BUKARTYK? AAA, TEN NAPAKOWANY METAL Z BRODĄ I DREDAMI, PEWNIE, ŻE KOJARZĘ!
Kiedy pierwszy raz usłyszałem nazwisko Bukartyk, nie miałem chyba żadnego skojarzenia. Jakoś zero zainteresowania. Chociaż być może pomyślałem, że to musi być jakiś mega nudny grajek, jakieś smęty akustyczne bez werwy i polotu, przepełnione przesadną emocjonalnością rozumianą tylko przez autora. To było brutalne i głupie myślenie z mojej strony, ale mój umysł jakoś tak durnie zareagował. Nie wiem dlaczego. Nie wiem co się stało od tamtego czasu, ale Bukartyk stał się jednym z najważniejszych wykonawców w moim muzycznym życiu. Nie wiem, czy po prostu go odkryłem, wnikliwiej posłuchałem, czy się najzwyczajniej w świecie postarzałem…
„Z tylu chmur” – hymn pożegnalny Woodstocku, od 2010 roku ostatni utwór grany na festiwalu. Od mojego ziomka Kamyka (pozdro!) dostałem w zeszłym roku wymiętolony wydruk z tekstem piosenki. No, spoko, fajne – pomyślałem. Nie przejąłem się za bardzo. Na zakończenie XX Woodstocku wylądowałem na scenie (pozdro ziom!) – piękna sprawa, fajne przeżycie, „czarną ty, a ja różową wybrałbyyyyyym… wybrałbym”. 20 minut grania i śpiewania jednej piosenki w kółko, bardzo długa wersja, ale te chwile były magiczne. Skończyło się „Z tylu chmur”, skończył się Woodstock.
Po tych przeżyciach moje zainteresowanie Bukartykiem jakoś bardzo jednak nie wzrosło. Mijały kolejne miesiące, zbierałem się, żeby pójść na koncert, ale ciągle coś mi przeszkadzało. W końcu Bukartyk przyjechał do Katowic. No, już nie ma bata, idę – zdecydowałem. Zarezerwowałem bilet i nastawiłem się, że idę.
Przed koncertami zwykle zapoznaję się z twórczością artystów, których muzyki mam doświadczyć na żywo. Włączyłem i Bukartyka. „Z tylu chmur” – znam. O, to też kojarzę! „Przy szosie na Augustów”. To było na Woodstocku. Fajne, pozytywne i ten tekst… Nie wiem na czym to wszystko polega, nigdy nie przywiązałem dużej wagi do słów utworów, ale teksty Bukartyka zaczęły mnie zachwycać. Nie wiem jak to wyszło – czy zacząłem się dokładniej wsłuchiwać w te utwory, czy akurat miałem jakiś podatny na tego typu muzykę stan psychiczny, czy po prostu postarzałem się i dojrzałem do Bukartyka.
Kolejny utwór – „Kup sobie psa”. Słyszałem wcześniej, że to tytuł całej płyty, notabene świetny tytuł. Dalej – „Piasku ziarenka”, tak, kojarzę z YouTube’a z zakończenia Woodstocku 2013. Kilka utworów zapętlonych – over and over again... Fenomenalny ten Bukartyk!
W końcu nadszedł dzień koncertu – dzień przełomowy. Mimo jakichś tam problemów technicznych, brzmieniowych, które mi jakoś szczególnie nie przeszkadzały, cała bukartykowa ekipa z Michałem na basie, Markiem na klawiszach, Krystianem na garach, Krzyśkiem na gitarze i Piotrkiem na wokalu i z gitarą zrobiła na mnie mega wrażenie. Momentalnie dało się wyczuć, że to świetni muzycy, ale też świetni ludzie.
Nie było gwiazdorzenia, nie było niepotrzebnych popisów, półnagich tancerek i miotaczy ognia (co bardzo lubię). Było pięciu facetów grających rewelacyjną muzykę wspartą niezwykle trafnie opisującymi świat tekstami i dowcipami wplecionymi przez wokalistę w przerwach między utworami. W teorii niby nic niezwykłego, w praktyce totalna magia, a „wyskandowane” i odśpiewane gromko przez "woodstockową" część publiki „Z tylu chmur” było ostatecznym, dopełniającym zaklęciem. Wróciłem do domu zainspirowany, z dwoma bukartykowymi płytami w kieszeniach i poczuciem odkrycia czegoś naprawdę fenomenalnego.
Tyle zajebistych rzeczy nas w życiu omija, tyle nam umyka, chowa się po kątach, tam gdzie nie patrzymy, bo naszą uwagę przykuwa to, co na środku pokoju, na widoku, w świetle. W sumie naturalna sprawa, a jednak czasem szkoda, że wiele wspaniałych, autentycznych rzeczy ginie w sztucznej, komercyjnej, zmonopolizowanej pseudorzeczywistości. Często po prostu wszystkiego dookoła jest za dużo i perełki giną w morzu. Nie zauważamy ich w natłoku prowokujących, szokujących, krzyczących do nas bodźców. Nie ma co z tego powodu rozpaczać – „Tak jest i już”.
Zespołów jest dzisiaj jak mrówków, każdy próbuje być oryginalny, chce stworzyć coś nowego, chce zrobić coś inaczej, na swój sposób, chce się wybić, zaistnieć, przykuć uwagę. Musi tak robić, jeśli szuka sławy i pieniędzy. Nie ma w tym nic złego, nic nietaktownego, taki świat, olbrzymia konkurencja, trzeba kombinować. A poza tym show w wykonaniu zespołów jak Rammstein, Behemoth, In This Moment, Babymetal, Empire of the Sun to widowiska spektakularne, świetne jakościowo. Są poparte dobrą muzyką, więc tym bardziej wszystko gra i buczy. Im więcej zmysłów zaangażowanych w odbiór występu tym większe wrażenie. A to właśnie o wrażenia nam chodzi.
Wielu artystom po osiągnięciu pewnego poziomu sławy odbija. Przykłady Piotra Roguckiego i Jonathana Davisa przychodzą mi do głowy jako pierwsze. Polski wokalista na pewnym etapie swojej kariery zaczął korzystać z produktów kosmetycznych stosowanych raczej przez kobiety. W różu na policzkach i górnych powiekach, z różowymi crocsami na stopach i kojarzącym się chyba trochę z pedofilią wąsem zaczął paradować na scenach całego kraju. Wokalistą Rogucki jest świetnym, teksty ma kosmiczne, jedyne w swoim rodzaju, jest zdecydowanie jedną z największych postaci w polskiej muzyce rockowej. Po co mu ten dziwny image? Być może szukał inspiracji, być może potrzebował jakiejś odmiany, czegoś mu brakowało, chciał coś zrobić inaczej, zaszokować. Moim, i nie tylko moim, zdaniem pogubił się, nie wyszło mu to – i to bardzo nie wyszło. Być może jednak są tacy, którym taki pomysł się spodobał.
Z kolei wymieniony przeze mnie obok Roguckiego wokalista amerykański, członek zespołu Korn, z tego co słyszałem, również upadł trochę na głowę. Jonathan Davis nie robi sobie zdjęć z fanami, ponieważ, jego zdaniem, każda zrobiona fotografia, każde cyknięcie aparatu, odbiera mu cząstkę duszy. A szkoda przecież tak roztrwaniać, rozdawać, dzielić się ze wszystkimi taką fajną, niezwykle utalentowaną duszą. Być może Jonathan Davis wie coś o życiu, kosmosie, wszechświecie, aniołach i diabłach, czego my nie wiemy i być może ma rację z tymi aparatami. A być może po prostu wpadł w jakąś mentalną ułomność i wymyśla sobie, świadomie bądź nieświadomie – kto to sprawdzi, jakieś pierdoły. To są jednak artyści – podobno ich niezwykłość, ich talenty i zdolności okupione są psychicznymi odchyłami. Bez tego typu urazów mentalnych nie byliby tacy sami, nie byliby tacy wyjątkowi, nie dysponowaliby umiejętnościami, które prezentują nam na koncertach i w studiach nagraniowych. Krótko mówiąc, nie byliby tacy zajebiści muzycznie jak są. Nie posiadaliby tego czegoś. Jeśli taka jest tego cena to dobra, przeżyję. Chociaż większą sympatią darzę jednak takich muzyków jak Bukartyk. Grać na żywo tak wciągającą muzykę bez sztucznych ogni i laserów to sztuka.
W Bukartyku znajduję autentyczność. W Bukartyku znajduję rzeczywistość, która w dzisiejszych czasach jest schowana, ukryta przez media i reklamy. Znajduję niezwykle trafnie, niekiedy żartobliwie, opisaną codzienność. Słowo „codzienność” brzmi jak synonim nudy - zwykle słuchamy przecież o wydarzeniach niezwykłych, dziejących się niby jednorazowo, epokowych, epickich, słyszymy o podbijaniu galaktyk, masowych samobójstwach, terroryźmie, straszliwych chorobach, grze w słoneczko w przedszkolu, seksie analnym na plebanii i rozwodach ludzi show biznesu. Takie rzeczy podają nam media. Szok, niedowierzanie, sensacja, skandal, tragedia – jestem pod olbrzymim wrażeniem w jak wielu konfiguracjach i odmianach, oraz w jaki sposób są wplatane do medialnego przekazu, wszelkich materiałów pseudoinformacycjnych te słowa.
Żyjemy bezrefleksyjnie, po omacku, automatycznie, odruchowo. Przynajmniej większość z nas. Niby zdajemy sobie z tego trochę sprawę, ale chyba nie dociera to jednak do nas do końca. Bo tak naprawdę trzeba sporo determinacji, by to zwalczyć, a nie zawsze udaje się osiągnąć zwycięstwo permanentne nad matrixem.
W jakiś sposób w muzyce Bukartyka znajduję kod łamiący sztuczną rzeczywistość. Znajduję w niej normalność, skromność, codzienność, o której już się nie śpiewa, nie pisze, a która jest sto razy bardziej interesująca niż ból złamanego serca, kolejna szalona impreza, czy wielkie ideologiczne przesłania. Codzienność z jej pięknymi, drobnymi strzępami niezwykłych chwil, emocji, wesołości, miłych gestów, przewrotności, paradoksalności, rozkoszy. Dzięki tej muzyce zacząłem patrzeć inaczej na rzeczywistość, zacząłem widzieć piękne rzeczy, uświadomiłem sobie parę życiowych spraw, zobaczyłem mechanizmy wielu sytuacji społecznych, dostrzegłem bardziej sztuczność, dzięki czemu poczułem się pewniej, bezpieczniej, bardziej świadomie, jakby nabrałem nieco więcej kontroli nad tym wszystkim co się dzieje wokół. Wszystko brzmi to jakoś monumentalnie, mocarnie, przesadnie, ale w moim życiu tak to jakoś zadziałało – może nałożyło się na to milion innych czynników, jakieś tam stany ducha, różne doświadczenia, a Bukartyk jest tylko kropelką, która tylko jakoś tam rozcieńczyła minimalnie ten roztwór.
W Bukartyku znajduję prawdziwe, proste emocje. Mimo nieco nostalgicznej atmosfery niektórych utworów dla mnie cała ta twórczość ma charakter bardzo pozytywny, w pewien sposób pocieszający, łagodzący, krzepiący. Ta muzyka działa na mnie niezwykle uspokajająco, relaksacyjnie, rozluźnia mnie, zapewnia harmonię, jest swobodna. Nie wiem czemu tak jest, ale tak jest i już.
Jako człowiek pojebany na punkcie muzyki, co chwilę zachwycam się jakimś nowo poznanym zespołem, coś mnie porwie, coś mi się spodoba, uderzy we mnie jak grom. Słucham w kółko, podniecam się, jadę na koncert, przeżywam. Takich sytuacji miałem już bardzo wiele. Bukartyk z zespołem to jest jednak coś o wiele większego, ważniejszego, bardziej emocjonalnego. Dawno nic mnie tak nie ujęło. Na pewno w pewnym stopniu wiąże się to z moim być może nieco fanatycznym, a jednocześnie też infantylnym, ale bardzo prawdziwym uwielbieniem dla Woodstocku. A Bukartyk to w sporej mierze Woodstock, to ten klimat, ta radość, wolność, naturalność, „zwykłość”, swoboda, to ta autentyczna miłość, przyjaźń i muzyka. Wszystko to, co w naszym codziennym świecie jest tłumione, chowane i trochę jakby zakazane. Bukartyk nie ma na scenie płomieni, abstrakcyjnych, kosmicznych wizualizacji, nie ma półnagich tancerek, nie zakłada maski, nie ma podświetlanych markerów na gitarze, nie ma gwałtu na żywo, striptizu, nie ma Zygmunta Chajzera prezentującego biel koszuli. I mimo to, a może właśnie dzięki temu, jest zajebisty. Jest prawdziwy.
Ciekawostka na zakończenie:
Kiedyś oglądałem telewizję, ten wynalazek diabła, który manipuluje informacją, miesza nam w głowach i czyni z nas roboty (hehe) i trafiłem na jakiś festiwal, w Sopocie, czy innym Opolu, jakieś Top Trendy, czy coś, nie wiem. Leciał występ kanadyjskiego piosenkarza Garou (lubię go). Oprócz niego trzech muzyków na scenie. Po prawicy Kanadyjczyka jakiś zarośnięty gitarzysta. Bujna broda, wąsy, okulary, leworęczny. „Ja pierdziele – wykapany Kawałko (gitarzysta Bukartyka – przyp. autor)!” – poderwałem się z miejsca. Ale jak? Po co? Co on by tam robił? Po czasie okazało się, że tak – wirtuoz gitary z zespołu Bukartyka koncertował z Garou. Chyba tylko jednokrotnie, ale jednak. Garou był podobno bardzo podekscytowany faktem, że mógł wystąpić na jednej scenie z takim muzykiem, i niezwykle się ucieszył, kiedy ten zgodził się złożyć autograf na kupionej przez Kanadyjczyka w empiku przed koncertem płycie Piotra Bukartyka, człowieka, o którym słyszało niewielu, a powinien słyszeć cały świat.
Cały koncert można obejrzeć na ipli (tutaj), tylko trzeba przeczekać 3 minuty reklam, nie można przełączać kart - to reklamowy terroryzm. Proponuję wyłączyć dźwięk i włączyć sobie na ten czas... Bukartyka :)