Product placement. Mem placement.
Zastanów się nad tym, kiedy i gdzie ostatnio trafiłeś na produkty związane z religią i ich sprzedawców. Najprawdopodobniej bardzo niedawno, a miejsca gdzie – trudno wyliczyć.
Nie chcę teraz pomstować na rozprzestrzenienie myślenia religijnego i jego orędowników. Chcę zwrócić uwagę na to, że przejawy tego pierwszego i działania tych ostatnich nie pojawiają się jak popadnie i byle gdzie. Przy czym "plan", zgodnie z którym się pojawiają, niezupełnie jest tym, czym może się wydawać.
Spójrzmy na półki w księgarniach: publikacje związane z religijnością, pojawiają się pod hasłami takimi jak "filozofia", "socjologia", "psychologia", a nawet "popularno-naukowe". Za krótkie półki? Brak miejsca w innych działach? Nie sądzę.
Wśród albumów krajoznawczych i przewodników – liczne i na eksponowanych miejscach reportaże z pielgrzymek, najsłynniejsze sanktuaria, "miejsca święte" itp. Nie pasują do działu "religie"? Nie mieszczą się tam? Nie wydaje mi się.
Popatrzmy na listę osób, które dzielą się swoją mądrością życiową z najmłodszymi czytelnikami w przeznaczonym dla nich zbiorze wywiadów: wśród niech – oczywiście – nie brakuje księdza. Brakuje w Polsce interesujących osób świeckich, które mogłyby coś mądrego i pożytecznego powiedzieć dzieciom i młodzieży? Przypuszczam, że nie.
[Być może i jemu nie brakuje mądrości życiowej, ale zauważmy na czym polega zasadnicza różnica między nim a pozostałymi rozmówcami autorów. Na tym, mianowicie, że wszyscy inni są w pierwszej kolejnością podróżnikami, pisarzami albo, dajmy na to, kucharzami, a wierzącymi lub nie – przy okazji (a najpewniej w ogóle o tym nie mówią, bo i nie ma powodu). Ksiądz natomiast jest wierzącym PRZEDE WSZYSTKIM. To właśnie określa go jako człowieka i zasadniczo rzutuje na każdą "mądrość", którą może wygłosić.]
Włączmy radio: audycja o popularyzacji nauki; goście: profesor fizyki i redaktor "Gościa Niedzielnego". Nie ma świeckich specjalistów w tej dziedzinie? Stanowią tak znikomą mniejszość, że prowadzący program nie był w stanie żadnego znaleźć? Wątpię.
Włączania telewizora nawet nie proponuję. Nagminnie pojawiają się w telewizji księża proszeni o komentarz przy byle okazji, reporterzy zawsze odnoszą się z czcią i szacunkiem do wszystkiego, co w swej niezmierzonej mądrości orzeknie episkopat, a wartości chrześcijańskie kształtują projekt co drugiej ustawy, o której słyszymy przy okazji relacji z prac sejmu.
Co z tego wszystkiego wynika? Oczywiście są to dowody na wielką determinację i sprawność tych, którzy głoszą prawdy swojej wiary. Ale nie musimy w tym widzieć tylko ich umyślnych starań. Jedni mają talent do wciśnięcia się na wizję albo wstawienia do empiku kolejnej książki o Bogu, inni nie. Najważniejsze i najgroźniejsze jest to, że mamy tu do czynienia nie tylko z ludźmi, ale i z memem.
[Tych, którzy ostatniego słowa nie znają, odsyłam do "Samolubnego genu" Richarda Dawkinsa i licznych artykułów na temat w Internecie. Tym zaś, którzy są zbyt leniwi, żeby poszukać i poczytać, obiecuję, że dalszy ciąg postaram się napisać tak, by łatwo można było domyślić się, czym jest "mem".]
Każdy mem, jako jednostka informacji, "zrobi" wszystko, żeby przetrwać i się powielić. Podobnie, jak każde zwierzę (kierowane dążącymi do przetrwania i replikacji genami) za wszelką cenę postara się przeżyć i wydać na świat potomstwo.
Dlatego też wielkie kompleksy memów, jakimi są religie, "wytwarzają" różnorodne strategie przetrwania i kopiowania. Najprostszym przykładem jest pozornie niewinne "idźcie i nauczajcie". Co to właściwie znaczy? Znaczy tyle, że nie wystarczy, żebyś wierzył i się modlił – masz obowiązek zadbać o to, żeby wszyscy inni wierzyli i się modlili... i nauczali.
Wystarczy, by taki mem trafił do tej samej głowy, w której znajduje się drugi: "zbawienie osiągnąć można tylko przez tę jedną jedyną wiarę", i trzeci: "dbanie o duszę bliźniego jest rzeczą słuszną i obowiązkową" – i już mamy mempleks aż palący się do rozmnażania.
Nikt tego być może nie zaplanował, nikt nie złożył tych kilku elementów razem z zamiarem ułatwienia replikacji – ale efekt jest właśnie taki: taka idea mnoży się zdecydowanie skuteczniej niż inna, która głosi: "wiara jest prywatną sprawą jednostki", "nawracanie jest niewłaściwe, każdy musi znaleźć swoją wiarę sam", "kiedy się modlisz, siedź w domu i pozamykaj okna, żeby sąsiedzi nie słyszeli".
W praktyce mem religii woła do nas z półek księgarń, ekranu telewizorów, kart książek dla młodzieży i głośnika radioodbiornika: "ja, wiara katolicka, jestem równie naukowa jak psychologia i socjologia, poddaję każde twierdzenie bezstronnemu osądowi jak filozofia, moje przeciwieństwo nie jest tak mądre życiowo (widział kto ateistę robiącego za mędrca?!), nie gryzę się wcale z najnowszymi odkryciami fizyki i astronomii, a wizja świata, którą proponuję jest równie prawdziwa, beze mnie ani rusz uchwalać ustawy..." i tak dalej.
Niektóre fragmenty tego przekazu wyłapujemy, inne nie. Są doskonale wkomponowane w kakofonię informacji, którą jesteśmy bombardowani dzień w dzień i z każdej możliwej strony. Dlatego tak bardzo trzeba na to uważać i tym staranniej chronić dzieci.













