Została porównana do innych, ba! Nawet wygrała te zestawienie wyłącznie w niepełny kwadrans od nawiązania znajomości. Nieźle. Punkt dla niej. Gdyby tylko była tego świadoma, zyskałaby pełne prawo do obrośnięcia w piórka.
- A czy coś jest nie w porządku, Josephie? - wszystko. Widziała przecież. Nie była ślepa. Nie chciała nie widzieć. Nie mnie, zaintrygowana tym, jakim kłamstwem posłuży się mężczyzna, ciągnęła tę niewybredną grę słów. Istny spektakl metafor, ukrywania się między słówkami i rzucaniem niedomówień.
Oblizała dyskretnie wargi, na których pozostała kropla po tym, jak odsunęła od ust szklankę.
- A może po prostu chciałeś, abym była kimś, z kim już się zetknąłeś, bo nawiązywanie znajomości w barze niekoniecznie jest czymś, co robisz często, więc nie czujesz się pewny zaczynając znajomość od tak... grząskiego gruntu? - korzystając z okazji zainteresowania barmana, zamówiła dla siebie również drugiego trzeciego drinka. Miała słabość do Old Fashioned i niesztampowych mężczyzn najwyraźniej także.
- Możliwe. Nie jestem typem domatora, a miasteczko jest małe - uściśliła, ten jeden raz nie pozostawiając pytania otwartym.
Była blisko. Ktoś, kto mieszkał tutaj od dwudziestu ośmiu lat, miał prawo czuć się tutejszym. A jednak, z niezadowoleniem, stwierdziła, że traci czujność. Wina prawdopodobnie leżała po stronie alkoholu, którego sobie nie żałowała, nie mniej Grace niechętnie zrzucała winę na innych. Jeśli już, przyczyn zawodu doszukiwała się w samej sobie oraz uchybień, które przeoczyła.
- Tam, gdzie zmarł Ryszard Kukliński. Nawet pomnik po nim nie pozostał, prawda? - lubiła historię, gdyż ta opierała się na faktach, a nie na przypuszczeniach. Gdybanie nie było pożądane w jej zawodzie, zwłaszcza, gdy brało się chociaż cząstkową odpowiedzialność za kogoś, kto lądował w cieli śmierci.
Odwzajemniła uśmiech, przytrzymując egoistycznie spojrzenie Warrena tylko dla siebie.
- Możemy, ale ostrzegam, że kiepska ze mnie aktorka - zainteresowanie, jak najbardziej mogło mu się wydać obustronne. Tym bardziej, że Grace nieustannie wpatrywała się w jego oczy, co oczywiście nie robiła przypadkowo, aczkolwiek Joseph nie miał podstaw, by sądzić, że kryje się za tym coś więcej. Utarty zwyczaj, aby nic nie umknęło jej uwadze, gdyż w innym wypadku, musiała zaczynać scalać informację od nowa do kupy.
- Kochał własną matkę. Nigdy nie przeciął pępowiny i dlatego nie udało mu się stworzyć żadnego, trwałego związku. W każdej kobiecie doszukiwał się lustrzanego odbicia swojej matki, nie ma więc mowy, aby z którą skończył w łóżku. Teraz, gdy świętej pamięci babci zabrakło, wuj upija się w samotności i snuje od kąta do kąta, bo jest dużym, niezaopiekowaniem dzieckiem - skończyła wywód bez cienia skrępowania, drażniąc paznokciem kolczyk, który miała wpięty w ucho. Drobne perełki, proste, nieudziwnione.
Uniosła brew, po czym pochyliła się ku Josephowi, jakby chciała na jego uszko szepnąć najbardziej intymny sekret. Jej ust, zatrzymały się minimetr przez płatkiem jego ucha. To wystarczyło, aby drażnił je ciepły oddech zmieszany z zapachem lekkich, typowo kobiecych perfum.
- Nikt nie rodzi się z zakodowaną w genach przemocą. Człowiek nabiera ją z czasem, z domu, ze swojego środowiska, jest wypadkową zaburzeń psychicznych, gdy te, uśpione, dojdą do głosu w wyniku pobudzającego ich doświadczenia. Nie jest to jednak grzech pierworodny, z którym rodzi się każdy jak to bywa zgodnie z wierzeniami religii chrześcijańskiej.