Czasem każdy z nas potrzebuje wyrzucić z siebie myśli, ale z jakiegoś powodu łatwiej to powiedzieć lub napisać na forum gdzie nikt nas nie zna. Tak więc, cześć tu wasza nieznajoma.
Od zawsze zastanawiała mnie natura miłości, skąd się w nas bierze ta pewność, że to właśnie z tą konkretną osobą chcemy spędzić swoje życie. Co takiego ta osoba w sobie ma, że tak bardzo nas od siebie uzależnia.
Niektórzy twierdzą że filmy są oklepane, ale tak naprawdę ile mieliście sytuacji jak z filmu?
Inni uważają, że są one nierealne, ale przecież inspiracja musi być z czegoś czerpana, prawda?
Osobiście uwielbiam te wszystkie filmy i seriale, tam mogę się wczuć i poczuć to choć przez chwilę. Osobiście wierzę w taką miłość.
Chciałabym powiedzieć, że jej szukam. Choć z każdym dniem mam wrażenie, że już ją znalazłam, lecz jest całkowicie poza moim zasięgiem. Jest kilka sytuacji, które były dwuznaczne, lecz może dla niego całkowicie normalne, lecz dla mnie stały się słodkimi wspomnieniami. To piękny film, bez happy endu.
Wolę żyć obok niego i czuć, że mam go blisko, niż zaryzykować i stracić go na zawsze.
Przeglądając TikToka, łatwo natknąć się na tysiące historii o tragicznych rozstaniach, toksycznych związkach i chodzących "red flagach". Nasze pokolenie stawia ogromny nacisk na zdrowie psychiczne i dążenie do szczęścia z samym sobą, co w wielu przypadkach pomaga budować samoocenę i ośmiela do nowych doświadczeń – czy to podbijania do faceta "nie z mojej ligi", próbowania ONS, czy odkrywania swojej ciemnej strony. Jednak każdy medal ma dwie strony, a ta druga nie zawsze jest złota.
W tym nieustannym dążeniu do unikania toksyczności, wielu z nas zaczyna obsesyjnie doszukiwać się w ludziach złych cech. Wydaje się to być skuteczne – przecież lepiej unikać kłopotów, niż później żałować. Ale to właśnie to „doszukiwanie się” może być równie szkodliwe, jak toksyczne zachowania, których próbujemy uniknąć. W tym mechanizmie jest coś jeszcze bardziej niepokojącego: ci, którzy najgłośniej przestrzegają przed toksycznością, często sami stają się toksyczni, oskarżając innych o cechy, które sami manifestują.
Pozwólcie, że podzielę się historią z mojego życia, która jest idealnym przykładem tego zjawiska. Kiedyś, w momencie, gdy byłem otwarty na poznawanie nowych ludzi, ale bez intencji budowania związku czy przygody na jedną noc, natknąłem się na Adama. Adam, jak wielu innych, ukrywał się za sprytnie wykadrowanymi zdjęciami i nieśmiałością. Jego wiadomości były inne – brak w nich było typowych propozycji czy deklaracji. Postanowiłem dać mu szansę.
Nasze rozmowy przez kilka dni były płynne i swobodne. Po dwóch tygodniach doszło do spotkania u niego w mieszkaniu. Oczywiście, mogłoby to budzić pewne wątpliwości – pierwsze spotkanie w czyimś mieszkaniu? Ale wbrew obawom, spędziliśmy ten czas śmiejąc się i dyskutując na tematy okołopolityczne. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, gdy Adam wspomniał o chęci budowania związku.
Tutaj powinienem być szczery – przecież wyraźnie zaznaczałem, że nie szukam związku. Zamiast tego, uśmiechnąłem się i powiedziałem coś wymijającego, że "na wszystko przyjdzie pora". Popełniłem błąd, który każdy z nas popełnił chociaż raz w życiu – dałem nadzieję tam, gdzie jej nie powinno być.
Nasze kolejne spotkanie miało miejsce po następnych dwóch tygodniach. Znowu siedzieliśmy na tej samej kanapie, w tym samym mieszkaniu. Tym razem, gdy opowiadałem mu o swoich problemach – o tym, jak ledwo wiążę koniec z końcem z powodu egzaminów i pracy, która próbuje mnie zniszczyć cichym mobbingiem – Adam postanowił, że to idealny moment, aby się do mnie zbliżyć. Chciałem na chwilę zapomnieć o problemach, więc nie protestowałem. Dla mnie to była chwilowa ucieczka, dla niego coś o wiele więcej. I tutaj zaczęły się prawdziwe problemy.
Z dnia na dzień, Adam zaczął ujawniać swoje prawdziwe oblicze. To, co na początku wyglądało jak troska, przerodziło się w niezdrową zazdrość. Każda moja decyzja, każde słowo, było przez niego analizowane jak dowód na moje rzekome złe intencje. Gdy mówiłem, że muszę się uczyć, Adam widział w tym wymówkę, by go unikać. Gdy spędzałem czas z innymi, dla niego była to zdrada. To, co dla mnie było przestrzenią do oddychania, dla niego stało się polem bitwy, na którym toczył wojnę z wyimaginowanymi rywalami.
W końcu doszło do wybuchu. Podczas jednej z naszych coraz to bardziej napiętych konwersacji, Adam oskarżył mnie o bycie fuckboyem i toksyczność. W jego oczach, dałem mu nadzieję na coś więcej, tylko po to, by teraz go odrzucić. Byłem dla niego jak ten tramwaj, który zamyka drzwi, gdy tylko wydaje się, że udało ci się dobiec do drzwi.
Ale Adam nie zrozumiał jednej rzeczy - nie byłem gotowy na coś więcej. Moje życie było już wystarczająco skomplikowane, a on, zamiast być wsparciem, stał się kolejnym ciężarem. W jego oczach, moje odmówienie mu większej bliskości było zdradą, ale to właśnie w tej odmowie objawiała się moja prawdziwa troska – troska o to, by nie dawać złudnych nadziei.
W ten sposób historia, która zaczęła się od obietnicy nowej znajomości, skończyła się rozczarowaniem. Czasem, w tym szaleńczym poszukiwaniu toksycznych cech u innych, sami stajemy się tym, przed czym chcemy uciec. Bo czyż to nie my sami często rzucamy te red flagi, których tak desperacko się boimy?
Kontrowersyjna granica, czyli słów kilka o intelektualnej przyzwoitości społeczeństwa
O filmie Agnieszki Holland mówi się dużo i głównie źle. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie. Internet sensacjami się toczy, a im skandaliczniej, tym głośniej. Nie dziwi zatem, że na każdym kroku napotkać można porównania narracji Pani Holland do nazistowskiego kina propagandowego (nie wiem, nie widziałam) a występujących w jej utworze aktorów do niesławnej postaci Igo Syma. Film “Zielona…
People apparently accuse the new album of not being the ‘real’ Rammstein. Let me tell you a few things here. It’s gonna be a long post.
First, you must understand I’m not a big metal fan. At least not of what is now considered metal. I pretty much hate the generic run-off-the-mill metal bands, they all sound the same to me. I’m a lover of original ideas and sounds. And you better believe Neue Deutsche Härte introduced by Rammstein was and is something else. It’s only part metal, and part something else - the thing that makes it special is influence of 80s post punk. I can draw the line between post punk and most of my favourite musicians. Why? Because post punk is the style without a style, defining it is impossible, because of the experimental nature of it.
Post punk devolopped in 80s (roughly), was rebellion against the simplicity and the limits of defined music genres. Post punk bands and musicians are often divided into gothic rock, new wave, industrial and synth, but I feel like this divisions come from the fans, not musical styles, because they all are intertwined. Each post punk band had a unique distinctive sound, even though all of them had common elements. These common elements were mixing electric guitars with synthesizers, strong bass, rhytmic beat and often poetic lyrics. Sometimes they threw in some choirs, some mechanical pre-recordeded sounds, some unusual instruments like let’s say horn or flexatone or what not. The gloomy, heavy themes and atmosphere were another common denominator. Sounds familiar yet?
One may argue that every modern music genre can be traced back to it, but let’s be honest, who actually holds this philosophy nowadays? Well, actually some bands and musicians: Depeche Mode, Massive Attack, Nine Inch Nails, Nick Cave, She Wants Revenge... There is more, but those are basics. As you can tell, these (maybe with slight exception of NIN) are pretty tame in terms of metal-ness so to speak.
So, coming back to the matter at hand, even Herzeleid (not to even mention Sehnsucht) had pretty easily distinquishable traces of it. Just listen to ‘Heirate mich’ or ‘Laichzeit’, those are nearly book examples. And then ballads like ‘Seeman’? You have to be deaf not to hear it. And yes, Rammstein has more guitar, more loud noise, more ‘rock’, but the background, the base stays, always.
And now, the new album is exactly the same, it’s the same idea, only the roughness and shamelessness of youth was replaced with ‘adult’ experience. It’s ‘tamed’ meaning it’s controlled, by them, fully. It’s constructed and well thought through. If early Rammstein was a gemstone in it’s natural, uneven form, the new Rammstein now has tools (mental, physical and skill) to take the same gem, but cut it and polish into a specific shape. And yes, gems literally loose some ‘weight’ when they get cut, so did the new album, metaphorically. They reduced/minimalized some things, tidied it up, maybe too much for some tastes, but it’s apparently what they wanted to do. I understand not liking it, some gems are nicer in the rough, but saying it’s not them? Naah. It’s them at their finest.
w przeciwieństwie do toalet, osoby nie bywają publiczne.
Stał gdzieś z boku, w cieniu drzewa. Czapkę z daszkiem założył ciasno, prawie że na oczy. Przetrwał tak pięć minut, póki horda dookoła nie rozpoznała w nim Dawida Podsiadło.
To musi być przejebane być Dawidem Podsiadło: jesteś na festiwalu muzycznym, idziesz na koncert Ralpha Kaminskiego, w tłumie czujesz się względnie bezpieczny i anonimowy, ale ci wszyscy ludzie zaraz stratują cię i rozszarpią, ponieważ zaśpiewałeś Małomiasteczkowego.
Zrezygnowany Dawid musiał uciekać, jak kiedyś Lady Diana zwiewała tamtym paryskim tunelem. Nie mam pojęcia — być może resztę festiwalu spędził w toalecie toi toi, chociaż wtedy najgorliwsi wielbiciele jakoś by się do niego dokopali. Ze zbiornika wynurzyłaby się szesnastolatka, cała w kupie i w sikach, z pytaniem, czy Dawid byłby łaskaw zapozywać z nią do selfie — oczywiście nie chcę się narzucać, nie jestem jak reszta twoich fanów i chcę uszanować twoją prywatność — zapewniłaby, a z ucha zwisałby jej papier toaletowy.
Zupełnie coś innego miał na myśli Taco Hamingway podśpiewując, że „gdy wchodzimy do kabiny, nie wiesz nic”. Chciał przez to powiedzieć, że choćby rapował całą prawdę i tylko prawdę, wciąż słuchacze Marmuru, Trójkąta czy Szprycera widzą zaledwie skrawek i obraz Filipa Szcześniaka malują swoimi niedopowiedzeniami, muzycznym fanfiction, inspirowanym analizami z rap genius. Ostatecznie zaszył się przed fanami w Londynie.
Obaj wymienieni wyprzedali wspólny koncert na Stadionie Narodowym. Jedno wynika z drugiego i nie może istnieć w odosobnieniu.
czuję że, czuję że, czuję że... fan zbliża się, zbliża się, zbliża się
Inny przykład — Kamil Nożyński spędzał miło czas na gali KSW. Nagle, o czym opowiedział w ostatniej rozmowie z Winim, poczuł przemożną chęć wysikania się… Wstał z fotela i ruszył w poszukiwaniu kibla, ale wyścig z czasem przerwali mu ludzie, którzy rozpoznali go ze Ślepnąc od świateł. Kubula nie mógł się wydostać z potrzasku. Jak ci ludzie zareagowaliby, gdyby raper i aktor powiedziałby, że przeprasza, ale musi siku? Albo lepiej — co gdyby w repecie na wodospad komplementów odpowiedziałby nieco innym wodospadem?
Ostatnio poznałem Mery Spolsky. Co za wspaniała dziewczyna!
Najpierw dała brawurowy koncert,
a potem, cała zlana scenicznym potem,
ale wciąż dostojna jak nimfa,
na pełnym czerwcowym słońcu,
przez bite dwie godziny,
podpisywała płyty,
przytulała fanów,
była kochana,
cierpliwa,
a ja nie mogłem wyjść z podziwu,
że w oczach miała entuzjam, a nie mord, który ja bym miał na mordzie.
Zagaiłem do niej, że to musi być przejebane być Mery Spolsky: podpisującą cztery tysiące płyt z uśmiechem jak z rozkładówki czasopisma Popcorn. Ona na to, że podpisywałaby kolejne cztery godziny — tyle energii i miłości dają jej te spotkania. Ja jej uwierzyłem. Co więcej, już po wszystkim, jak do Mery podbijały jakieś niedobitki, ze stanikami nieszczęśliwie pozbawionymi jej podpisu, z radością ruszyła spełniać swoją gwiazdorską powinność.
Ja też usiłuję być profesjonalny!
— O 14. muszę jechać na wywiad z Więckiewiczem — w jakimś tam kontekście powiedział mi Jacek Szczerba. Ja na to, że zazdroszczę, że niebywałe, że to musi być przeżycie i ekstra dzień, porozmawiać z takim aktorem. Jacek Szczerba zaśmiał się serdecznie nad tym moim entuzjazmem. Nie było w tym żadnej przechwałki, kiedy powiedział, że nie robi to na nim żadnego wrażenia. Taką ma pracę. Jeździ do włoskich knajp i rozmawia z Robertami Więckiewiczami.
Bo widzicie, o ile sława mi nie grozi, to już kontakt z ludźmi sławnymi jak najbardziej. Że peszą to jedno, gorzej jest przechodzić koło tych wszystkich sław z miną, jakby ci było wszystko jedno, jakby ich widok nie robił na tobie najmniejszego wrażenia. Robią, czasami cholernie robią, a mnie wciąż zdarza się bywać Nianią Franią. Pamiętacie Borysa Szyca na Oscarach? Przeżywał najlepszy czas swojego życia, z dziką frajdą fotografując się z każdym napotkanym gwiazdorem. Niektórzy mu gratulowali, inni śmiali się, że przecież Szyc zagrał w jednym z najważniejszych filmów tamtego roku, jest tak dobrym aktorem jak ci wszyscy amerykańscy superbohaterowie, ale w jakimś sensie uznał swoją niższość i przepełnił swoją instagramową relację trylionem zdjęć z ludźmi sławniejszymi i fajniejszymi niż on.
Nigdy nie poproszę o wspólne zdjęcie! — obiecałem sobie, jak się przyprowadziłem do Warszawy. W postanowieniu wytrwałem do koncertu Ostrego, na tym samym zresztą festiwalu, na którym Dawid Podsiadło spierdalał przed swoimi własnymi fanami, a Mery Spolsky spędziła dekadę na przytulaniu się z fanami i podpisywaniu swoich płyt. Po koncercie, kiedy Adam Ostrowski skończył swój freestyle na bis i schodził ze sceny, podekscytowany skorzystałem ze swoich uprawnień i poszedłem na backstage. Nie chciałem się czaić… Czekałem tylko na dogodny moment, aż skończy z kimś rozmawiać. Mówił, że czeka na żonę.
— Hej, Adam!
Nagle cała uwaga bałuckiego asa zwraca się w moim kierunku.
— Super koncert! Słuchaj, mogę sobie z tobą strzelić fotkę?
— Dzięki stary, jasne…
I coś tam jeszcze chwilę porozmawialiśmy, aż odszedłem wymieniając jeszcze uścisk dłoni. Czy uznałem swoją niższość wobec Ostrego? No trochę uznałem, bo z całym szacunkiem do moich rapowych kompetencji, O.S.T.R. jest w tym ode mnie ociupinkę lepszy.
Zamknij oczy, weź głęboki wdech i zbierz siłę. AZYL.
W dobie dzisiejszego pędu i wzajemnej ignorancji, warto mieć takie swoje małe miejsce do którego możemy w każdej chwili wrócić chociażby na chwilę.W chwili złości, smutku, trwogi, szczęścia, KIEDY TYLKO CHCEMY. Nie koniecznie fizycznie.
Patrząc na tytuł AZYL co to takiego? Według Słownika Języka Polskiego jedno ze znaczeń to “schronienie, miejsce bezpiecznego pobytu “.
Bezpieczeństwo.
Schronienie.
Każdy z nas nie ważne czy ma 2 latka czy 22 czy chociażby 82, chce się czuć bezpiecznie, chce mieć własne schronienie. Co w sytuacjach nagłych, kryzysowych?
Zamknij oczy i wyobraź sobie spokój z czym Ci się on kojarzy? Czy jest to jakiś zapach? Dźwięk? Krajobraz? Coś innego?
To jest właśnie Twój azyl.
To jest Twoje schronienie.
Zawsze kiedy nie będziesz czuć pełni bezpieczeństwa, czy się zdenerwujesz, czy stanie się coś przykrego, pamiętaj tego spokoju, który możesz sobie wyobrazić zamykając oczy i biorąc głęboki wdech NIKT nie może Ci odebrać. To jest Twoje i tylko Twoje.
Moim azylem jest morze, szum fal, bezkres wody, powiew morskiej bryzy oraz pewne ramiona splecione w uścisk. Uwielbiam tam wracać - fizycznie i psychicznie.
To jest mój spokój.
Tam mogę odpocząć.
Nie bójmy się w pracy czy w szkole “odpłynąć” w ocean swojej wyobraźni, jeżeli jest to na daną chwilę nam potrzebne po prostu zamknijmy oczy, weźmy głęboki wdech i poczujmy to. Poczujmy swoje własne ja.
Spokój jest naszą dodatkową siłą i daje nam przewagę nad “przeciwnikiem” +50 do sprytu umysłowego.
~N.
P.s.: Dbanie o wewnętrzny spokój jest mega ważne, nie obawiajmy się o to walczyć.
P.s.2: wstawiam zdjęcie mojego azylu z ostatniej podróży tam. Dziękuje tym, dzięki którym mogło się to odbyć
Polska gościnność nie umarła, po prostu wyprowadziła się na wieś.
Spróbujecie w dużym mieście złapać stopa. W ciągu każdej minuty mijają was dziesiątki samochodów. Nawet jeśli któryś z nich się zatrzyma, szansę że jedzie w dobrą stronę są znikome. W miastach się spieszymy, w długich trasach staramy się ucinać minuty w każdym możliwym miejscu.
Odpalamy radio, audiobooka, podcast, obdzwaniamy przez nasz koszmarnie drogi zestaw głośnomówiący rodzinę i połowę znajomych albo po prostu cieszymy się z chwili z samym sobą.
Bycie autostopowiczem w miejscu gdzie można jechać tylko w dwie strony jest zaskakująco proste.
W momencie gdy uświadomisz sobie że potrzebujesz gotówki*, aby zapłacić za bilet na lokalnego busa,a czasu do PKSu coraz mniej, sięgasz do internetu. Czujesz że odzyskałeś kontrolę- to prawie jak w domu, aplikacja cię zlokalizuje, wpiszesz adres, pieniądze same znikną z konta, a z kierowcą i tak nie będziesz próbował rozmawiać. On po polsku umie tylko nazwać sex workerkę, a ty po ukraińsku powiesz ahoj. Nie jesteś idiotą, nie spodziewałeś się może ubera w małej mieścinie w której mieszka mniej ludzi niż w twoim bloku. Ale może chociaż jakaś sieciówka, przecież jeszcze umiesz zamówić takse przez telefon.
Twój świat znowu się rozjeżdża jak resztki falafela w twojej podróbce kebaba. Jednoosobowe firmy taksówkarskie. Tego się nie spodziewałeś. Gdzieś z tyłu głowy narasta coraz większy niepokój i deja vu. Gotówka. Czujesz, że tak upadnie społeczeństwo. Przez taksówki bez terminala. A oni jeszcze mają czelność strajkować…
Opcja pozostaje jedna. Łapiesz stopa. Czujesz się dziwnie. I bynajmniej nie chodzi o twoją dumę. Po prostu nie wierzysz że to może się udać.
I przeżywasz szok. Pierwszy samochód mija cię po 3 minutach. I już samo to jest dziwne, ale nie panikujesz. Wystawiasz kciuk i starasz się wyglądać miło mimo braku sojowego latte waniliowego. I przeżywasz szok numer dwa. Samochód się zatrzymuje. Uchylasz drzwi ( On okna nie może, uwierzysz że oni jeszcze mają te śmieszne korbki?). Pyta cię gdzie jedziesz. Nie użył formy pan, jest nowoczesny, czujesz się pewniej. Mówisz. Mówi gdzie on jedzie. To po drodze. Zgubisz się. Zamykasz drzwi i dziękujesz pewien, że następny samochodu zobaczysz za godzinę. I kolejny szok. Podjeżdża Polonez, stary, bardzo. Też staje. Na 10 minut 2 samochody i 100% skuteczność. Nie dowierzasz. Jedzie w twoją stronę i dopytuje gdzie jedziesz dalej. Gdy już wie po co, kiedy, i gdzie zmierzasz odwozi cię prosto na dworzec autobusowy. Potem jeszcze kasjerka życzy ci miłego dnia a pani sprzątająca ulicę wskaże dobrze drogę, będzie się uśmiechać i zapyta czy na pewno się nie zgubisz ( droga jest prosta, dosłownie)
Polska wieś jest fenomenalna. Nawet jeśli nie mają Starbucks'a
*dla tych którzy już nie pamiętają, metalowe krążki i papierowe prostokąty które nasi rodzice nosili po kieszeniach i starali się pamiętać aby wyjąć je ze spodni przed praniem
Jak łatwo można było się domyśleć (wbrew przekonaniom wielu katolickich dziennikarzy, którzy twierdzą, że “Kler” jest tylko zwykłym filmem), po premierze obrazu Smarzowskiego rozgorzała dyskusja. Jednak pytanie brzmi: czy ten film komuś zaszkodził?
Zanim podeprę swoją opinię o wypowiedzi księży, by nikt przypadkiem mnie nie uznał za “szkodnika Kościoła” napiszę jedno moje zdanie. Zdenerwowały mnie opinie, które głoszą, że po tym filmie Polacy masowo przystąpią do apostazji. Film jest skrajnie jednostronny, jednak nie fikcyjny. Przedstawia tylko część prawdy na temat stanu duchownych w Polsce. Sytuacja przedstawiona we filmie prawdopodobnie nigdy w takich warunkach się nie wydarzyła i nie wydarzy. Jest jednak zbiorem chyba wszystkich patologii jakie kiedykolwiek mogłyby zaistnieć w tej sferze Kościoła (takie zabiegi zresztą charakteryzują twórczość Smarzowskiego). Jestem zdania, że wierzący ludzie, którzy może działają w jakiś sposób w Kościele, którzy zobaczyli ten film się nie zgorszyli. Może dlatego, że sami byli świadkami takich czy innych scen, bądź dlatego, że wiedzą, że Kościół jest taki, jacy są w nim ludzie. Jeśli w społeczeństwie jest pedofilia, homoseksualizm czy alkoholizm, tak też jest zapewne w jakimś procencie wśród księży czy zakonnic. Oczywiście trzeba dążyć do tego, by nie było takich przypadków w ogóle, jednak teraźniejszym faktom trudno zaprzeczyć (co mam wrażenie starają się robić niektórzy przeciwnicy tego filmu).
- Większe zagrożenie dla przyszłości Kościoła nie stanowi jednosezonowy film, ale codzienna niedbałość o własną wiarę, szacunek do sakramentów i duchowy wzrost - napisał na Twitterze ksiądz Daniel Wachowiak. Myślę, że ludzi od kościoła nie może odciągnąć film, ale ich własne doświadczenia. Nie zaprzeczę, że to mógł być właśnie chociażby “cennik” sakramentów bądź inne trudne doświadczenie. W mojej opinii wyłączam osoby, które z założenia są przeciwnikami kościoła i film ten jest dla nich “argumentem” na wszelkie zło.
Jak stwierdził również ksiądz Łukasz Kachnowicz, trzeba dać się mądrze sprowokować. - Być może boimy się zgorszyć wiernych, a może nie chcemy „stracić twarzy”, ale zdecydowanie zbyt rzadko stajemy w prawdzie o tym, że jesteśmy grzesznikami. Takimi samymi grzesznikami, jak ci, którym posługujemy. Choć im przypominamy o tym zdecydowanie częściej (...). Dlaczego film, który to pokazuje staje się taką sensacją? Właśnie dlatego, że udawaliśmy, że to nie jest nasz problem - napisał na łamach portalu Aleteia. Jak wiele jest w tym prawdy!
Pod artykułem zbiorowej recenzji mojej redakcji pojawiła się lawina inwektyw. Niektórzy porównywali obejrzenie tego filmu z filmem... pornograficznym. Niektóre opinie były wręcz zatrważające. Zastanowiło mnie to. Z jednej strony cieszę się, że ludzie nie zgadzają się na takie stereotypowe przedstawienie stanu katolickich duchownych. Jednak bardziej przeraża mnie to, że żyjemy w jakiejś bańce, która głosi, że księża są nieskazitelni i wszelka próba (nawet mocno prowokacyjna) pokazania tego, jest jawnym atakiem na kościół.
Prawdą jest, że szatan posługuję się prawdą. Szatan nie zawsze kłamie i owszem, pokazuje nam fakty jednocześnie nimi manipulując. Choć ostatni artykuł portalu Onet na temat księdza Stryczka był prawdopodobnie prawdą, ukazał się w momencie kryzysu struktury kościelnej. Szatan pokazuje nam fakty w specjalnie wybranym czasie, byśmy mogli przyznać mu rację. Film “Kler” ukazał się właśnie teraz, co według mnie nie jest przypadkiem. Jednak próba zaklinania rzeczywistości i mówienia, że to nieprawda, jest jeszcze gorsza.
Wytrącenie największej broni szatanowi to bycie pokornym. To według mnie zaakceptowanie faktu, że jesteśmy grzesznikami ale jednocześnie przyjęcie tego, że jesteśmy w Kościele Chrystusowym i nawet bramy piekielne go nie przemogą. Cóż możemy uzyskać, tracąc swoją twarz? Prawdę o sobie samym, świadomość tego, że ja nie jestem lepsza od innych, że inni też grzeszą, że inni, tak samo jak ja, potrzebują nawrócenia. Po to jest wspólnota Kościoła, byśmy mogli budować szczere relacje, a nie po to, byśmy byli “nieskazitelni”. Byśmy mogli być razem, i by inni poznali po naszej miłości, że tak wygląda Niebo.