A cóż to w ogóle jest ten Bieg Rzeźnika? Ponoć to jeden z najtrudniejszych i kultowych biegów górskich ultra w Polsce. Mówię “ponoć”, bo zdołałam go ukończyć bez jakichś specjalnych przygotowań (dwóch zimowych podejść na Sowę, w tym jednego jakby niedoszłego, dwóch wycieczek rowerowych oraz jednego wypadu do Trzebnicy nie można chyba nazwać treningiem), co może świadczyć o czymś zupełnie przeciwnym :) Mówię “ponoć”, bo to był mój debiut w tego rodzaju biegach, więc zupełnie nie mam rozeznania.
Narodził się on 12 lat temu przez przyjacielski zakład… Dwóch kolegów, późniejszych członków klubu OTK Rzeźnik, byłych podopiecznych trenera Klausa Czecha, zwanego „Rzeźnikiem” (stąd też wziął się akronim OTK – Ofiary Trenera Klausa :) ) stwierdziło, że blisko osiemdziesięciokilometrową trasę prowadzącą głównym, bieszczadzkim, czerwonym szlakiem są w stanie pokonać w 12 godzin.
Trasa Biegu Rzeźnika wiedzie z Komańczy (ok. 460 m n.p.m.), przez przełęcz Żebrak (816 m n.p.m.), Cisną (565 m. n.p.m.), góry Jasło (1153 m. n.p.m.), Fereczatą (1102 m. n.p.m.) i Smerek (1222 m. n.p.m.) oraz Połoniny Wetlińską (1253 m. n.p.m.) i Caryńską (1297 m. n.p.m.) do Ustrzyk Górnych (640 m. n.p.m.).
Przybliżona suma przewyższeń to 6290 metrów.
Limit czasu, jaki mają startujący na pokonanie tej trasy, wynosi 16 godzin. Start o 3:00 nad ranem. Parami (mówią, że to największa próba przyjaźni)…
Cała ta otoczka spowodowała, że chciałam TO poczuć na własnej skórze. Czy raczej nogach :)
Na łemkowsko-bojkowską ziemię przyjechaliśmy na tyle wcześnie, żeby zdążyć oswoić się nieco z Bieszczadami, które na pierwszy rzut oka nie wydały mi się zbyt interesujące :) Zanim udaliśmy się na mały rekonesans trasy, aby choć powąchać to, co nas niebawem czeka, zrobiliśmy sobie mały rajd po regionalnych karczmach. Oczywiście wszystko w ramach “pasta party”. Kuchnia Bieszczad i Podkarpacia opiera się głównie na płodach lasów i łąk, co wynika głównie z biedy i niedostatku. Nie mogliśmy się zdecydować: łemkowskie fuczki - postne, proste placki z ciasta naleśnikowego i kiszonej kapusty podawane ze śmietaną; hryczanki - kotleciki z kaszy gryczanej z sosem grzybowym; czy bojkowskie pierogi razowe z kaszą, bryndzą i pokrzywą? Wszystkie zatem trafiły do naszych wygłodniałych paszczy i napełniły nasze brzuchy po same brzegi, co miało niestety swój finał podczas biegu :)
Po tej dość obfitej uczcie syci, rozleniwieni, aczkolwiek nieco podekscytowani ruszyliśmy w teren. Nadziwić się nie mogłam, że trzeba będzie biec przez tory (a jak ktoś spadnie?) :)
A to był dopiero początek, bo im głębiej w las, tym więcej… achów i ochów nad malowniczością trasy. Czasem ciężko było ją znaleźć, ukrytą wśród zieleni, korzeni, czy zalaną strumieniem. Jakże inaczej wyglądają ścieżki biegowe w mieście ;)
Moja ekscytacja rosła z każdym krokiem - to będzie prawdziwy survival challenge! Za chwilę jednak porzuciłam odkrywanie tajemnic czekającej nas trasy (może to i dobrze, bo gdybym zobaczyła na własne oczy, co czai się tuż za zakrętem, pewnie zwiałabym gdzie pieprz rośnie! :) ) i skupiłam się nad różnorodnością otaczającej nas przyrody. Zachwytów nad jej “dziewiczością” nie było końca.
Może to i niezbyt mądre, ale przecież podczas biegu nie zauważę larw chruścików, udających patyczki na dnie strumyka:
Albo rozdepczę inne niewinne stworzenie :) …
“Czy nie prawdziwe bogactwa piękna ukrywa dziewicza nasza przyroda?” (Erazm Majewski, 1882)
Czas mijał jednak nieubłaganie i przyszła pora na odebranie pakietów startowych. Wypierając ze świadomości jutrzejszy dzień, stałam w kolejce obserwując “rywali”. Sami wyżyłowani prosi. Przez chwilę zastanowiłam się, co ja tutaj robię, ale odpowiedź była tylko jedna. Jestem tu po to, aby zwyciężyć z kolejnymi słabościami. Jakieś wewnętrzne COŚ mówiło mi, że dam radę. A właściwie damy! Przecież od mojej mocy, czy niemocy zależy nasz wspólny sukces. Jestem odpowiedzialna za ten bieg, jako słabsze ogniwo. Odebraliśmy rzeźnickie torby i pognaliśmy przygotować worki na przepaki. Tu czapka z daszkiem, tam kanapki, tam lód w sprayu… Nie dostaliśmy naklejek z numerem startowym, aby je oznaczyć. Oczywiście :) Pędzimy, aby zdążyć jeszcze raz do kolejki. Znajdują je w pudełku. Oklejamy worki, zdajemy do depozytu, odsłuchujemy odprawy technicznej i grzecznie idziemy spać. Za chwilę trzeba wstać z powrotem. Autobusy wiozące zawodników z Cisnej, gdzie znajduje się cała “baza”, na miejsce startu, czyli do Komańczy odjeżdżają o 1:30. Leżę i wsłuchuję się w odgłosy gór i miarowy oddech partnera. Próbując zasnąć wizualizuję sobie trasę - poprzedniej nocy lało, pewnie będzie błoto. Sen jednak nie nadchodzi, jest zbyt wcześnie i jestem zbyt podekscytowana. Pomaga liczenie baranów :) Zasypiam na kilkadziesiąt minut koło północy. Przed 1:00 budzik głośno oznajmia, że pora wstać. Wszystko przygotowane - stroje, plecaki z bukłakami pełnymi izotonika - więc tylko szybka kawa i wychodzimy. Na parking spływają ze wszystkich stron biegacze z włączonymi czołówkami. I tańczą te małe światełka niczym świetliki w gęstym zmroku.
W autobusach brakuje miejsc. Część ludzi leży na podłodze w przejściu, albo siedzi na schodach. Nie słychać gwaru rozmów - wszyscy koncentrują się przed biegiem, albo próbują złapać jeszcze kilka minut snu. Po pół godzinie dojeżdżamy na miejsce startu. Blask czołówek rozświetla plac zbiórki, który jest jakiś metr niżej, niż ulica. Zbiegamy w dół po dość stromym zboczu, aby wtopić się w ten rozświetlony tłum. Wykręcam nogę, boli. Na chwilę wpadam w panikę, jednak ból powoli ustępuje. Nie mogę doczekać się legendarnych odgłosów bębnów i odliczania. Nagle w żołądku czuję skurcz. Panicznie szukam toalety. Odnajduję JEDNĄ (!), przy której ustawił się kilkumetrowy ogonek. Nic już nie słyszę i nie widzę co się dookoła dzieje. Całą energię skupiam na tym, żeby się przedwcześnie nie… skupić :) Coraz mniej czasu do startu. Spokojnie, zdążymy - słyszę raz za razem od stoicko spokojnego Mariusza. Jak on to robi? Może tylko udaje, żeby mnie trochę uspokoić? :) Wreszcie moja kolej. Strzał startera zagłusza… mój własny wystrzał w porcelanę :) Szlag by to trafił! Spóźnieni o niemalże 10 minut, lecimy na linię startu. Czy nas jeszcze wypuszczą? Wypuścili…
Wewnątrz jestem spanikowana, choć staram się tego nie okazywać. W planach mamy po prostu zmieścić się w limicie czasowym - na nic większego nie jestem przygotowana. Te cholerne 10 minut może okazać się być strategicznym czasem! Ciemna noc potęguje moje obawy - czy nie zgubimy się w czeluściach nocy? Czy w Duszatyniu po ciemku znajdziemy wejście do lasu na czerwony szlak? Pierwsze kilometry biegną przez bieszczadzki asfalt :) Próbuję lecieć na złamanie karku, żeby dogonić grupę. Blask księżyca i spokojny głos partnera uspokajają moje wyrywne nogi, skołatane nerwy i przyśpieszony rytm serca :)
Po kilku kilometrach samotnego biegu zauważamy migotanie światełek - doganiamy ostatnich maruderów :) Zaczyna świtać, zanim wbiegamy do lasu. Wstające słońce przegania ożywczy chłód nocy. Zaczynamy się rozbierać - rękawki i bandany na głowach nie są już potrzebne. Zapowiada się ciepły, słoneczny dzień! Zaliczamy Chryszczatą i wbiegamy na pierwszy punk kontrolny, na Przełęczy Żebrak, zostawiając w tyle kilka drużyn. Zdążyliśmy po drodze zawrzeć kilka znajomości - wiadomo, że będziemy “kisić się we własnym sosie” :) przez kilkanaście godzin. “Catch our goals” - słyszymy niechcący za naszymi plecami. I już wiemy, że się nie damy :)
Podejście na Jaworne i Wołosań przebiega bez zakłóceń, a potem już tylko z górki do Cisnej, gdzie znajduje się drugi punkt kontrolny i pierwszy przepak. Ostatni odcinek II etapu ciągnie się asfaltowymi ulicami miasteczka. Uffff - jak gorąco! Do tej pory las chronił nas przed promieniami słońca. Jeszcze tylko mały przystanek na… siku w przydrożnych zaroślach (nie doniosę!) i wpadamy na przepak. Mamy godzinny zapas, poszło świetnie - zgodnie z planem. A może nawet ciut lepiej!
Uzupełniamy bukłaki, wysypujemy kamienie z butów i zjadamy kanapki. Można by już biec dalej, gdyby nie… ponowny skurcz żołądka :/ Do toy-toya ładnych kilkadziesiąt metrów i kilka chwil “straty”. W końcu udaje się opuścić przepak. Jak to spędziliśmy tu 24 minuty? Więc cały nadrobiony czas poszedł wniwecz? Jestem niepocieszona! Ale to nic! Na następnym przepaku na pewno pójdzie nam sprawniej. Za chwilę wpadamy na znane już tory i ciśniemy dalej. Uda się, uda się, na pewno się uda! Choć od tej chwili ZEWSZĄD słyszę, że będzie już tylko gorzej. Udaję, że nie słyszę…
Kolejny - III etap początkowo właściwie niczym się nie różni od poprzednich. Biegniemy przez las, Mariusz pilnuje, żebyśmy odpowiednio jedli i pili. Tu skok przez korzeń, tam skłon pod zwaloną gałęzią, mały poślizg na błocie, czy wpadnięcie do strumyka :) i jakoś leci, choć ciągle pod górkę, aż do Małego Jasła. Na górze wieje - ubieramy kurtki, trochę niżej gorąco - ściągamy. I tak w kółko. Zdobywamy Jasło i Fereczatą. Połowa drogi za nami! Mariusz głośno daje o tym znak innym biegaczom - dostaje gromkie oklaski :) Zastanawiam się dlaczego na ten etap jest mniej czasu, skoro jest (jednak), moim zdaniem trudniejszy, niż poprzednie. Odpowiedź znajduje się sama, w postaci Drogi Mirka - 5-cio kilometrowego odcinka prostej, szutrowo-asfaltowej drogi, w dodatku nieco w dół, prowadzącej aż do kolejnego przepaku pod Smerekiem. Biegniemy zygzakiem, szukając cienia rzucanego przez przydrożne drzewa. Pozwala nam to na odrobienie strat z poprzedniego popasu :)
Kolejny postój - i kolejne oczekiwanie na wolną toaletę. Żołądek rozstrojony na dobre od ilości przyjętych żeli i batonów energetycznych znów daje znać o sobie. Stoję w kolejce przebierając nogami. Mariusz w tym czasie oporządza nasze plecaki i nieco obolałe już kolana oraz serwuje zupę pomidorową :) A czas ucieka… Znów straciliśmy ponad 29 minut. A miało być tak pięknie!
Ruszamy na podbój Smereka. Mariusz próbuje tłumaczyć mi, że gdybym nie doczekała się toalety, to i tak stracilibyśmy ten czas później, ale ja wiem swoje ;) Dodatkowo strome podejście i upał powodują, że chce mi się płakać. Chyba nawet płaczę naprawdę… Przypominają mi się fazy biegu, które opisywałam kilka wpisów wcześniej (http://boolbaworld.tumblr.com/post/112395261581/ja-sowa). Właściwie wszystko przebiega tak samo, nie wiem tylko skąd fazy wiedzą, że muszą trwać nieco dłużej (z racji większego dystansu) :) I tak oto wkroczyłam w fazę “poddaję się”. Mariusz się nie poddał i dosłownie wciągnął mnie na samą górę. A tam ukazał się moim oczom niezapomniany widok. Mamusiu, jak tu pięknie!
Jak bardzo potrzebny mi był taki zastrzyk endorfin. Zachwycona, poczułam się jak na planie filmu Brave Heart. Głośno dałam temu wyraz, używając kilku niecenzuralnych słów. Wtórowali mi inni uczestnicy tego cudownego widoku :) Dziękuję, Kochanie, że zdołałeś mnie tutaj wtaszczyć!
Poczułam, że jednak mam tę moc :)
Dostalam skrzydeł i pozostałą część Połoniny Wetlińskiej pokonałam w cudownym nastroju. A droga nie należała do najłatwiejszych. Ostre, sterczące kamienie, silny wiatr, wąskie single tracki…
Na trasie dwa razy usłyszałam, od dwóch niezależnych mężczyzn, że “takiej żony szukałem całe życie”. Przy czym raz mocniej zabiło mi serce… Nie dziwota więc, że leciałam jak na skrzydłach aż do Berehów Górnych, czyli kolejnego i ostatniego już punktu kontrolnego.
O dziwo poszło szybko, pomimo zaliczenia WC, a jakże! Kanapka z pasztetem i ogórkiem w dłoń i po 9 (!) minutach ruszamy na ostatni etap.
I tu zaczęła się moja gehenna. Prawdziwa droga przez mękę w 30 st. C. Caryńska… I kolejna faza, nieznana mi dotychczas - DOBIJCIE MNIE. ledwo żywa wypatrywałam legendarnych schodów. Po pokonaniu pierwszych usłyszałam: nie, to nie te. Przy kolejnych nawet nie musiałam pytać. Błagalny wzrok skierowany ku Mariuszowi i znów słyszę bezlitosne: NIE. A ja już prawie wyzionęłam ducha. Przemieszczamy się (choć to wielkie nadużycie słowa) w tempie 25 min/km. Kiedy ujrzałam kolejne stopnie, nie musiałam już pytać… Stanęłam jak słup soli - gęsia skórka, oczopląs i drgawki. Chyba dostałam udaru. Mariusz bezradnie milczy. Po chwili znajduje małe źródełko. Napełnia wodą moją czapkę i wylewa mi ją na głowę. Reset! Jeszcze tylko 20 m w górę… A nie, kolejne 20 m… Jesteśmy na szczycie. Za jakie grzechy ja to robię?! Nagle dociera do mnie głos partnera. Możemy nie zdążyć… Na drogowskazie informacja, że czas potrzebny do zejścia do Ustrzyk Górnych (meta) to 1,5 h. Nam została niecała godzina, żeby zmieścić się w limicie.
Jak, k…a, nie zdążymy? Zaszliśmy tak daleko i teraz mamy nie zdążyć? To zapi…j! - wrzeszczę. I pobiegliśmy! Choć może okazać się, że była to kolejna, nieznana dotąd faza: WYDAJE MI SIĘ, ŻE BIEGNĘ :) Nie patrzyłam już, czy w górę, czy w dół. Po kamieniach, czy po trawie. Nogi z bólu i przeciążenia wyginały mi się już na drugą stronę… Ale nie odpuściliśmy aż do samego końca. Udało się! Na zegarze 15:45.
Wpadamy na metę. Jestem wykończona. Informują nas, że zabrakło medali… Nie potrafię opisać uczucia zawodu, jakiego doznałam. To człowiek zaiwania 16 godzin właściwie tylko po niego (“Medal co tam czeka, co najdroższy na świecie…”), a tu taki zonk… Pożyczamy czyjeś do zdjęcia :/
Pstrykamy fotkę dla potomności po czym padam na ziemię ze zmęczenia. Pierwszy raz w życiu w mojej głowie i z moich ust wydobywa się stwierdzenie: kto mi to kazał? Już nigdy w życiu więcej! Musiałam dać z siebie wreszcie tym razem wszystko :)
Nie ma jednak czasu użalać się nad sobą, za chwilę odjeżdża autobus do Cisnej. Nie umiem chodzić, nie umiem do niego wsiąść i wysiąść. Nie mam nóg :)
Czas wracać do domu. Po drodze wpadamy na legendarny, opatentowany, gigantyczny naleśnik z jagodami.
oraz regionalne piwo do Uherców Mineralnych.
Trzeba przecież uzupełnić płyny i deficyt energetyczny :P
W drodze powrotnej słuchamy płyty Wiewiórki Na Drzewie. Ich płyta była w pakiecie startowym. A właściwie to słuchamy dwóch utworów. A później już tylko jednego:
Znałam go już wcześniej. Nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Ale jakże inaczej się go teraz słucha! Jakiegoż znaczenia nabrały proste słowa. Z moich oczu płyną łzy. Łzy wzruszenia, dumy, szczęścia… Nikt mi tego nie zabierze. Takie przeżycia zostają w człowieku na zawsze. I stało się jasne, że… jeszcze tam wrócimy… :)
Jestem żywym świadectwem tego, że wszystko zależy od motywacji. WSZYSTKO JEST W GŁOWIE!