
seen from Germany

seen from United States

seen from China

seen from United States

seen from United States
seen from Croatia
seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from China
seen from Malaysia

seen from United States
seen from United States
Drugie podejście
Powrót grupową taksówką z Kegen do Ałma-Aty nie należał do najprzyjemniejszych, trochę szkoda było czasu i pieniędzy na to całe nieczynne przejście graniczne... Z drugiej strony kolacja w garnizonie na krańcu świata była chyba warta tego wszystkiego. W drodze powrotnej nasza taksa została zatrzymana przez policję. Pomyślałam: "No nie! Znowu! Zgarną nas na tym pustkowiu na kolejne przesłuchanie!". Tymczasem mundurowy sprawdził papiery kierowcy, zaglądnął na tył, poświecił nam latarką po oczach i stwierdził, że v paryadke. Taksiarz wyglądał na rozbawionego: — Wasi kumple, he, he, he... Według niego policjanci szukali nas w tym samochodzie, z czego zrozumieliśmy, że szef sztabu zadzwonił do drogówki i kazał sprawdzić, czy jest nam ciepło, miło i wygodnie. Z tą świadomością zasnęliśmy uśmiechnięci, zapominając, że znów musimy przenocować w Ałma-Acie.
Do Biszkeku dotarliśmy dopiero następnego dnia około dwudziestej i od razu zameldowaliśmy się w dworcowym hotelu. Byliśmy po prostu zbyt zmęczeni wczorajszymi harcami, żeby przejść więcej niż pięćdziesiąt kroków po wyjściu z marszrutki. Pokój, który dostaliśmy był tani, wilgotny i śmierdzący starą skarpetą. Pościel nie była zmieniana prawdopodobnie od kilku lat, a kibel w korytarzu był pierwszą rzeczą tego dnia, która wstrząsnęła mną na tyle, żeby krzyknąć: "jest granica!". Szczochy i zasrane gazety walały się wszędzie... Z mieszanymi uczuciami udałam się pod prysznic. Pani w "recepcji" krzyknęła, że muszę poczekać. "No dobra, ale na co?"- pomyślałam- "Sprzątają, czy co?". Nie, nie sprzątali (zresztą chyba od zeszłej zimy), tylko za drzwiami był goły taksówkarz. Kiedy nadeszła moja kolej, okazało się, że łazienka jest koedukacyjna i pozbawiona jakiegokolwiek zamykania. Dwudziesty czwarty listopada zapamiętam jako dzień, w którym uznałam, że jest mi już naprawdę wszystko jedno.
Polyaki, czyli tam i z powrotem
Na głównej drodze złapanie stopa do Kegen, leżącego tuż obok Karkara, zajęło nam jakieś dziesięć sekund. Władowaliśmy się na pakę dostawczej Łady, balansując między torbami pełnymi cebuli, papryki i kapusty. Droga na miejsce była najbardziej malowniczą jakie widziałam do tej pory. Po jednej stronie samochodu rozciągał się kanion, po drugiej węglowe wzgórza i górujące nad nimi ośnieżone szczyty. Dalej krajobraz z lewej przeszedł w poziome lustro stepu, z prawej pod górami wypasały się owce i muły. Droga pięła się coraz bardziej pod górę, pojawił się śnieg, chwilę później otaczał nas całkiem zimowy krajobraz. W Kegen wysiedliśmy na rozstaju dróg i udaliśmy się w odpowiednią stronę. Wokół nas waliły się liche domki, biegały zgraje dzikich, wygłodniałych psów. Nad tą całą nędzą górowały tablice z twarzą dobrotliwego Nazarbajeva, przypominające, że całe szczęście w Kazachstanie to jego zasługa.
Złapaliśmy stopa, który okazał się lokalną taksówką. Kierowca zgodził się nas wziąć do Karkara za tysiąc tenge, co jest niebotyczną sumą, jak na pięć kilometrów jazdy, ale akurat Cyryl miał w portfelu ostatni tysiąc i nic więcej, więc uznaliśmy, że za podwózkę pod samą granicę to już nie ma się co targować. W Karkara kierowca przyznał się, że do granicy jest jeszcze 14 kilometrów, ale on nas tam nie zawiezie, bo to jest zła droga, nie ma asfaltu i jego samochód nie da rady, no, chyba, że za 50 dolarów. Popukaliśmy się w czoło, mówiąc, że w życiu tyle nie dostanie, a on zaparł się, że dalej nie pojedzie. Powoli zapadał zmierzch, więc zapytałam, czy ta granica jeszcze działa, na co on odparł, że oczywiście, ale tam się da tylko Ładą dojechać, jak chcemy to on zapyta jedynego człowieka we wsi, który ma Ładę, czy nas nie podwiezie. Potem nagle zaczął kręcić, że już ktoś poszedł po tamtego gościa i musimy na niego czekać. Sytuacja zaczęła nas trochę niepokoić, bo wokół nie było nic, sam śnieg. Nie mieliśmy już tenge, żeby zawrócić, nie mieliśmy jak dojść do granicy na nogach... Po dwudziestu minutach czekania na rzekomego typka z Ładą, wciąż nie daliśmy sobie wykraść tych pięćdziesięciu dolarów, więc najwidoczniej kierowca oszust postanowił się nas pozbyć. Powiedział, że przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł- może wojenny samochód nas weźmie! Przypuszczając, że "wojenny samochód" to jakaś lokalna nazwa pługu, czy tam czegoś, odparłam bez nadziei — "Dobra, spytaj pan".
"Wojenny samochód" był niestety wojennym samochodem... Otóż okazało się, że w Karkara jest jednostka wojskowa i kierowca buc podrzucił nas wieczornemu patrolowi jak na talerzu. Pod pretekstem pomocy przy przekroczeniu granicy, wyszedł porozmawiać z żołnierzami, a gdy tylko przeszedł na swój język zapewne wyraził wątpliwość co do naszych papierów... Dwóch młodych szeregowych kazało nam pokazać dokumenty, które najwyraźniej nie zadowoliły ich zbytnio, bo w kilku szorstkich słowach kazali nam jechać z nimi do garnizonu. Wsiedliśmy znów do taksówki, kierowca uspokajał obłudnie, że nie ma się czym przejmować, po czym ruszył za wojskową Ładą. Po zajechaniu pod bramę jednostki, powiedział, żebyśmy wzięli plecaki, bo będą je przeszukiwać, a następnie zapewnił, że będzie na nas czekał. Po wejściu na teren wojskowy, nie mieliśmy pojęcia co się właściwie stało i co nas czeka. Podszedł do nas inny szeregowiec i kazał iść za sobą, "Szef sztabu będzie was przesłuchiwał" — oznajmił.
Weszliśmy do budynku jednostki, zaprowadzono nas do sali, w której młodzi chłopcy szykowali się do jakiegoś wykładu, tam mieliśmy zostawić plecaki. Potem zaprowadzono nas do pokoju, w którym siedział szef sztabu i dwóch dowódców. Wszyscy trzej młodsi od Cyryla, ale z ich twarze wyglądały bardzo ponuro. Jeden z dowódców przysunął nam krzesła obleczone białym muślinem, jakby nam tam chcieli udzielić ślubu czy coś, a potem zaczęło się przesłuchanie. Na początku byli szorstcy i niemili, z każdą minutą atmosfera robiła się coraz lepsza, powoli przestawałam się stresować. Wyjaśnili nam, że przejście graniczne jest nieczynne od miesiąca i musimy wrócić się do Kegen, a stamtąd taksą do Ałma-Aty. Po czterdziestu minutach byliśmy wolni, mogliśmy wyjść, pod bramą okazało się jednak, że ta tępa taksówkarska parówa odjechała. Młody szeregowiec, który nas odprowadzał kazał nam zaczekać i pobiegł po rozkazy, po chwili wrócił i oznajmił, że pojedziemy do Kegen z szefem sztabu. Na razie mamy pójść za nim. Zaprowadził nas po stołówki, gdzie przesłuchująca nas przed chwilą trójka siedziała spokojnie i jadła kolację. Jeden z dowódców uprzejmie odsunął nam krzesła i zaprosił do stołu. Siedliśmy niepewnie. — Zjedzcie z nami, napijcie się czaju... — odezwał się szef — E! — krzyknął w stronę kuchni — Turistam nalej! Po chwili przyszedł zeschizowany chłopak i kłaniając się w pół, nalał nam do miseczek herbaty z mlekiem, następnie przyniósł dwa wielkie parujące talerze strawy. — Eto płow? — zapytałam siedzących z nami żołnierzy, nie bardzo wiedząc, czy powinnam z nimi gadać, czy nie. Okazało się, że spoko, można. Zadawali śmieszne pytania, na przykład czy Kraków jest dużą wsią, albo czy jestem Niemką. Szybko się rozluźniliśmy i kolacja stała się przyjemnością. — A na jakim języku mówicie między sobą? — W jakim sensie między sobą? W Państwie? — No, w państwie. Na angielskim? Śmieszne było, że ktoś tak dalece może nie mieć pojęcia czym jest Polska. Długo jeszcze siedzieliśmy popijając czaj, a chłopaczek pracujący w stołówce uwijał się między nami donosząc wciąż nowe specjały- ciepłe bułeczki, masełko, konfiturkę...
Po kolacji wyszliśmy przed budynek garnizonu, chwilę później z garażu wyjechała biała terenowa Łada, którą mieliśmy jechać do Kegen. - Eto nasz Hamier- zaśmiał się kapitan i zapakował się z nami do środka.
Krótka podróż minęła nam w rytmie kazachskiego disco, a po wyjściu z samochodu zostaliśmy odprowadzeni przez szefa sztabu na grupową taksówkę, którą sam nam załatwił. Na koniec jeszcze dał nam swój numer telefonu i kazał dzwonić, gdybyśmy mieli jakiekolwiek problemy w Kazachstanie.