Jako nowicjuszka chłonęłam wszystko, co było związane z siatkówką. Wspominam z sentymentem nieistniejące już dawno forum nieistniejącej już dawno strony reprezentacja.net. Lubiłam też czytać komentarze na tym portalu i kiedy ten zniknął, z musu przeniosłam się na inne portale i na komentarze pod ich artykułami i szybko tego pożałowałam. Zrozumiałam bowiem dość wcześnie w swoim życiu, że ludzie w internecie piszą bez zastanowienia, bez tej chwili zawahania, co sobie ludzie pomyślą. Czują się anonimowi, więc nie czują ani wstydu, ani empatii, ani strachu. W przeważającej większości komentują również tylko to, co im się nie podoba.
Szybko postanowiłam po prostu komentarzy nie czytać i trzymałam się tego, aż do poprzedniego roku, kiedy wróciłam do siatkówki i znów chciałam chłonąć wszystko i wszystko nadrobić przez te lata, kiedy w środowisku nie brałam udziału. Zaczęłam czytać siatkarskiego Twittera...
Niedawno przypomniałam sobie, czemu nie brałam w nim udziału - właśnie przez te wszechwiedzące, kategoryczne, bezmyślne komentarze, skreślające zawodnika, w szczególności - młodego zawodnika - po nieudanym meczu, turnieju, sezonie.
Też to na pewno robiłam. Może każdy musi przez to przejść i dla siebie zrozumieć, że każdy mecz to jest nowa szansa, nowa historia, a każdy zawodnik, to normalny człowiek, który ma w życiu słabsze, gorsze momenty, a jedną z jego potrzeb życiowych jest poczucie akceptacji.
Pisałam te posty w przeświadczeniu, że zawodnicy, o których piszę, nigdy tego nie przeczytają. Pewnie tak było, ale jednak żyjemy w czasach, w których siatkarze udzielają się w sieciach społecznościowych i nawet ci, którzy nie tworzą treści, mogą czytać komentarze innych. Gdybym miała tę świadomość dzisiaj, pewnie część postów by kiedyś nie powstała.
Siatkówka, bowiem, wielokrotnie dała mi nauczkę, że nie można nikogo skreślać. Zawodnicy, których nie cierpiałam, nagle stawali się bohaterami, dzięki którym wygrywaliśmy decydujące mecze. Ci, których oceniałam powierzchownie okazywali się fantastycznymi ludźmi. Często dziwiłam się powołaniom, wątpiąc w niektórych graczy, którzy jednak niejednokrotnie ratowali nam skórę.
Nadal mam swoich faworytów, ulubionych siatkarzy, tych, których chciałabym zobaczyć w kadrze czy w składzie wyjściowym i tych, których nie darzę sympatią. Jestem jednak zdania, że trenerzy klubowi czy kadry narodowej nie są ludźmi z przypadku i wiedzą, co robią - lepiej ode mnie i wszystkich innych domorosłych ekspertów - kto nadaje się do składu, a kto musi jeszcze popracować, kto ma potencjał warty rozwijania, a kto już osiągnął swoje maksimum.
Historia z Huberem uzmysłowiła mi dość niedawno, że siatkarze czytają komentarze (choć pewnie nie powinni). Wydaje mi się, że jeśli zależy nam na tym wspólnym najwyższym dobru - rozwoju polskiej siatkówki, to powinniśmy przede wszystkim wspierać i kibicować. Jeśli chcemy oceniać, to tylko i wyłącznie konstruktywną krytyką i konstruktywną pochwałą za ostatnie rozgrywki. Zostawmy trenerom ocenę potencjału i budowanie składu.
Jedna prosta zasada - czego nie powiedziałabyś/powiedziałbyś komuś prosto w twarz - tego nie pisz.