Na początku nasz Myśloświat był kilkusetmetrową powierzchnią piachu, lasu i wody. Wprowadzałam zmiany, niektóre lepsze, inne gorsze. Zaczęliśmy w kopule pola siłowego. Jej powierzchnia połyskiwała subtelnie w świetle słońca a fioletowo-niebieskie zmarszczki układały się w blokadę, która chroniła nas przed światem zewnętrznym. Główne pomieszczenie stanowiła środkowa część kopuły, umeblowana przez dwa fotele, szklany stolik do kawy i stół do piłkarzyków. Po pewnym czasie kopuła zmieniła się w piętrowy dom. Szare ściany, bar zamiast kuchni, laboratorium w którym pozyskiwałam energię; mieliśmy tam monstrualny ogród przed domem i morze za nim. Nie minęło wiele czasu, a dom cofnął się w rozwoju stając się kopułą, a następnie rozrastając się do monstrualnych rozmiarów. Pokoje przybrały postać baniek kolorem odpowiadających każdemu z nas. Ogród pozostał niezmieniony. W końcu meblowanie wielkiej bańki energii mnie znużyło (myślę, że Marcela w pewnym stopniu również), więc wróciliśmy do samego początku - piach, las i woda. Znów nie minęło wiele czasu a do mojej głowy napłynęło wiele nowych pomysłów. Zauroczona obrazem gór i dolin wymyśliłam, że przeniesiemy się właśnie do doliny. Nie była to jednak zwyczajna dolina. Wchodziło się do niej tunelem poprowadzonym przez wnętrze jednej z niższych gór, od zachodniej strony. Gdyby pójść prosto na drugi koniec, człowiek natrafiłby na jezioro u stóp wodospadu. Woda opada do niego z wysokości mniej więcej 15 metrów. Gdyby spojrzeć na tę część doliny z lotu ptaka, dostrzegłoby się, iż rzeka, która płynie od gór wzdłuż drogi aż do morza zaczyna się ślepo. Być może dlatego, iż wycięta została jej część, która musiałaby płynąć w powietrzu nad doliną. Stąd powstał wodospad. Po północnej stronie dolina rozwidlała się na dwie krótkie odnogi - wschodnią, gdzie planowałam, że wszyscy zamieszkamy i zachodnią, jak na razie pustą. Nad tymi dwiema odnogami wznosiły się szczyty Trojaczków - trzech gór, najwyższych w okolicy, rzucających potężny cień i chroniących mieszkańców przed atakiem z zewnątrz. Ze względu na coraz nowsze pomysły, tym razem kilka razy pytając Marcela o różne szczegóły stworzyłam kilkupoziomowy świat, czy raczej kilka światów wiszących jeden nad drugim. Tak powstały: Podniebie (czy Niebo), Północ, Dolina, Podziemie. Każde z pięter charakteryzowało się własnym odmiennym ekosystemem, temperaturą, wysokością do następnego piętra. Na początku każda kraina miała mieć własnego opiekuna, ale zrezygnowałam. I po jakimś czasie odrzuciłam ten pomysł. Razem go odrzuciliśmy. Wróciliśmy do pierwotnego planu, z tą różnicą, że wszystkie piętra zawaliłam. Podniebie opadło na Północ, Północ na Dolinę, Dolina na Podziemie. Miliardy miliardów ton skał, wody, lodu, piachu, śniegu, trudnej do zidentyfikowania chmuropodobnej masy, marmuru, kamienia i korzeni połączyły się w jedną całość. Po latach, które obserwowaliśmy w przyspieszonym tempie wszystko opadło, zbiło się w jedną całość i obrosło trawą i sekwojami dorównującymi wysokością dolnej warstwy chmur. Początkowe pole siłowe nie uległo zniszczeniu. Rozpięłam nad naszą siedzibą drugie pole ochronne i skały utworzyły nad nią drugą kopułę, lekko przypominającą kaptur ale idealnie okrągłą, która zasłania większość widoku na wschód, czyli cały powstały las i nieduże zagłębienie pod dolinie, ale pięknie łapie światło podczas zachodu słońca, bo akurat na zachód jest otwarte. I tak na razie pozostanie. Wydaje mi się, że to najpiękniejsze, co mogliśmy stworzyć w porównaniu z dotychczasowymi wytworami.