Nieskończenie zaćmiony?
Mija rok, od premiery najnowszego albumu JMJ „Equinoxe Infinity”. Z tymi premierami na czasie - że tak to ujmę - to zawsze mam problem, z prostej przyczyny. Czy jest to nowy Terminator, Blade Runner, czy nowy album Tangerine Dream, …, czy wspomnianego JMJ - dzieje się to teraz. Dlaczego podkreślam to teraz? Ponieważ najczęściej, to są wykonawcy i tytuły (filmy, wydarzenia itp.) z mojej młodości - z lat 80 / 90tych - a w tedy nie śledziło się premier. Jarre po prostu wybrzmiewał mi w uszach, z czołówek programów popularnonaukowych np. Kwant, Telekomputer, teleturnieju Rambit… , potem pierwszy raz skopiowałem od kolegi Koncert w Chinach na kasecie. Zaś popularne filmy „must see”, krążyły w obiegu kaset VHS - w trzeciej czy nawet piątej kopii i z kiepskim dubbingiem. One po prostu wtedy były. Nawet ukochany serial X-Files, po prostu był emitowany - owszem jako premiera w TVP, ale nie jako premiera w ogóle. I to o to chodzi. Współcześnie, z wydarzeń interesujących mnie - doświadczam tych premier, jako światowych, a nie reemisji. Z najnowszym sezonem X-Files, także miałem ten sam problem - widzę, coś, co jest totalną nowością lecz o cenionym rodowodzie, w pamięci mam wszystkie poprzednie i muszę (chcę) sobie wyrobić zdanie, na temat tego najnowszego, który właśnie oglądnąłem?! Więc jak tu postąpić? Najprościej napisać prostacki komentarz, w stylu: „eee dziadostwo, nie dorasta do pięt temu staremu…” itp. Uważam, że to jest pochopne i krzywdzące postępowanie - prostackie po prostu, w ten sposób tylko dolewam pomyj, do codziennych internetowych „mądrości” 40 mln krajowych ekspertów. To też, staram się nie postępować pochopnie, dać chwilę, dłuższą chwilę, przetrawić dobrze „to nowe”, wyciągnąć wnioski, zastanowić się czy aby na współczesne realia właśnie tak nie powinno być to pokazane / stworzone - vide nowe Bondy z Craigiem vs. te z uwielbianym przeze mnie Moorem czy Brosnanem! Wiem, takie silenie się na obiektywizm - po co to komu, ALE przynajmniej będę fair przed samym sobą. Tak też mam z nowym albumem JMJ - postaci wybitnej, czego nikt nie kwestionuje, a nawet, jeśli w karierze zdarzyło mu się „piec pączki”, trudno zdarzyło się coś słabego, czego nie muszę na siłę słuchać. Życie to nie tylko pasmo sukcesów!
Tak więc, z albumem „Equinoxe Infinity”, mam tak, że w zasadzie wciąż nie zdefiniuję go w kategorii fajny / niefajny. Melodie wpadają w ucho, chce się przy nich podśpiewywać, pogwizdywać, aż dochodzi do utworu nr.6 z którym kompletnie nie potrafię się oswoić - jak ktoś pięknie skwitował na Fejsie „czy to zespół Boys robił to na syntezatorkach?”. Oczywiście w wielu poprzednich albumach zdarzały się takie poluzowania, utwór Infinity przypomina mi np. fikuśny utwór Calypso z albumu „Waiting for Cousteau”… Jest to potrzebne, a doskonałość wszystkich utworów w albumie to mz. naprawdę rzadkość* i czy aby warto do niej dążyć? Wracając do najnowszego JMJ - gdy już przebrnę przez 6stkę, robi się naprawdę klimatycznie, kulminacja w utworze The Opening - wchodzi groźna elektronika z tłem tzw. choroby (nie moja analogia, ale bardzo mi odpowiada, do określania specyficznego elektronicznego drajwu) i jest naprawdę pięknie, momentami ciarogennie! Ostatni - tytułowy - utwór przypomina mi Frautonium z płyty „Toy” - ponadczasowego Yello, melodyjność, progresywność, przenikanie klimatów - tak, to jest dobre podsumowanie całości!
Tyle o tym :)