Andrzej Pilipiuk - nazwisko, które każdemu, choć odrobinę interesującemu się książkami, na pewno obiło się o uszy. Jest to obecnie jeden z lepiej sprzedających się rodzimych autorów, może też za sprawą ilości dzieł, które wychodzą spod jego klawiatury. Sławę zyskał tworząc postać Jakuba Wędrowycza - egzorcysty bimbrownika i pisząc o nim humorystyczne powieści-gawędy. Jednym z moich celów jest przeczytanie pierwszego tomu tych przygód, by choć troszkę poznać ten fenomen. W poprzednim roku jednak, na targach książki w Krakowie, do ręki trafił mi egzemplarz jego najnowszego wówczas zbioru opowiadań "Zło ze wschodu". Dodatkowo na stoisku był sam autor, więc udało mi się uzyskać jego autograf. Pomyślałem, słusznie zresztą, że zbiór zamkniętych historii będzie dobrym punktem zaczepienia w poznaniu tak płodnego warszawskiego pisarza. Dzisiaj zajmę się krótkim opisem tego dzieła. Środkiem czerwca poświęcałem wieczór na każdą z pięciu historii, z wyjątkiem ostatniej tytułowej, która objętościowo stanowiła całą drugą połowę tomu. Ta trzynasta (czternasty gdy wliczamy "Traktat o higienie: Z dziejów dra Skórzewskiego") część cyklu "Światy Pilipiuka" zabiera nas na wędrówkę po różnych miejscach i czasach, gdzie głównym spoiwem jest ogólnie pojęte zło. Zresztą nie jest to już najnowszy zbór opowiadań, bo "Czasy, które nadejdą" zostały wydane w tym roku.
Musze powiedzieć, że dość cwanym pomysłem jest stworzenie postaci i umieszczanie jego perypetii w każdym zbiorze krótkich form. Przeczytasz takie jedno opowiadanie i już chciałbyś wiedzieć więcej o tym skąd pochodzi, jakie są jego kolejne przygody i takie podobne. Taką cykliczną postacią u pisarza są Robert Storm oraz Paweł Skórzewski. Ten pierwszy to współcześnie żyjący poszukiwacz antyków, a ten drugi to lekarz z przełomu XIX i XX wieku. Miłośnika antyków znajdziemy w opowiadaniach "Antykwariat" oraz "Walizka". Lekarz z kolei znalazł się w carskiej Rosji jako bohater "Pokusy uśmiechu". Nie będę streszczał tych opowieści, są na tyle krótkie, że w razie potrzeby mogę je jeszcze raz przeglądnąć. Dodatkowo byłby to spoiler dla tych chcących z pierwszej ręki poznać te fabuły. Mam jednak troszkę miejsca i weny na zapisanie swoich spostrzeżeń. Zacznę od odrobiny krytyki, bo tak jak same pomysły w tekstach były całkiem obiecujące, tak mnie osobiście ich dostarczenie nie powaliło. Zbyt klarownie były przekazywane rzeczy nadnaturalne, bez krzty tajemniczości, a wszystkie wątki, nawet te fantastyczne, były rozwiązywane, albo ich finał bardzo mocno insynuowany. W "Gladiatorze" bardzo malowniczo Pilipiuk oddał stanowisko archeologiczne w Weronie, ale to też pewnie dlatego, że sam studiował ten zawód. Z kolei "Antykwariat" był takim niecodzienną próbą podejścia do "podróży w czasie" i chyba najbardziej klimatyczną. Z kolei "Walizka" była po prostu ciekawym prześledzeniem faktycznego potrójnego morderstwa z elementami głębszej zagadki.
Najbardziej jednak podobał mi się wspomniany doktor Skórzewski i jego miejsce w tekście "Pokusa uśmiechu". Historia rozgrywająca się nad jeziorem Onega była oddana dość dobrze, bym mógł faktycznie się w niej zanurzyć. Poza tym zawierała chyba najwięcej myśli, do późniejszego rozważenia. Nie mówię, że inne ich nie miały, ale zdecydowanie widać, że autor woli chodzić bardziej po ziemi i przesadnie nie moralizować. To z kolei mogłoby mieć znacznie gorszy wpływ na samą jakość dzieła. Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że cały styl, który krytykuję w tej notce, jest właśnie tym - stylem. Może wynika on z tego, że jego główna seria jest bardziej humorystyczna, co rzutuje też tutaj. Tego jednak nie wiem, a tym bardziej że nie przeczytałem nic o Jakubie Wędrowyczu. W tych wyliczeniach nie brałem pod uwagę ostatniego tytułowego opowiadania, bo jest to kompletnie inna kategoria. Troszkę jakby wszystko poprzednie było przystawką do głównego dania. Nie, żeby mnie jakoś zachwyciła mocno, ale ta drugowojenna historia była ciekawie napisana. W skrócie perypetie chłopaka z Zamojszczyzny, który dostał się na roboty u rodziny nazistowskiej na Mazurach. Było więcej czasu w tekście, by można było budować napięcie, czy jakąś kulminację, która nawet się udała.
Wystawiając ogólną ocenę, to mnie nie urzekło, ale raczej uznaję, że to kwestia gustu. Widzę jak bardzo ceniony jest pisarz, i trzeba mu oddać to, że w istocie są to utwory, które można polubić. Nie żałuję spędzenia z nimi tych dziesięciu dni, choć co prawda wg mnie nie odkrywa żadnej Ameryki tymi opowiadaniami. Ja potraktowałem je jako takie bardziej "czytadła", oczywiście to nie są powieści tendencyjne, romanse, czy obyczajowe, które cierpią na miałkość. Jednak jakoś ze mną nie rezonowały na tyle, bym umieścił tytuł w swojej topce, choć nawet nieźle umiliły mi czas. Jednak raczej nie będzie chciało mi się chwycić po kolejny zbiór opowiadań, a z racji tego jak szybko Pilipiuk tworzy swoje "Światy", to dodatkowo mnie zniechęca. Jednak, jak wspomniałem, spróbuję w swoim czasie przejść przez "Kroniki Jakuba Wędrowycza" i wydać swoją ocenę.
Miłego,
Adiabat
22.06.2024