#elmirka&#dzida💏 (w: Warszawa Bemowo)

seen from United States
seen from Egypt

seen from United States
seen from Netherlands

seen from Saudi Arabia
seen from Brazil

seen from Russia
seen from Brazil
seen from Yemen
seen from United States
seen from United Kingdom
seen from Brazil
seen from Spain
seen from United States
seen from China
seen from China
seen from United States
seen from Canada
seen from United States
seen from Qatar
#elmirka&#dzida💏 (w: Warszawa Bemowo)
ĆWIARTKA (Tydzień 42)
Codziennie obserwuję nogę i sprawdzam, czy jest lepiej.
Opuchlizna zeszła, siniak rozlał się na "podeszwę", ale ból wciąż nie ustępuje. RTG wykluczyło złamanie, więc mimo wszystko w piątek przychodzę do pracy z Felkiem i torbami pełnymi triathlonowych akcesoriów. Jeszcze nie wiem, jaką podejmę decyzję, ale wolę być przygotowana na wszelką okoliczność. Popołudniu przyjeżdża po mnie ekipa i jedziemy do Poznania. Wciąż nie wiem, czy jadę jako support i kibic, czy jako zawodnik :) Niemal wszyscy odradzają mi start. Łatwo powiedzieć!
Nic tak nie dopinguje człowieka do działania, jak surowy zakaz... (Andrzej Majewski)
Po dotarciu na miejsce nie mam już żadnych wątpliwości. Atmosfera zawodów i ten cudowny dreszczyk emocji, który przeszedł po mojej skórze, nie pozwoliły mi wahać się ani chwili dłużej. Odebrałam pakiet startowy - klamka (w mojej głowie) zapadła... Oklejona tejpami wzdłuż całego kręgosłupa i karku przez Asię (dziękuję), postanowiłam wziąć udział - popłynąć i skończyć rower, co do biegania - się zobaczy jak będzie. Mój plan: wystartować; moje marzenie: ukończyć. Przed snem wizualizuję sobie moment przekroczenia mety i, o dziwo, zasypiam. Na niezbyt długo, ale jednak jakby bez stresu. Rano śniadanie i kawa. Czekam na rewolucję (żołądkową ;) ), która zawsze mi towarzyszy przed startem.. Nie nadchodzi! W ostatniej chwili ściągam z siebie pulsometr i wrzucam go na dno torby - nie chcę się denerwować, obserwując swoje osiągi (tętnowe :) oczywiście). Pakujemy się do aut i jedziemy na Maltę. Lekko poddenerwowana (toż to pierwsza noc Felka poza domem!) idę do strefy zmian. Na miejscu stwierdzam, że wszystko w porządku, więc przygotowuję wszystko jak należy. Co rusz obijam się o sąsiadów w ciasnej alejce, niektórym zaczynają już puszczać nerwy. Ale nie mi! Biorę piankę i spokojnie udaję się pod scenę, gdzie dajemy z dziewczynami pokaz twerkingu w ramach tańca mocy :).
I za chwilę rusza pierwsza z trzech grup. Ja jestem w drugiej. Nadal jestem oazą spokoju, czemu nie mogę się nadziwić! Start jest z wody, więc mamy do pokonania 200 m - w ramach rozgrzewki, do linii startu. Nie chcąc znaleźć się w samym środku pralki i, biorąc pod uwagę moje umiejętności pływackie - przeszkadzać lepszym, ustawiam się nieco z tyłu i nieco z boku. Strzał. Ruszamy. Płynę spokojnie (!) - bez paniki, bez sensacji oddechowych (aczkolwiek z noskiem), pilnując techniki. Co prawda nie zawsze udaje się oddychać na trzy, bo to albo żabkarz kopnie w czoło, a to jakiś "cep" na głowę trafi, ale po prostu sobie płynę :), nie zważając na tych, którzy próbują mi to utrudniać. Niesamowita zmiana w tym zakresie. Nie wiem skąd się wzięła, bo na pewno nie z wytrenowania :). Pierwsza boja już za mną, druga też, płynę w stronę brzegu. Nagle ktoś po mnie przepływa, próbując mnie utopić. Ale nie ze mną te numery dzisiaj :) ! Wynurzam się i złośliwie walę ręką w nogę (obcą), która znajduje się jeszcze na moim ramieniu. Pomogło. Płynę więc dalej, czerpiąc z tego prawdziwą przyjemność. Choć nagle zrobiło mi się trochę zimno w głowę. Pewnie jakiś zimny prąd (w sztucznym zbiorniku?)... I moje własne włosy wchodzą mi do ust. Dotykam dłonią głowy. No tak - zgubiłam czepek. I zamiast płynąć do przodu rozglądam się za nim. Jest niedaleko, więc chwytam go szybko, przez chwilę zastanawiam się, czy zakładać go na głowę (bez niego jestem niewidoczna), ale do brzegu zostało jakieś 200 m, więc postanawiam tego nie robić. Przypomina mi się, że powinnam teraz mocniej nogami pracować. Nie wiem, czy nie za późno, ale macham nimi ile mam siły. Wychodzę i oglądam się za siebie. O matko - jaki cudny widok! Ile ludzi jest jeszcze w wodzie! Trochę jestem w szoku, ale dodaje mi to skrzydeł. Kuśtykam do strefy zmian, po drodze próbując uwolnić się z pianki.
Szarpię, ale coś mocy w rękach nie mam. Wreszcie udaje mi się wyciągnąć ręce. Kolej na nogi - jestem już w swoim "boxie". Nie potrafię ustać na bolącej nodze, nie potrafię też ułożyć jej pod odpowiednim kątem, żeby ją wyjąć. Siadam i próbuję rękoma jakoś ściągnąć z siebie mokrą gumę. Powoli zaczynam wpadać w panikę. Po kilku minutach wreszcie mi się udaje :/ Jeszcze tylko lód w sprayu na nogę, buty i... chciałabym powiedzieć, że biegnę, ale niestety ledwo idę, tak bardzo uwiera mnie but kolarski. Czemu ja go nie ściągnęłam i nie szłam na boso? Tego nie wiem. W każdym razie strefa T1 zajęła mi 6:29! Porażka totalna... Idę, po drodze jem batona i słyszę komentarze kibiców: "no taaaaak, nie śpieszymy się, mamy czas, jemy sobie, a co tam". Trochę mnie to deprymuje, ale nawet nie próbuję podbiec. Wreszcie linia, za którą mogę wskoczyć na rower. Jadę.
Próbuję znaleźć jakiś kąt ustawienia nogi, pod którym będzie mnie bolało najmniej. Znajduję wreszcie i... miała być dzida, ale było trochę pod górkę i trochę pod wiatr, więc patrzyłam tylko jak mnie mijają pozostali uczestnicy wyścigu. Ale w głowie miałam, że jadę swoje, żeby nie przeciążyć nogi, która dostanie łomot na biegu. Kręcę zatem, żar się leje z nieba, pilnuję, żeby się nawadniać, po drodze łapię jakiegoś banana w strefie żywieniowej i już Kostrzyn i nawrotka. W tę stronę nie było możliwości się ślimaczyć, więc DZIDAAAA! Ale to nie wystarczyło, żeby uzyskać jakąś sensowną prędkość średnią. Pojechałam zbyt asekuracyjnie i pomimo naprawdę dobrego i szybkiego asfaltu średnio wyszło 30 km/h, czyli pokonanie trasy rowerowej zajęło mi 1:30. Dużo. Mogło być lepiej. Ale nie było. Rower zleciał, do T2 pozostały 2 km, muszę zatem zastanowić się, czy ruszać na trasę biegową. Zeskakuję z Felka przed linią i próbuję biec do swojego miejsca w strefie zmian, które znajduje się oczywiście na drugim jej końcu, ale ból szybko weryfikuje moje zapędy. Znów nie zdejmuję buta, znów ledwo idę. Odwieszam rower, chwytam za mój lód w sprayu i słyszę sąsiada, który mówi, żebym odpuściła, że nie za wszelką cenę... Łykam jednak ibuprofen, wskakuję w buty biegowe i... BIEGNĘ. W głowie powtarzam, jak mantrę, że to tylko 10 km, że jakoś to będzie. Na dodatek żar się leje z nieba, mały podbieg i... głowa każe mi się zatrzymać. Nie rób tego - słyszę swój własny, wewnętrzny głos - jak się zatrzymasz, to będzie już koniec. Zaciskam zęby i biegnę dalej. Do zrobienia dwa kółka wokół Malty. Nie lubię kółek - zawsze mam wrażenie, że nie dam rady drugi raz TEGO przebiec :) Ale biegnę... Od jednej kurtyny do drugiej. Od jednej strefy żywieniowej, do następnej. Staram się nawiązywać kontakt z kibicami, którzy dopingują po imieniu, faworyzując dziewczyny, żeby odwrócić swoją własną uwagę od bólu. Za każdym razem, kiedy słyszę swoje (imię) - znajduję siły, żeby przyspieszyć. Przybijam piątki dzieciaczkom wystawiającym ręce, zaczynam się tym... bawić! Pierwsza pętla jakoś zleciała, Bartek drze się ile sił w gardle na jej końcu, znów przyśpieszam. Lód na głowę, która aż paruje z przegrzania, gąbka nasączona wodą pod trisuit, jeszcze tylko 5 km - DAM RADĘ! Zaczynam mijać innych. Jak to jest możliwe? Wbiegam w strefę cienia :), uff - trochę chłodniej, jeszcze tylko ostatnia prosta!
Słyszę wrzawę kibiców. Finiszuję, wznosząc ręce w górę. Meta. Puszczają wszystkie blokady i cała moja silna wola - niesamowity ból przeszywa moją nogę. Czuję, że upadam...
Podbiega ratownik medyczny i pyta, czy wszystko w porządku. Tak - tylko boli mnie trochę noga. Ktoś mnie podnosi. To Wojtek. Też myśli, że zasłabłam. Chwycił mnie pod rękę, trafiając na tętnicę. Twierdzi, że mam taki puls, że aż mu ręka skacze :) Typowo :) Wrzuca mnie do basenu, żebym się schłodziła. Dopada mnie euforia. Udało się!!!!
Oficjalne wyniki:
open: 941/1228
open K: 103/179
K35-39: 20/32
pływanie: 00:21:53 (677)
T1: 00:06:29
rower: 01:30:04 (936)
T2: 00:05:06
bieg: 01:03:56 (802)
total: 03:07:28
Jedyna wolność to zwycięstwo nad samym sobą. (Fiodor Dostojewski)
moja lasia:*