W 2004 roku dopiero zaczynałam orientować się w sytuacji. Wtedy nie rozumiałam ani znaczenia, ani wyjątkowości zjawiska, którego byłam świadkiem. Dopiero później zrozumiałam, że ono pojawia się niezwykle rzadko, w momentach kryzysowych, kiedy nawet nadzieja się kończy, nie mówiąc o cierpliwości. Nie twierdzę, że wygwizdanie siatkarzy w Katowickim Spodku było przełomem. Na pewno było zaskoczeniem dla narcystycznych przyzwyczajeń zawodników, których po każdej przegranej raczono hasłami: “Nic się nie stało!” i “Walczyliście ze wszystkich sił!”.
Nie pragnę nic bardziej, jeśli chodzi o moje ukochane środowisko sportowe, jak ponownego, pierwszego od przeszło dekady, wygwizdania naszych gwiadeczek reklam i programów śniadaniowych, tylko nie sportu.
Mam dość patrzenia, jak pławią się w sławie zdobytej przez Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego, Pawła Zagumnego, Krzysztofa Ignaczaka, Marcina Możdżonka, Piotrka Nowakowskiego. Mam dość ich buńczucznych zapowiedzi i ciągłych narzekań, obrażalstwa i niegodnej reprezentanta Polski postawy w meczu.
Uważam ich za stracone pokolenie, któremu woda sodowa uderzyła do głowy i chyba po raz pierwszy wreszcie rozumiem, co oznacza to powiedzenie, bo nigdy wcześniej, do żadnego składu polskiej reprezentacji go nie użyłam. Zawsze były długotrwałe upadki po krótkich wzlotach, ale nigdy wcześniej nie czułam takiego zniesmaczenia, odrazy i smutku. Jest mi naprawdę wstyd przed rodakami, bo zawsze utożsamiałam się z kadrą, pękałam z dumy przy zwycięstwach i płakałam po porażkach. Moje samopoczucie zależało od ich samopoczucia.
Teraz to dla mnie obcy ludzie, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego. Nie dlatego, że przegrywają, bo reprezentacja nigdy nas nie rozpieszczała. Dlatego, że przestali być dla mnie wzorem, drużyna rozłożyła się moralnie.
Życie kołem się toczy i chyba znów potrzebujemy nie tylko gwizdów, ale i kata, takiego, jakim był Raul Lozano, który na nowo wprowadziłby dyscyplinę. Piszę: “Potrzebujemy”, bo to my, kibice, musimy sobie uświadomić, że to jest właśnie ten moment, ten kryzysowy moment, w którym skończyła się nadzieja.
Obawiam się jednak, że nie mamy szans, żeby gwizdy przedarły się przez głośną oprawę muzyczną, która nas tylko ogłupia. Na meczu otwarcia tylko raz kibicom udało się zaskandować coś, co nie było sterowane przez Magierę i Kułagę, bo tylko na moment zamilkła muzyka i krzyki prowadzącego. Przebraliśmy miarkę, w pogoni za otoczką zatraciliśmy sens kibicowania, bo nikogo już tak naprawdę nie interesuje wynik meczu, a atmosfera i dobra zabawa, i kasa ze sprzedaży biletów.
Najbardziej się boję, że stracone zostanie również jeszcze jedno pokolenie, jeśli wszyscy w porę się nie opamiętamy. Stracimy najlepsze polskie pokolenie siatkarskie w historii, pokolenie, którego naturalnym kolejnym krokiem na ścieżce rozwoju jest powtórzenie sukcesów Drużyny Wagnera, Drużyny Castellaniego i Drużyny Antigi, ale absolutnie nie celem ostatecznym.










