pensjonarki.
Pomimo, że ludzie to nie zwierzęta i różnią się od siebie, to zdarzają się pewne zestawienia cech osobowości, które się powtarzają przez co powstają typy ludzi, które możemy lubić, albo i nie.
Niech Ola i Ula lubią różne rzeczy, jedna niech będzie ułożona, druga szalona, jedna infantylna, a druga dojrzała, ale będą mieć takie cechy, dzięki którym mogłyby się zjednoczyć i maszerować pod jednym sztandarem.
Dzisiaj opowiem Wam o typie, z którym miałam nieprzyjemność zetknąć się kilka razy i za którym mocno nie przepadam, czyli o „pensjonarkach”.
Ten typ reprezentują raczej dziewczyny, ponieważ mężczyźni chyba wolą załatwiać osobiste sprawy wprost, a poza tym o wiele bardziej szanują tzw. „bro code”, co między dziewczynami nie zawsze funkcjonuje, a już zwłaszcza w przypadku pensjonarek.
Kim są więc „pensjonarki”?
Na pierwszy rzut oka wydają się miłymi dziewczynami o pobożnych życzeniach, dobrym serduszku i wielkich ideałach. Zazwyczaj szare myszki. Każda z nich szuka szczęścia, miłości, akceptacji i uważa, że przyjaźń to magia. Trochę jak małe dziewczynki, które marzą o księciu z bajki i wiernych dwórkach. Piękna historia…
Niestety prawda jest taka, że czasu nie da się oszukać i choćby się bardzo chciało to dorastanie jednak postępuje (choćby minimalnie) i odciska swój ślad na charakterze tych dziewczątek.
Bo można nosić sukieneczki w falbaneczki, plątać włosy w dwa kucyki i dalej szukać księcia z bajki, który nie pije, nie pali oraz nie przeklina, ale nie da się ominąć faktu, że wraz z dorastaniem kształtują się pewne rzeczy. Poza seksualnością rozbudza się jeszcze coś co powoduje, że przekraczając któreś „naście” czujemy pewną presję, że powinniśmy mieć już przyjaciół, życie towarzyskie i przede wszystkim chłopaka i/lub być dostrzeżeni w jakimś gronie.
Nie inaczej dzieje się w przypadku pensjonarek, które choćby chciały udawać, że mają po 5 lat, to jednak zaczynają czuć jak dojrzałe kobiety. Niestety jest to żyzna gleba dla sporych dawek makiawelizmu krążących po ich (zazwyczaj dziewiczych) ciałach lub desperacji, które zamieniają je w ludzkie niewypały.
Oczywiście, że jest miło. Nawet bardzo. W końcu kogo by nie przekonało takie dziewczyniątko, które chce czynić dobro, ratować świat, kochać i zaprzyjaźniać się do upadłego? Ale tak samo miło jest w Kambodży. Piękne widoki, miła temperatura, ale cały teren jest zaminowany. Wystarczy pójść nie tam gdzie trzeba i bum! Wracamy do domu bez nóżek.
I podobnie się dzieje w przypadku pensjonarek. Żadna ofiara nie jest zbyt duża, by ją ponieść kiedy na horyzoncie pojawia się większy (upragniony) cel. Przyjaciele, rodzina, a nawet własne przekonania czy ideały – wszystko przestaje nagle mieć znaczenie.
Okazja zazwyczaj spada niespodziewanie, ale kiedy już się pojawi to nigdy nie wolno jej odpuścić. Nierzadko trafia się dzięki koleżance, która lepiej odnajduje się w towarzystwie, albo w męskim gronie.
Ich determinacja jest naprawdę godna podziwu, bo bez słowa są w stanie spalić za sobą wszystkie mosty. Jak zombie pozbawione jakiejkolwiek kontroli nad sobą albo wygłodniałe psy, którym rzucono krwiste steki.
Te bardziej wyrachowane nigdy się nie tłumaczą (nawet jeśli ich misja się nie powiedzie), te mniej „stalowe” w przypadku fiaska odczuwają wyrzuty sumienia i na kolanach z błagalnymi oczami recytują „wybacz mi, ja nie chciałam” w nadziei, że tę sytuację da się jakoś „odkręcić”. Przy czym sumienie odzywa się jedynie wtedy, kiedy „coś nie wyszło” i „pensjonarka” została się z niczym. W gratisie można dostać nawet najgłupsze tłumaczenie jakie się w życiu słyszało. Ale jak już wspomniałam, zanim do tego etapu w ogóle dojdzie, najpierw spalą wszystkie mosty bez mrugnięcia okiem…
Skąd się biorą takie dziewczyny? Żadna filozofia!
Niska samoocena potrafi zdziałać cuda. Choć mówią, że mózg wyłącza się nam na testach albo kiedy się zakochamy, to jednak istnieje jeszcze ten trzeci, równie silny czynnik.
Osoby z niską samooceną czują, że cały świat to taki nieśmieszny żart stworzony specjalnie po to, żeby ich pognębić. Natomiast szczęście jest dla nich towarem reglamentowanym. Przy czym wierzą, że tak samo jak w PRL-u przy wydawaniu kartek obowiązuje podział na „równych” i „równiejszych” wobec życia.
Ale jak głosi mądre przysłowie „czasem świeci słońce, a czasem pada deszcz”. Pojawia się i w życiu pensjonarek taki dzień kiedy poczują się bardziej akceptowane (czy to przez kogoś o wysokiej pozycji ew. ważnego w społeczeństwie czy przez faceta), co będzie równoznaczne ze złapaniem boga za nogi.
I wtedy nawet najbardziej zahukana, nieśmiała czy pobożna dziewczyneczka poczuje się wszechmocną królową całego świata. Władza to niestety często krwawa zabawa, więc „królowa” zdaje sobie sprawę, że pewne ofiary będą musiały być poniesione, ale za to jaka nagroda…
Ale jak większość z Was pewnie wie… karma to straszna suka. Koniec końców pensjonarki stają się zazwyczaj narzędziami w rozgrywkach damsko-męskich między jakąś parą, albo między koleżankami. Ewentualnie grają rolę pocieszycielek, które podbudują podniszczone ego. Większość z nas w końcu chciałaby być bogiem i mieć własnych wyznawców, którzy gotowi są nam zlizywać wszystko ze stóp. Stety lub niestety tacy „wyznawcy” to nie są ludzie, których chcielibyśmy zatrzymać przy sobie i być z nimi blisko. Są po prostu zabawkami używanymi do momentu, kiedy się znudzą lub nie będą przynosić więcej korzyści.
Dobre owce są posłuszne, a najlepsze są te, które zrobią wszystko, żeby zdobyć uznanie pasterza. Dlatego też, dla własnego dobra wolę trzymać z dala od siebie osoby toksyczne, które dążą „po trupach do celu” (nawet jeśli się do tego otwarcie nie przyznają) takie jak „pensjonarki”. Bo nie wiem co jest gorsze od osoby, której każda wartość może zostać błyskawicznie zdeptana dla choćby iluzji nagrody.
P.S. I nie bądźmy naiwni. W świecie pensjonarek wyrzuty sumienia nie istnieją. Już wszystko sobie wytłumaczyły i nagięły do ich „żelaznych” wartości…












