W odniesieniu do wiecznego braku czasu, które objawia się w pytaniu mojej Mamy "Dzieci, a kiedy Wy macie czas pomieszkać u siebie?" - z wielkim ociąganiem i problemami znajduję czas, żeby dodać tutaj parę słów. Głównie próbuje zmobilizować mnie do tego mój Stasiu Wiking, jednak jestem twarda i łatwo nie ulegam.
Ale skoro już usiadłam, a i zdjęcia został zrobione - czas na prezentację.
Póki kawalerskie mieszkanie było jeszcze kawalerskie, próżno było szukać jakichkolwiek ocieplaczy wnętrza. Oczywiście i to się musiało zmienić wraz z moją, wtedy jeszcze powolną, ekspansją.
Podczas którejś wspólnej nie-randki zawitaliśmy do Ikei - narzekałam na brak jakiegokolwiek lustra w domu (poza tym łazienkowym oczywiście) - moje potrzeby zostały jednak zaspokojone. Mogę teraz malować się przy stole, który stanowi drugie co do ważności centrum dowodzenia w naszym domu. Rano jest miejscem wcześniej wspomnianego makijażu, weekendowo spełnia swoje przeznaczenie i jak na nasz prawdziwy romantyzm przystało jemy wspólne śniadania. Są też świece, jakby nas naszło na kolację we dwoje. A raczej jakby nas naszły nadprogramowe zasoby wolnego czasu.
Poniżej część parapetu wraz z firanką, której też dorobiliśmy się po długim czasie (a tak na prawdę kawałkiem materiału przyczepionym klipsami do rury pod sufitem - coś z niczego daje największą frajdę):
Tak, chcieliśmy zapalić tą świecę, ale w miarę zgodnie doszliśmy do wniosku, że może to przynieść rezultaty nieco gorsze od oczekiwanych.
A na koniec poglądowa odsłona naszego prawdziwego centrum dowodzenia - tego, z którego krzyczy się Kochanie, podaj piwo, bo ja już leżę!, chociaż do lodówki jest półtora metra.
Kupiliśmy lampki, żeby było jak czytać to, co stoi powyżej, aczkolwiek dobrze by było mieć na to trochę więcej czasu. Jak widać, nasz stolik nocny został utworzony z jednego z krzeseł, bo na nic innego nie ma miejsca - spełnia jednak swą rolę niezwykle poprawnie. Poszewki na poduszki dorwaliśmy podczas weekendowego wypadu do Krynicy Morskiej po zgodnym Musimy zobaczyć, co tam jest! kiedy zobaczyliśmy wielki napis "Wszystko po 1 zł". Co prawda kosztowały 3 albo 4 zł, ale i tak musieliśmy je mieć. Zamiast pamiątek z wakacji przywieźliśmy więc dzbanek z miarką do mąki, cukru i wody, trzy opakowania super-kleju no i poszewki.
Właśnie usłyszałam A co Ty, Pana Tadeusza piszesz?, tak więc ewidentnie jest to pora na zakończenie i zapalenie papierosa.
A już jutro: będziem robić pierogi!