Tonzla Anita / Poland

seen from France

seen from United States
seen from Russia
seen from Malaysia
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from Denmark
seen from United States

seen from Hong Kong SAR China
seen from China

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from Yemen
seen from United States
seen from France
seen from Malaysia

seen from United States
Tonzla Anita / Poland
Anita / Poland
Recenzja wreszcie.
fot.: GGE facebook
Jest grudzień. Od premiery już trochę minęło. Jedni zdążyli zakupić swój egzemplarz, reszta jeszcze zbiera fundusze. Oby szybko, co by wystarczyło!
Wrześniowe emocje nie do końca jeszcze opadły, gdyż podsycane są przez twórców ciągłymi niespodziankami. Można jednak podejść powoli do analizy książki, która miała być pierwszą i najważniejszą w historii polskiego writingu. I jest pierwsza, ale czy będzie najważniejsza? Na pewno nie dla wszystkich. Bo tu przecież nie utopia.
Dla mnie miała być najważniejsza symbolicznie. I taka jest. Nie da się bowiem wyprzedzić pionierów. Nie da się być ważniejszymi od nich. Możliwe, że dało by radę zrobić to lepiej albo gorzej, w sumie nie ważne, nie będzie to nigdy tak istotne, wzniosłe i szanowane. A co będzie dalej, czas pokaże…
Ale wróćmy do sedna sprawy. Do tej pory przeglądałem same skrawki podane w preview w pliku pdf. Parę dni temu wreszcie będąc w Polsce zdjąłem z mego egzemplarza folię i zaciągnąłem się zapachem świeżych drukarskich eliksirów.
Jak zawsze są plusy i minusy. Na szczęście plusów jest więcej, więc spokojnie. To zwykła recenzja. Przedstawienie za i przeciw z punktu widzenia writera z małego miasta, chłopaka urodzonego w latach osiemdziesiątych, gościa lubiącego graff książki i osobę badającą teoretyczne aspekty writingu i sztuki w przestrzeni publicznej. A dlaczego to w ogóle? Bo tak trzeba. Była krytyka “innych” książek to trzeba i zapytać o tą “naszą”.
Tą która jest pierwszą odpowiedzią środowiska na igraszki z tematem autorów mniej kompetentnych. Bo tak to jest, że o graffiti writingu mogą rzetelnie mówić tylko sami twórcy i tylko takie wypowiedzi będą się liczyły w tym hermetycznie zamkniętym słoiku. A przynajmniej tak by się wydawać mogło.
Okładka to pierwsze co zasługuje na pochwałę. Prosta i dosadna. Mocna i najprościej dobra bo w barwach narodowych. Z tytułem, który streszcza i komentuje bardzo trafnie całą istotę tego wydawnictwa. Przy okazji też wspomina nam naprawdę ciekawe style ekipy Caf, które osobiście bardzo cenie. Projekt graficzny stoi na najwyższym poziomie. Od samego początku z bardzo fajnymi pomysłami na tytułowe logo, spis treści po ostatnie strony indeksu imion. Jest przejrzysty i harmonijny. Duże zdjęcia nadają albumowy, poważny charakter. Wygląda po prostu fajnie, co istotne, gdyż przypomina jak wiele wartościowych przedsięwzięć graficznych w Polsce wywodzi się właśnie z kręgów graffiti writingu.
Czyta się różnie, bo do współpracy zaproszonych zostało grono różnych ludzi. Jest to jak najbardziej plus. Szorstkość dodaje autentyczności. Miąższ dokumentu sączy się dlatego, że mamy do czynienia z tekstami pisarzy graffiti, a nie autorami noblowskiej literatury. A o historię się tu przecież rozchodzi. Najciekawiej przedstawiają się miasta, w których do głosu dopuszczono wiele osób. Zaprezentowanie przeróżnych kontekstów i punktów widzenia składa się na fajną całość danego regionu. Oprócz historycznych rysów kondycji poszczególnych scen, wzbogaconymi o klimatyczne, unikatowe fotografie ze starych negatywów, możemy dowiedzieć się o przygodach czy zmaganiach z writerską rzeczywistością lat dziewięćdziesiątych. Rozbudza to przyjazne wspomnienia ze “starych dobrych czasów”, do których każdemu tęskno. Generalnie bowiem jest to solidna opowieść o latach dziewięćdziesiątych i początkach dwutysięcznych. Spora dawka materiału, który przypomina nam wszystkim obraz początków ruchu graffiti w naszym kraju. Historia paru największych scen i liźnięciu lub pominięciu reszty mniejszych.
I to jest jeden z dwóch minusów GGE. Zaburzone proporcje są z pewnością zauważalne dla osób z mniejszych miejscowości. W pamięci jest bowiem ogrom zdarzeń i imion, a odzwierciedlenia tego w książce brak. Oczywiście jest to zarzut wymierzony w realia wydawnicze czy bardziej budżetowe. Jest bardzo prawdopodobne, że materiału zebranego przez twórców jest na pięć takich tomów. Samo jednak odczucie pewnego niedosytu jest dla mnie sygnałem, że coś mogło być inaczej rozegrane. Możliwe że nawet zrezygnowanie z mniejszych miast było by lepsze?
Z poświęceniem mniejszej uwagi na mniejsze sceny, automatycznie związana jest mniejsza dbałość o szczegóły. Najistotniejsze w zarysie historycznym są imiona. Każdy writer pominięty, a uczestniczący w tworzeniu danej sceny będzie dlatego uważał GGE za tą nie najważniejszą księgę. I to ten drugi minus. Obok braku nieaktywnych już graczy można ewentualnie przejść łagodnie. Na każde miasto może kiedyś przyjdzie kolej i będzie miało swoje “gge”. Co do aktywnych przez lata do teraźniejszości jest problem. Godzi to w cechę rzetelności, która dla mnie nierozerwalnie wiązała się z tym projektem.
Osoby odpowiedzialne za opis danej sceny to najczęściej najstarsi zawodnicy. Nie znają się pewnie ze wszystkimi młodszymi, aktywnymi pisarzami. Rodzą się więc ogólne pytania:
-O sposób przedstawienia aktywności writerów w medium, jakim jest książka historyczna?
-Jaki powinien być klucz zaliczania lub wykluczania danego imienia z kart historii i czy dzieje się to tylko poprzez nieobecność w publikacjach? Bo może jest to winą samych writerów, którzy nie pielęgnują znajomości z hierarchicznie wyżej postawionymi oldschool'owcami lub po prostu nie zależy im na przetrwaniu swojej legendy w przyszłości, w tej przestrzeni czasu, którą oferują publikacje środowiskowe?
-I w końcu, czy w ogóle można lub powinno przypisywać się takiej książce misje obiektywnego spojrzenia? Bo może jedyną metodą na obiektywizm staje się jednak ocena z boku? Obserwatora, który dokumentuje, kolekcjonuje. Nie “piszę”…
Wiadome jest, że każdy w swojej głowie będzie nosił osobistą opowieść. Czy autorzy niektórych tekstów więc nie podjęli wystarczającego wysiłku by wznieść się ponad podziałami pokoleniowymi, sympatiami i antypatiami? Czy najzwyczajniej nie zweryfikowali dostatecznie swoich tekstów?
Jeżeli tak, nie sądzę oczywiście by było to zamierzone. Jest to ciężka praca oraz są to trudne decyzje. Łatwo w tym wszystkim o błędy. Jednak te związane z imionami są najjaskrawsze. Wydaje się to istotne do poruszenia, gdyż takie książki tworzy się po to, by były uporządkowaniem naszej pamięci. By służyły za najistotniejszy i rzetelny punkt odniesienia. Kronikę tagów, czyli elementu podstawowego, budulca świata graffiti. By były dokumentem dla przyszłych pokoleń, które tory lub ściany będą znały tylko z opowieści pradziadków.
Tak naprawdę przez cały okres powstawania tego dzieła wzbudziły się we mnie bardzo duże oczekiwania. Moje wyobrażenia o efekcie końcowym wymknęły się chyba z pod kontroli. Wyidealizowałem sobie książkę, która jeszcze nie istniała, tak bardzo, że nadal nie istnieje. Dla tego cieszę się z jednej strony z mniejszych rozmiarów czerwonego olbrzyma. Album nie zamknął bowiem drogi do kolejnych, podobnych prób ogarnięcia historycznego sceny Polskiego writingu. Najważniejsze jest to, że powstał. Że można spędzać teraz godziny przed papierem, a nie monitorem. Mam nadzieje, że twórcy nie poprzestaną na tej produkcji. Długi okres oczekiwania na tą księgę jak najbardziej został wynagrodzony. Czekamy myślę teraz na coraz więcej.
Nie wiem czy jest możliwe, by w jednej książce zamknąć definitywnie dwadzieścia parę lat przygód tak wielkiej grupy osób. Na pewno możliwe za to jest, by w Polsce z takim sukcesem wydana została niezależna, parokilogramowa opowieść o ludziach żyjących poza granicami codzienności. Ludziach poświęcających tak wiele dla legendy paru liter złożonych w ich ksywy. To właśnie udowadnia GGE. Że jes ju ken.
12.2013