Obejrzałam Comet głównie dlatego, że miałam nadzieję na jakieś sci-fi. Tytuł trochę sprowadził mnie na manowce, bo z science fiction to film ma coś wspólnego może w warstwie metafizycznej, między wierszami, w przenośni, ale nie dosłownie. Co prawda, listę filmów do pracy magisterskiej mam już dawno zamkniętą, ale co szkodzi, by zostać w temacie, cnie?
To jeden z tych typów filmu, który robi na mnie wrażenie. Nie w sensie, że czyni mi z mózgu papkę i zostawia mnie na pastwę egzystencjalnych rozkmin (na szczęście!), ale przedstawia skomplikowaną historię romantyczną między dwojgiem ludzi. Obserwujemy skoki w przód i w tył sześcioletniej czasoprzestrzeni. Zakładam, że wszystkie przywołane sytuacje miały faktycznie miejsce, oprócz tej ostatniej - tutaj odbywa się zbyt wiele absurdów, co czyni okoliczności zupełnie nierealnymi i niewymiernymi. Interpretuję to jako pewnego rodzaju fantazję o spotkaniu po latach.
Comet dysponuje bardzo niestandardowymi kompozycjami kadrów - kamera często łapie dziwaczne kąty, zostawia powietrze nad głowami bohaterów, spycha ich na lewo/prawo lub po prostu ich ucina. Oprócz tego, muszę przyznać, że wizualnie film jest magicznie ładny. Użycie kolorowych świateł, kosmicznych dodatków, lampek czy chłodnej kolorystyki buduje przepiękny i nieziemski klimat. Urzekł mnie też moment, w którym Dell bierze Kimberly za rękę w pociągu, mówi jej, by włączyła jakąś spokojną piosenkę w i-podzie i prowadzi ją do wagonu barowego. Utwór jest liryczny, płynący, a sama scena odbywa się w zwolnionym tempie - może to za dużo i trochę trąci patosem, ale co z tego? Mam czasem słabość do nadmiernie rozbudowanego patosu i to definitywnie jeden z tych razy.
Miejscami można na pewno uznać, że film jest przegadany - z niektórych scen dosłownie wylewa się dialog, bo jest zazwyczaj bardzo obszerny. Relacja bohaterów opiera się na rozmowach, z których każda ma w sobie inne emocje i inny skutek; każda jest niebanalna na swój własny sposób. Kim i Dell tworzą specyficzną znajomość, to na pewno. Miejscami intensywną, ale z gorzkim zakończeniem.
Film nie jest wesoły, absolutnie. Chociaż ma w sobie elementy komediowe, są one przytłoczone przez dramatyczne okoliczności całej historii. Nie włączajcie Comet, gdy macie ochotę na klasyczny komediodramat (właśnie w taki sposób zmyla Was Filmweb), bo ja nie zaśmiałam się ani razu (chyba). Słowem podsumowania - dzieło wysublimowane wizualnie, poruszające tematykę skomplikowanej relacji romantycznej, żałowania straconych szans i starania o uzyskanie kolejnej; o spojrzeniu na pewne wydarzenia z innej perspektywy, z dystansu. Nie jest to kolejny naiwny film z ładnymi obrazkami. Comet na sto procent wniesie Wam coś do życia, ale z pewnością nie podniesie Was na duchu... Mnie po seansie złapała niemała zaduma. Wciąż odczuwam tę gorycz na podniebieniu.
– I feel like I'm in a wrong world. 'Cause I don't belong in the world where we don't end up together, I don't.