Temat TABU
ODPAL MUZĘ I CZYTAJ, ZIOM!
„O jak dobrze cię widzieć, o jak dobrze cię słyszeć”
Kiedy ostatni raz usłyszeliście takie słowa? Nie, nie chodzi mi o to, że „żyjący” w Waszym telefonie, czy mp3, mini-Rafał Karwot (wokalista TABU) wyśpiewał Wam je po kablu słuchawkowym do uszu, kiedy siedzieliście w nowym, eleganckim autobusie miejskim do szkoły, czy pracy, albo szliście świeżo wybrukowaną alejką przy odnowionej kamienicy.
Ja, szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy coś „takiego” mnie spotkało w tzw. „codziennym życiu”. Być może zdarzyło się, ale raczej jako odruchowa kurtuazja, językowy „nawyk” społeczny, werbalny automatyzm sytuacyjny, mimowolna reakcja pozbawiona świadomości mocy jakie te słowa w sobie mają, bez wyraźnej celowości przekazania drugiej osobie swojej szczerej radości z ponownego jej ujrzenia/usłyszenia, bez intencji wysłania jej swojego wewnętrznego, pełnego ciepła „uśmiechu”. Staram się otaczać samymi pozytywnymi ludźmi i wydaje mi się, że spektakularnie triumfuję w tym działaniu. Oczywiście, osób negatywnych całkowicie z życia wyeliminować się nie da – na szczęście obecnie w moim przypadku są to sytuacje bardzo incydentalne. Wiadomo, nie mamy wpływu na to, kogo spotykamy w monopolowym, na poczcie, czy w sex-shopie. Ludzie, z którymi spędzam czas dłuższy niż ten niezbędny do opłaty rachunków, czy zawarcia transakcji kupna-sprzedaży gadżetu erotycznego, to zazwyczaj osoby ZAJEBISTE (przy okazji - moja babcia ogląda „Hell’s Kitchen” i stamtąd nauczyła się słowa „zajebisty”, które chyba jest już oficjalnym wyrazem tego programu). Kiedy wchodzę do knajpy, do klubu, do domu, spotykam ich na koncercie to czuję ich wewnętrzne „o jak dobrze cię widzieć”. To fenomenalne uczucie. Nie musimy sobie tego mówić na głos, co nie znaczy, że nie robi się jeszcze milej, kiedy mówimy coś takiego w sposób dosadny, „zaakcentowany”, wyraźny, z kontaktem wzrokowym i uśmiechem. Oby częściej - zachęcam.
Miłego dnia – Spierdalaj
Mało miłych słów pada z ust ludzkości współczesnego świata. Z racji, że „obracam się” ostatnio głównie w świecie polskim to odniosę się szczególnie do ust polskich, z których, według badań amerykańskich naukowców oraz jakże popularnych rankingów wielkich firm “statystycznych”, a także ankietowanych „Familiady”, takich słów pada szczególnie mało. Kiedy ostatni raz usłyszeliście „miłego dnia”? Mam beznadziejną pamięć do własnego życia, więc nie chcę twierdzić, że do mojego narządu słuchu ten życzliwy zwrot dotarł jakoś bardzo dawno temu. Pewnie gdzieś się wkręcił, przesmyknął, przeturlał bezszelestnie, niepostrzeżenie do mojego ucha jak ninja, a ja zmęczony, skacowany, nieobudzony, albo zestresowany nie zapisałem go na swoim wolno chodzącym dysku. Zapisałem natomiast sporo sytuacji, które miały miejsce w jednym z największych wynalazków tego świata – windzie! Nie byle jakiej windzie, bo windzie korporacyjnej. Pracuję na piętrze czwartym 8-kondygnacyjnego budynku. Wspomnianym superwynalazkiem przemierzam więc prosto w przestworza korporacyjności, połowę dostępnej drogi. Rzadko przemierzam ją sam. W wertykalnej, najczęściej trwającej trzy “kondygnacje” (większość wysiada na piętrze trzecim), wspólnej podróży w wyposażonej w zwierciadło, poręcze i tuzin przycisków „rakiecie” towarzyszy mi jakiś inni korporant. Naprawdę bardzo się staram, serio serio, staram się, ale nie mogę sobie przypomnieć, żeby ktoś powiedział mi pierwszy „miłego dnia”. A ja lubię sobie rzucić czasem nonszalancko pozytywne „miłego dnia”. Nie wydaje mi się, że wychodzę dobrze na tym barterze, bo za dwa słowa dostaję tylko jedno, choć najdłuższe z tych trzech - „wzajemnie”. Może jestem dziwny, że mówię „miłego dnia”, może ta firma jest dziwna, albo może nie jestem świadomy kształtu i zwyczajów obowiązujących w społecznym świecie obecnej ery. A może po prostu jestem mało sympatyczny i ludzie nie mają ochoty mówić mi „miłego dnia”.
„Tobie, przyjacielu, mówię dzisiaj Salut!”
Jakby dobrze nie było, narzeka się zawsze i wszędzie. Mówimy, że Polacy to malkontenci. Jasne, tak samo jak Niemcy, Włosi, Francuzi, Amerykanie, Chińczycy, Iworyjczycy, Eskimosi, Aztekowie, Majowie i Pastafarianie. Narzekają przedstawiciele wszystkich nacji i grup. Normalna sprawa – taka jest natura ludzka. Dlatego chwała tym, którzy tego nieszlachetnego wrodzonego nawyku potrafili się oduczyć (tak, są tacy, ale obecnie już tylko w klatkach jako okazy do badań zagrożone wyginięciem). Mimo, że dzieje się tak strasznie źle, wszystko jest tak okropnie chujowe na każdej szerokości i długości geograficznej i generalnie to lepiej umrzeć, to w niektórych zakątkach wszechświata istnieją jednak istoty, którym ta wyimaginowana gównowatość rzeczywistości nie przeszkadza egzystować pod postacią ludzi życzliwych i otwartych wobec drugiej osoby, nawet w sytuacjach, kiedy zachodząca interakcja jest epizodyczna i lapidarna.
Mój dobry przyjaciel, Maciej, wrócił jakiś czas temu z Francji, gdzie spędził pół roku. Wiele osób pomyślałoby – ło, Francja, tam to się żyje, Europa Zachodnia, bogate żabojady, nie mają na co narzekać. Kupa prawda! Jak już napisałem w poprzednim akapicie narzekają wszyscy, Francuzi też. Wiem, bo byłem tam niedawno, przez krótki czas nawet dla nich i z nimi pracowałem. Mimo tego, że wśród francuskiego społeczeństwa malkontentów nie brakuje, ich podejście do drugiej osoby w codziennym życiu jest zupełnie inne od tego polskiego (na pewno nie tylko polskiego – narzekam nie tylko na Polaków, choć na nich najbardziej, bo jakoś dziwnym trafem jest ich wokół mnie najwięcej). Uśmiech, „bonne journée”, gadka-szmatka z przypadkową osobą w oczekiwaniu na zielone światło na przejściu dla pieszych (całkiem ładna była…) są „na porządku” dziennym i nocnym. „Morzna? Morzna”. Zresztą zapytajcie Maćka, który po powrocie z Francji nabawił się minidepresji społecznej narzekając na smutne, milczące polskie usta. Ja miałem podobnie po powrocie z Japonii (czytaj więcej na moim japońskim blogu – tak, jego też kiedyś wskrzeszę).
„Bo żywot jest za krótki”
Być może to historia, przeszłe trudności społeczne, polityczne i wszelkie inne wykształciły w Polakach (i innych „okołopolskich” nacjach) taki wzór zachowań. Jeśli tak, to co? Nie widzę przeciwwskazań, żeby to zmienić. Mimo codziennych problemów, padającego deszczu, ultra szarego nieba, niskiej temperatury, płacy, unieruchomionego przez Straż Miejską pojazdu, odjeżdżającego nam sprzed nosa 814, i miliona innych potencjalnych powodów do smutku i narzekań, można żyć pozytywnie i szerzyć uśmiech i miłe słowo. Świat jest fajny, bądźmy fajni, mówmy sobie fajne rzeczy. Tworząc dobrą atmosferę poprawiamy jakość swojego życia, a wszystko staje się piękniejsze. Będzie żyło się lepiej. Narzekanie też sobie odpuśćmy – szkoda naszego żywota. Tym bardziej, że w naszym błyskawicznie piękniejącym kraju bytuje się coraz milej. Postaram się przypomnieć sobie o tym wszystkim zanim znów zacznę wyzywać kierowcę TIR-a blokującego lewy pas, robotników „naparzających” mi młotem pneumatycznym pod oknem, niemiłych urzędników, kłócących się sąsiadów za ścianą, polityków w telewizji, czy psioczyć na ulewę, wiatr, wysokie krawężniki, wolny Internet, czy chwilowy brak w magazynie wymarzonego produktu erotycznego w moim ulubionym kolorze.
--------------
Aha, bo w sumie chodziło mi głównie o to, żeby pochwalić się, że w piątek idę na koncert TABU. Niom. Tak że tego. Tak. Idę. Idę po raz kolejny doświadczyć kwintesencji woodstockowej radości, autentycznej scenicznej pozytywności, idę uśmiechnąć się do każdego człowieka w klubie po kolei. Jak znajdę chwilę czasu to napiszę jak było. Miłego dnia!










