Droga do Osz
Zwlekliśmy się z łóżka dosyć późno jak na wyjazd do Osz, bo około dziewiątej. Jak to zwykle bywa przed podróżą, trzeba było załatwić mnóstwo niesamowicie ważnych rzeczy- a to kupić lepioszki, a to sprawdzić pogodę w spelunie na dworcu i tak nagle zrobiła się dziesiąta. "No nic" — myślimy sobie — "to jeszcze nie najgorzej". Jedzie się mniej więcej osiem godzin, zachód jest przed osiemnastą, więc luz- wsiądziemy szybko do marszrutki i dotrzemy trochę po zmroku. Tym razem nie chcieliśmy uronić ani minuty dnia, bo trasa Biszkek-Osz jest najpiękniejszą z Kirgistanie.
Pierwsza przeszkoda pojawiła się już na dworcu, kiedy okazało się, że marszrutki w zimie do Osz nie jeżdżą. Wiedzieliśmy, że w ogóle jest ich mało na tej trasie, ale liczyliśmy, że coś nam się uda jednak złowić. Niestety pozostała nam jedynie grupowa taksówka, za którą krzykacze na dworcu zawołali sobie półtora tysiąca som od osoby. W lecie ceny wahają się w okolicach tysiąca, ale wiadomo- zimą bywa oblodzona nawierzchnia, mgła i nawet nie mieliśmy przez to śmiałości się targować. W końcu wybraliśmy taksówkarza, który chwalił się polskim nazwiskiem i spuścił nam po sto som. Jego główną zaletą było to, że miał już umówionych klientów i mogliśmy ruszyć za dwadzieścia parę minut. U innych trzeba było czekać aż samochód się zapełni, co szacowaliśmy na przynamniej dwie godziny.
Zapakowaliśmy się do białej Hondy i pojawił się kolejny problem- przeczytałam w przewodniku, że przejazd ze stolicy do Osz zajmuje około 12 godzin! Wyglądało więc na to, że przynajmniej pięć godzin będziemy jechać po ciemku, a sekundy mijały nieubłaganie. Po trzydziestu ośmiu minutach odkryliśmy, że Kostia Sosnowski nasz oszukał! Nie było żadnych umówionych Kazachów! Siedzieliśmy jak lamy w jego samochodzie, a on niespiesznie naganiał przechodniów, nie za bardzo wczuwając się przy tym w rolę. Czas uciekał... Przewidując, że zaraz ze wściekłości eksploduje mi głowa, zaczęłam warczeć: "daję mu trzy minuty, mówię serio, daję mu trzy minuty!". Na swoje szczęście Kostia znalazł jakąś kobietę, co na moment mnie uspokoiło. Ostatecznie wyruszyliśmy o 11:07, wioząc na przednim siedzieniu prawie stuletnią babcię, która nic nie czaiła. Córki zapakowały ją do samochodu, wysyłając samą w dwunastogodzinną podróż.
Gdy tylko wyjechaliśmy z miasta, naszym oczom ukazał się ładny zimowy krajobraz. Słońce wesoło świeciło, spod kół mijających nas samochodów wystrzeliwały brokatowe drobinki śniegu. Babuszka cały czas puszczała okrutne bąki, a Kostia opowiadał o sobie. Każda jego opowieść zaczynała się od słów "Miałem kiedyś kobietę. Nie była moją żoną, ale żyliśmy ze sobą". — Miałem kiedyś kobietę — zaczął znów nasz kierowca — Nie była moją żoną, ale żyliśmy ze sobą. Ona mieszkała w takim kobiecym kwartale- ona sama, matka jej, babka jej, nawet koshki vsye, ani jednego kocura... Sam nie wiem, jak ja tam trafił. Dwa lata tak żyli. I zdarzyło się- ja wracam z pracy, a ona chleb w toaletę rzuca! — Nie mów pan nawet! — krzyczy siedząca z nami na tylnym siedzeniu kobieta. — Tak jest! — nie przerywa Kostia — W toaletę! No to ja ją- zdarzyło się- zdzielił. Na to matka jej przyleciała, burda była, bo ja też i matkę, wybacz mi Boże, uderzył. Wszystko to w nerwach. — Zrozumiała rzecz — kiwa głową kobieta i zaraz potem wzdycha — Chleb z toaletę rzucać! — Do aresztu mnie wzięli i mówią: "i za trzy miesiące nie wyjdziesz", a ja w piersi się biję i opowiadam vsyo jak było. A wieczorem, pusto, ciemno, jeden tylko Uzbek- naczelnik został i on mnie mówi "ty porządny człowiek jesteś, ja cię puszczę do domu, dziś jeszcze"... A potem...
Miło się słuchało tych Kostinych opowieści. Przebijała z nich prostota i tęsknota za czymś, czego szukał całe życie i do tej pory nie znalazł. "Samochód mój, to moja pierwsza żona" — mówił — "Żon miałem cztery i żadna lepsza nie była. Samochód jak traktujesz, tak on i ciebie traktuje. A kobieta? Traktujesz dobrze, czasem nawet lepiej niż dobrze, a ona ciebie- jak psa!".
Przysłuchując się takim mądrościom wjechaliśmy na przełęcz położoną ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Widoki warte były tych pieniędzy, które musieliśmy zapłacić za podróż. Za nami czerwone skały, przed nami wielkie zaśnieżone góry... Gdy minęliśmy przełęcz, Kostia zaczął coraz bardziej przyspieszać, aż w końcu wyprzedzał wszystkie samochody na naszej drodze, jak szybko by nie jechały. Babuszka na przednim siedzeniu trzymała się kurczowo siedzenia, popiskując za każdym razem, gdy ścinaliśmy zakręt. Najwyraźniej okropnie się bała widząc te wszystkie maszyny pędzące prosto na nas, trąbiące przeciągle. Próbowała się zasłaniać lub złapać mocniej, ale nie bardzo było czego, więc w końcu chwyciła się kurczowo drążka zmiany biegów i krzyknęła coś po kirgisku. "Babcia się boi, że nie dowiedziemy żywej" - przetłumaczyła siedząca obok nas kobieta. — Dowieziemy babula — uspokoił Kostia — Dowieziemy...
Po kilku godzinach takiej jazdy ja sama zaczęłam mieć wątpliwości, czy dowieziemy. Nasz kierowca wyprzedzał na zakrętach, pod górę, na trzeciego... Trudno czasem było się rozeznać co się dzieje... — Cyryl, kto tu kogo wyprzedza? — My wszystkich. Co kilka kilometrów znaki ostrzegały przed wypadkami, ograniczenie prędkości z pięćdziesięciu zmniejszyło się do czterdziestu kilometrów na godzinę. Spojrzałam na licznik Kostii- dziewięćdziesiąt. Wariat przed nami jedzie tyle samo... Nie, jednak nie. Osiemdziesiąt sześć. Trzeba go wyprzedzić. Kostia przyspiesza do stu dziesięciu i zastanawia się: - Hmm... Całkiem szybko dojechaliśmy do tej miejscowości! Najwidoczniej są dobre warunki! Przecież nie gnamy tak bardzo... Na to odzywa się nasza sąsiadka z tyłu - chwali sposób prowadzenia Kostii. Wyznaje też, że zawsze wybiera takich doświadczonych kierowców, bo młodzi to zawsze szarżują, a ona boi się prędkości. "Serio?!" — myślę sobie — "Serio?! Właśnie przekroczyliśmy ograniczenia o siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, ścinając przy tym wszystkie zakręty!"... — Dokładnie, młodzi to jeżdżą jak wariaty — przyznaje nasz kierowca — Ja bym tak nie potrafił! Tak już mam, że lubię jeździć stabilnie...
Około dwudziestej Kostia robi sobie przerwę na herbatę przy wiejskich budkach ze słodyczami. To czas, kiedy można chwilę odetchnąć. Po powrocie do samochodu, babuszka zwierza się z czegoś naszej współpasażerce. Okazuje się, że całą podróż boi się, że ją wysadzimy na poboczu i odjedziemy.
Kolejną godzinę jazdy słuchamy o wykidyszach i poronieniach w rodzinie pani z tylnego siedzenia, a także o tym, jak to młodzi kiedyś byli pomocni i otwarci, a teraz to tylko ciągają panienki na saunę, żeby stać się mężczyznami... Wywód ten został przerwany dopiero przez pojawienie się gęstej mgły. — Oj — jęknęła kobieta — Kostia, ja ciebie proshu, ty teraz jedź ostrożnie! — Pewnie, że ostrożnie — odpowiada Kostia zwalniając do osiemdziesięciu.
Cudem dotarliśmy do hotelu w okolicach północy...












