tak doskonałe życie, w którym nie marnujesz ani chwili, a oni, masa przeciętnych szarych ludzi nie robi, kurwa, nic. To męczy. Wykańcza. I naprawdę boję się, że spędzę życie na gonieniu czegoś, co jest fizycznie nieosiągalne. Że będę miała sto lat i na łożu śmierci pomyślę, że gdybym się bardziej postarała, to byłabym w 50 krajach, a nie „tylko” w 49. Słuchaj, ja naprawdę racjonalnie zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko są bzdury. Ja wiem, że nie o to chodzi, że nie to się liczy w życiu najbardziej i tak dalej, ale jeśli większość z nas żyje z powodu tych „bzdur” w wiecznym poczuciu winy z zerowym poczuciem własnej wartości to to jest ogromny i realny problem. Nie potrafię spojrzeć na siebie w lustrze i pomyśleć, że wystarczam i nie mówię w tej chwili o wystarczaniu światu, tylko sobie samej. Bo to sobie trzeba wystarczać i siebie trzeba lubić, by zacząć lubić także swoje życie. To ty musisz umieć życzliwie spojrzeć sobie w twarz po całym dniu i powiedzieć „Brawo, udało ci się.”, by w końcu poczuć, że wcale nie zmarnowałeś ani chwili, jeśli nie byłeś dziś na Mount Everest.