"Naiwna" - szeptało wielu. Na czoło wskazując palcem. Celując w środek. Sposobem rytmicznym. Nieco pobłażliwie. Stosunkowo niespiesznie. Wierzyli, że opuszkowy apel odbija się echem rozsądku. A ona, świadomie głucha, tkała świat romantycznymi nićmi. Bezwstydnie. Bezgłośnie. Nostalgicznie. Tylko w oczach inna. One wyrażały niecierpliwe pragnienia. W gorączce i roztargnieniu wodziły wśród złożonych im obietnic. Sprzątały się w złe wieczory i samotne weekendy. Kap, kap... Strużką w Rose de Jaspe.
Żaden z jej Smuteczeków nie miał smukłej figury. Odchowane były i dorodne, ale introwertyczne i wstydliwe. Pąsowiały, gdy wołało się je po imieniu. Tworzyła zakazy. Stawiała tabliczki. Podejmowała się prób wychowawczych. Mówiła: "dość, zabrania się karmić, Smutki nie jedzą, dieta". Trzymała w klatkach. Rozkazała milczeć. Mruczeć też, co straszne, nie było im wolno. Kolejne tabliczki, kaligrafia kredą po burej tablicy: "rozmowa surowo zabroniona, Smuteczki lubią szydzić, ironizować i pluć". Starała się przechadzać obojętnie. W okularach o lustrzankowych szkłach, na wszelki wypadek. Zza nich nikt nie widział, że czasem spogląda na jakiś samotny Smuteczek. Spacerowała w swoim smutnym zoo. Sprzedawała bilety, ale do smutnego zoo nikt biletów nie kupował. Żal jej było swoich Smutków w klatkach. Bywały dni, że wyciągała rękę. Sięgała za kratę. Tam rósł mlecz, no przecież! Koniecznie chciała zbadać jego woń, stworzyć krainę mlekiem i miodem... Jeśli nie mlecz, to stokrotka. Tu już obowiązkowo należało sprawdzić na płatkach deklarację uczuć, bo jeśli nie kocha, to lubi, a jeśli nie lubi, to szanuje. A jeśli nic nie rosło, to sięgała jakiś kwiat, który mógłby tam rosnąć i dawała się ugryźć. Smutki kąsały. Czy wiecie jak Smuteczek kąsa naiwną skórę? Powiem wam. Nie pozostawia widocznych śladów, prawie. Skóra ma kropkę, czerwoną, niepęczniejącą, ślad Smuteczkowego uzębienia. Drugiego dnia ślad znika. Od tak. Bez maści. Chap i bye. Naiwna skóra ma niezrozumiałą tendencję do regeneracji. Wystarczy, że Smutek ugryzie, ale na koniec, strwożony jakby, potulnie liźnie szorstkim językiem stworzoną przez siebie czerwoną kropkę i skóra, niepamiętliwa, znów czeka, by jej skosztować.
Rozsądni, ci rozumni, oni wszyscy pisali w petycjach, że Smutków w klatkach więzić nie można. Mówili, że nie wypada, niemoralne, niedzisiejsze, że Smutki trzeba prowadzać na smyczach. Smutki należało pysznie ufryzować i strojne w pierścionki z rubinami, w dekadenckich płaszczach do połowy uda i z kieliszkiem absyntu (dla dodania animuszu), odstawić na defiladę. Następnie, ukazując pierś, pchać ją ku przodowi w akcie nienaturalnej, pokrzywionej dumy. Petycje zakładały, że w czasie smutnych defilad, dopuszcza się trzepnięcie łokciem towarzysza obok i skomentowanie Smutku (o ile jest się jego właścicielem) słowami: "ten maluch mój jest, panie, rósł jak na drożdżach, karmiłem go, podsuwali jakieś rozwiązania, ale ich wszystkich wyśmiałem i taki mój Smutuś wyrósł". Składano podpisy na petycji tak przejęte, że dziurawiły kartkę. Smuteczki karmiono mięchem. Najlepsze mięcho serwował internet. Niektóre Smutki lubiły, gdy im się gotowało. Wystarczyło, że w jednych się gotowało, by innym Smuteczki się najadły.
A potem przyszedł maj. Z petycji zrobiono wielki, papierowy myśliwiec. Krążył i zaczepiał o głowy wszystkich, którzy chodzili z nimi w chmurach, trącali o gwiazdy. Ot, myśliwiec ostrzegawczy. Petycja wróci. W listopadzie. Na Wszystkich Świętych.
Był maj. Smutki przekwitły. Głowy się zakochały. Rozumni pogłupieli. Ładnie im było w swetrach z romantycznych nici.