Czego brakuje na tym zdjęciu? Już tęsknimy za kinem plenerowym. Do zobaczenia za rok! #dzienpo #wroclaw #nowehoryzonty #rynek #square #wro #tnh2015 #NaHoryzoncie #kinoplenerowe (at Wrocławski Rynek)
seen from Australia
seen from United States

seen from Netherlands
seen from United States

seen from United States

seen from Australia

seen from Germany
seen from China

seen from Singapore

seen from United States

seen from Singapore

seen from Bulgaria
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from United States
Czego brakuje na tym zdjęciu? Już tęsknimy za kinem plenerowym. Do zobaczenia za rok! #dzienpo #wroclaw #nowehoryzonty #rynek #square #wro #tnh2015 #NaHoryzoncie #kinoplenerowe (at Wrocławski Rynek)
Joanna Łapińska: – Jestem widzem wciąż naiwnym
Miłości do kina uczyłam się z VHS-ów i nocnych seansów w telewizji – wspomina Joanna Łapińska * Rozmowa z Joanną Łapińską dyrektor, artystyczną festiwalu MFF T-Mobile Nowe Horyzonty
Magdalena Felis: Pamiętasz, na jakim filmie byłaś pierwszy raz w kinie? Joanna Łapińska: – Pamiętam wakacje z rodzicami w Trójmieście i wyjście do kina na „Park Jurajski”. Siedzę na sali, zaraz zacznie się film, jestem podekscytowana – chyba ta wyprawa była wtedy dla mnie ważniejsza niż film. Ale tak naprawdę nie jestem pewna, czy nie pomieszałam tu różnych wspomnień. To był początek miłości do kina? – Jej uczyłam się raczej z VHS-ów i na nocnych seansach w telewizji. W drugiej połowie lat 90. każdy miał mnóstwo kaset wideo. Wymienialiśmy się nimi, przegrywaliśmy, tworzyliśmy własne kolekcje – nie wiedzieliśmy nic o prawach autorskich. Niektórzy nawet w komputerach robili katalogi swoich VHS-ów. Spotykaliśmy się na wspólne oglądanie, czasem w bardzo małych grupach – dwie, trzy osoby – czasem w większych. Bardzo dobrze pamiętam wieczór z „Salo” Pasoliniego i wstrząs wywołany tym filmem. A kino to dla Ciebie... – Emocje. Od początku do końca. Jestem widzem wciąż naiwnym. Nie analizuję kina, używając intelektualnych, krytycznych narzędzi. Wybieram emocjonalne spotkanie z tym, co na obrazie. Daję się kinu uwodzić albo odpychać. Jesteś psychologiem i filmoznawcą – to wiele mówiące połączenie. – Kiedy kończyłam psychologię, zaczęłam studiować filmoznawstwo w Łodzi. I pewnie bym je skończyła, gdyby nie wspaniały prezent od losu – praca przy drugiej edycji festiwalu Nowe Horyzonty. Stanęłam przed wyborem, który był oczywisty: studia filmoznawcze bez chwili wahania zamieniłam na codzienne dotykanie kina w tej najczystszej postaci. Zrobisz kiedyś swój własny film? – Jestem tak głodna kina i tyle przyjemności mam wciąż z oglądania, że nie umiałabym się wyłączyć z bycia widzem i skupić na robieniu własnego filmu. Nie mam takich fantazji – jestem pokornym widzem, moje miejsce jest po tej stronie ekranu. Rozmawiała Magdalena Felis
Jak udowodnisz, że jesteś matką?
– Relacja matki i dziecka opiera się na najgłębszym zaufaniu. Opowiadamy o jego utracie – mówi Veronika Franz, współreżyserka filmu „Widzę, widzę”
Rozmowa z Severinem Fialą i Veroniką Franz laureatami Nagrody Publiczności w Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty
Natalia Gruenpeter: Wasz film to podchwytliwa zagadka. Lubicie być zwodzeni w kinie? Severin Fiala: – Chodzi tu raczej o grę. Stajesz się jej częścią, kiedy wchodzisz do kina. Musisz zaakceptować jej reguły, a one zmieniają się z każdym filmem. Veronika Franz: – Lubimy filmy, które nie zdradzają od początku, co jest dobre, a co złe. Gracie też z gatunkami, z thrillerem, horrorem. Jesteście kinofilami? SF: – Oglądamy razem dużo filmów, mamy zbliżony gust. Często zgadzamy się, ufamy sobie. Dlatego możemy razem pracować. Opowiadacie o chłopcach, którzy nie rozpoznają swojej matki po operacji plastycznej. Skąd ten pomysł? SF: – Oglądaliśmy w telewizji dokumentalną telenowelę o kobietach przechodzących operacje plastyczne. Przez dłuższy czas oddzielone są od rodzin, a potem powracają do domu z innym nosem, policzkami, z nową fryzurą i makijażem. Wtedy następuje ten magiczny telewizyjny moment – spotkanie na czerwonym dywanie, pełne emocji potęgowanych muzyką. Mieliśmy poczucie, że w oczach dzieci widać irytację. To był dla nas punkt wyjścia. Potem zaczęliśmy zadawać pytania: Co by było, gdyby...? Mieliście gotowy scenariusz, kiedy zaczynaliście zdjęcia? SF: – Scenariusz był precyzyjny i napisany w całości, ale nie daliśmy go aktorom. Udział w filmie miał być dla nich grą, zagadką do rozwiązania. VF: – Nikt nie uczył się kwestii, choć mieliśmy je zapisane. Liczyliśmy, że przez inscenizację i próby osiągniemy to, co zamierzyliśmy. Grający u nas bliźniacy starali się wypaść jeden lepiej od drugiego, są bardzo ambitni. Relacja matka – dziecko jest tematem wielu horrorów i thrillerów. Jak myślicie, dlaczego? SF: – To temat, z którym każdy może się zidentyfikować. A im bliższy jest ci jakiś problem, tym bardziej może okazać się przerażający. VF: – Relacja ta opiera się na najgłębszym zaufaniu. Nasz film opowiada o jego utracie. Pytamy: „Jak możesz udowodnić, że jesteś matką, kiedy dzieci już tego nie czują?”. Może nie możesz... Inną kwestią, która nas interesowała, była tożsamość. W różnych relacjach i sytuacjach możesz być kilkoma różnymi osobami. Rozmawiała Natalia Gruenpeter
Rozmowy kontrolowane
Pytania do festiwalowych osobowości. Publikujemy tylko poważne i odważne odpowiedzi! Andrzej Chyra – aktor, reżyser operowy, gra główną rolę w „Znam kogoś, kto cię szuka” Julii Kowalski Jakim zwierzęciem chciałbyś być, gdybyś – jak bohaterowie „Lobstera” – miał się nim stać za 48 godzin? Tygrysem. Chociaż w pierwszej chwili pomyślałem, że żółwiem. Ulubione słowo? Chyba. Słowo, którego nie znosisz? Teraz. Z jakiego filmu ostatnio wyszedłeś? Z „Wady ukrytej” Paula Thomasa Andersona, bo było strasznie zimno w kinie. Który raz jesteś na Nowych Horyzontach? Siódmy. Gdzie spędzisz dzisiejszy wieczór? Gdzieś między Arsenałem a Monopolem. Jak chciałbyś mieć na imię? Andrzej! Gdzie pójdziesz po śmierci? Chyba do piachu. Twoja pierwsza ekranowa miłość? Albo Monica Vitti, albo Lollobrigida. Co potrafisz robić lepiej niż inni? Zmieniać pieluchy. Gdyby nie Twój zawód, to co chciałbyś robić? Być rentierem. Jeżeli niebo istnieje, jakie słowa chciałbyś usłyszeć od Boga podczas przekraczania bram? „Dobrej zabawy”. A co Chyra myśli o Pasolinim? Wszystko, co najlepsze – kluczowy, mityczny, nowoczesny, bez pokory. MF
Po drugiej stronie
– W „Czerwonym pająku” mogłem pokazać rzeczy, które w dokumencie byłyby nieetyczne i niemoralne. Pokazać własne perwersje – mówi Marcin Koszałka, reżyser filmu „Czerwony pająk”, pokazywanego w sekcji Pokazy specjalne
* Rozmowa z Marcinem Koszałką, gościem MFF T-Mobile Nowe Horyzonty
Marta Bałaga: Podobno zrobiło Ci się za ciasno w dokumencie. I stąd ten film.
Marcin Koszałka: – To taka kokieteria. Jestem jak alpinista, który lubi jeździć w różne miejsca i mierzyć się z nową przestrzenią. Fabularna przygoda była ciekawym wyzwaniem, bo po raz pierwszy miałem do dyspozycji tylko swoją wyobraźnię. A dokument bardzo ogranicza, choć i tak nie pokazuje prawdy; reżyser zawsze robi film pod siebie i kształtuje bohatera. Chciałem się sprawdzić. Połączyć doświadczenie reżysera dokumentalnego – którego zadanie polega przecież na tym, żeby wychwycić fałsz – z fikcją. W „Czerwonym pająku” mogłem pokazać rzeczy, które w dokumencie byłyby nieetyczne i niemoralne. Pokazać własne perwersje. „Czerwony pająk” to bardzo chłodny film. Zimna analiza. – W moim rodzinnym domu wciąż słychać było krzyk. Matka zawsze powtarzała mi, że jestem zerem. Ale i tak najbardziej przeraża mnie cisza. Chłodne spojrzenie na relacje międzyludzkie jest o wiele bardziej niepokojące niż wyrzucanie wszystkich emocji na zewnątrz. Praca nad tym filmem przypominała filmowanie dzikiego zwierzęcia, lwa chodzącego po klatce – nie nawiązujesz z nim kontaktu, tylko go obserwujesz. Starałem się wywołać w widzu dyskomfort. Kinematografia dawno wyzbyła się szkolnych rozwiązań i na szczęście nie musisz zawsze stawać po stronie bohatera, tylko możesz uczestniczyć w jego odysei. Film można przeżywać na różnych poziomach emocjonalnych. Dlatego niczego w nim nie wyjaśniasz? – To byłoby zabójstwo filmu i moja reżyserska porażka. Kino powinno być tajemnicą. Cieszy mnie, gdy widz cały czas myśli, gdy sam zaczyna szukać odpowiedzi. To nie jest tak, że niczego nie wyjaśniam; po prostu zostawiam miejsce na budowanie własnych interpretacji. Jasna definicja zła nie istnieje. Krzysztof Gierowski, najsłynniejszy w Polsce profiler pracujący z seryjnymi zabójcami, powiedział, że po tylu latach wciąż nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego niektórzy zabijają. Mój bohater nie odczuwa dylematów – on przebywa w przestrzeni czystego zła. Nie miota się, nie odczuwa wątpliwości, tylko zmierza prosto do celu. Jak ten pilot samolotu Germanwings, który świadomie spowodował katastrofę i zabił tylu ludzi. To film o pragnieniu. I o fascynacji złem. Pokazujesz świat, w którym wszyscy mówią, co masz robić i jak żyć. Jest duszny, klaustrofobiczny. Myślisz, że stanie się zabójcą jest tu aktem wolności? – Pewnym perpetuum mobile zła i przemocy jest tu przestrzeń, tak. Ona też jest sprawcą. Ale kieruję się jednak analityką Gierowskiego – próba znalezienia jakiegokolwiek prostego rozwiązania po pierwsze byłaby nieprawdziwa, a po drugie banalna. Wolę, żeby ten film cię drażnił, żebyś się nad nim zastanawiała. Grający tytułowego bohatera Adam Woronowicz dużo rozmawiał z Gierowskim o zachowaniu seryjnego zabójcy. Taki sprawca w pewnym stopniu wstydzi się swojej ofiary i czeka na moment upokorzenia. Dopiero to go nakręca do uderzenia i potem odczuwa olbrzymią przyjemność. Bo to jest erekcja, to jest pieprzenie. Jedyne, jakiego ci ludzie potrzebują – żyją pod maską normalnego życia. Skąd w nas ta fascynacja złem? Dlaczego tak pociągające? – Gierowski powiedział mi, że popełnienie morderstwa przypomina przeprawienie się na drugi brzeg rzeki po spróchniałym moście. Tylko najwięksi śmiałkowie mogą się na to zdobyć. Nie twierdzę, że mordercy są nadludźmi. Gardzimy nimi, ale jednocześnie fascynuje nas to, że są już po drugiej stronie. Coś nam w tym imponuje. W przypadku Karola Kota, którego postacią się inspirowałem, zaciekawiło mnie, że sam wydał na siebie wyrok śmierci. Nikt go o nic nie pytał, a on i tak otwarcie przyznawał: „Uderzyłem 24 razy. Jeszcze poprawiłem. Coś jeszcze?”. Żeby stać się legendą, musisz się zniszczyć. Nie ma innej drogi. Dlaczego? Wciąż nie mam na to odpowiedzi. Albo mam cztery, a po rozmowie z tobą będę miał piątą. Nie chciałem się powtarzać i robić kolejnego filmu o zmęczonym śledczym, który biega za mordercą i strasznie to przeżywa. Nie jestem w stanie zrobić filmu dla każdego, który będzie łatwy w oglądaniu i przyjemny w myśleniu. Wolę niedopowiedzenia, prześwitujące gdzieś błyski. „Czerwony pająk” to właśnie taka zabawa chwilami błysków. Rozmawiała Marta Bałaga
Film Poetics
Festival Spotligh
Ian Haydn Smith Editor Curzon Magazine
When Martin Scorsese unveiled his selection of Polish masterpieces, restored classics that have been touring the world since early 2014, it was unsurprising that a number of films by Tadeusz Konwicki appeared among them. The retrospective of the director’s work that has been playing throughout this festival features the six films he directed, alongside “The Little Apocalypse”, Costa Gavras’ 1993 adaptation of Konwicki’s 1983 novel. Of the key titles in Konwicki’s filmography, two early films stand out. His first feature, “The Last Day of Summer” (1958), is brimming with youthful abandon and swooning romanticism, interspersed with moments of melancholy and the intrusion of modern life, courtesy of fighter jets flying overhead. In tone, the film is not dissimilar to Bergman’s “Summer with Monika” (1953) – both films a reminder that romantic love can be brittle. “Jump” (1965) is a markedly different beast. It is anarchic, unwieldy and comically surreal, yet shot through with sombreness at the memory of World War II. From the moment Zbigniew Cybulski’s haunted scoundrel jumps from a train and becomes enmeshed in the populace of a small town, the film never lets up and is a reminder of Konwicki’s power as a filmmaker.
Wolę energię wynikającą ze zderzeń
Rozmowa z Mariuszem Grzegorzkiem, reżyserem „Śpiewającego obrusika”, dyplomu studentów Wydziału Aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej
Marta Bałaga: Zaznaczył Pan, aby nie pytać, co artysta miał na myśli, bo był pijany. Mariusz Grzegorzek: – Lubię się przekomarzać. Moje filmy są przytłaczające, więc lepiej rozluźnić atmosferę. Kiedy dziekan Zofia Uzelac zaproponowała, żebym nakręcił ten film, setnie się uśmiałem. Nie byłbym w stanie go zrobić nawet z Robertem de Niro! Ale to było ciekawe doświadczenie, trochę wampiryczne. Zrobienie filmu dyplomowego z młodzieżą nie było z mojej strony poświęceniem. Wręcz przeciwnie. Mieli w sobie energię obozu harcerskiego skrzyżowaną ze zwichniętym dniem dziecka. Kiedy opowiadają o sobie przed kamerą, widać, że martwi ich przyszłość. Słusznie? – Poczucie bezpieczeństwa kojarzą z etatem, a ta kołderka jest coraz krótsza. Łapią powietrze jak ryba wyjęta z wody, a potem zakładają firmy z zamkami błyskawicznymi. Staram się pomagać, ale robię filmy raz na cztery lata. Nie indoktrynuję. Powtarzam: – Nie martw się, czy grać w „M jak miłość”. Martw się o to, żeby nie dać się przekabacić. Lubię aktorów, choć drę z nimi koty. Reżyserzy mają zwichnięte ego – tylko lać takich po mordzie i patrzeć, czy równo puchnie. Aktorzy są zdyscyplinowani. Teatr jest światem prawosławnego porządku – jeśli umrze ci matka, idziesz na pogrzeb, a potem grasz. O czym śpiewa obrusik? – Każdy generował jakąś przestrzeń. Kierowaliśmy się tropami rozpoznawania, obserwowania i macania – oczywiście na poziomie metaforycznym, żeby nie było nieporozumień. Mam problem z jednorodną strukturą narracyjną, która ma początek, środek i koniec. Storytelling jest passé. Wolę energię wynikającą ze zderzeń. Jestem zadowolony z tej przygody i dobrze się po niej czuję. To nie jest recenzja filmu, tylko mojego stanu po. To dobry stan. Rozmawiała Marta Bałaga
Śpiewający obrusik / Love
(Pod)szepty i Krzyki
Ryszard Jaźwiński Radiowa Trójka „Śpiewający obrusik” był dla mnie jedną z niespodzianek tego festiwalu. Film Mariusza Grzegorzka, zrealizowany ze studentami Łódzkiej Szkoły Filmowej z Wydziału Aktorskiego, z pewnością jest nowohoryzontowy. Nie ma linearnej fabuły, ale składa się z kilku nowel, które w połączeniu z fragmentami wywiadów i prób tworzą niezwykłą całość. To, co piękne w tym filmie, to nieposkromiona wyobraźnia Grzegorzka oraz wielki potencjał i talent aktorów, kończących edukację. Frapująca wypowiedź, z hardcore’owymi momentami. not. GS
Karolina Kandulska ONET.PL
Choć wydaje się, że wszystkie tabu w kinie zostały już przełamane, a wszystkie drzwi dawno wyważone, to prowokator Noe robi, co może, by przekroczyć kolejną barierę. Czy „Love” to sztuka udająca porno, czy porno udające sztukę? Według pierwszych recenzji możemy spodziewać się zarówno efekciarskiego pretensjonalnego bohomazu, jak i bezkompromisowej artystycznej wizji. Nowy film Gaspara Noe jest jednak wydarzeniem samym w sobie, dlatego z wielką przyjemnością (sic!) wybiorę się na sobotni seans „Love” not. KA KNH 1, 31 lipca, 22:00 KNH 1, 1 sierpnia, 22:00