Dziś po raz pierwszy zauważyłam po co jest ten rzepak. Nie mam na myśli przeznaczenia tej rośliny na olej rzepakowy czy miód. Nie chodzi mi też o to, że nie wiedziałam, że to odmiana kapusty (więc jego przeznaczeniem mogłyby być bigosy czy przynoszenie na świat dzieci). Nie chciałam też wchodzić w rzepakową filozofię i pisać o tym, że nie wiedziałam, że rzepak jest efemerofitem, a więc że jego żywot jest smutnie przypadkowy…
Chodzi o to, że rzepak to zastępcze słońce! To wiejski agregat słońcotwórczy. Rzepak jest po to, by świecił nam żółcią w oczy, gdy nie ma słońca. Przetestowałam na sobie to, że pola rzepakowe mają tę moc.
Gdy dzień ponury i deszczowy, jedźcie za miasto, szukajcie rzepaku, by po chwili gapienia się podładować swoje akumulatory. Możecie przemieszczać się wtedy pociągiem, samochodem, rowerem albo przystanąć i patrzeć. Patrzcie tak długo aż się spa(t)rzycie, aż się przepatrzycie, aż zaczniecie widzieć na żółto, aż oczy wam się przekręcą, aż żółty wam się wyda jedynym słusznym kolorem. Tak mi dopomóż, palące słońce, amen.
To jedno z piękniejszych moich botanicznych odkryć.














