Madera, luty-marzec 2019

#batman#bruce wayne#dick grayson#tim drake#batfam#dc fanart#batfamily




seen from Netherlands

seen from United States
seen from China
seen from United States
seen from China

seen from Japan
seen from United States
seen from Japan
seen from China
seen from Germany

seen from United Kingdom

seen from Brazil
seen from United States
seen from Netherlands
seen from United Kingdom
seen from United Kingdom
seen from China
seen from United States

seen from China
seen from Guatemala
Madera, luty-marzec 2019
Barcelona, listopad 2018.
Nie opisałam kilku wyjazdów, które robiłam już w dwupaku. Zabrakło chyba trochę werwy, a może mogę zwalić trochę na babybrain i popołudniowe drzemki, albo microsofta, który skasował mi plik z opisem wyjazdu na Maderę...
Barcelona
Spędziliśmy miło czas razem z Edi i Radkiem (tak naprawdę byliśmy tam w 6 :D; Miki i Izunia swobodnie dryfowali w bezpiecznych, brzuchowych kokonach). Barcelona nigdy nie rozczarowuje i zawsze pozwala naładować akumulatory na jesienne nocodnie w Warszawie.
Madera
Drugi trymestr witałam na Maderze - spring island <3, gdzie w tygodniu pracowaliśmy, chodziliśmy nad ocean i piliśmy kawę na tarasie, a w weekendy wyciskaliśmy wszystko co się dało z tej uroczej, wiecznie zielonej wysepki. To było work&travel z popołudniowymi drzemkami, gotowaniem dziwnych ryb i owoców morza. Wtedy też dziwiłam się o co tym wszystkim babkom chodzi - przecież ciąża jest super i brzuch nie ciąży i jest super, a lekka zadyszka przy wchodzeniu na pico ruivo jest totalnie do zaakceptowania. (Heheheh, pewnie w 9 miesiącu już bym wykitowała robiąc przebieżkę po parkingu pod szczytem 🤣🤣🤣).
Berlin
Po Maderze przyszedł czas na miły czas z Grażynkami w Berlę, który jest wspaniałym miastem kontrastów, i o ile niespecjalnie przepadam za niemieckojęzycznymi terytoriami, to w Berlinie mogłabym nawet zamieszkać. Energia miasta i ludzi, namacalne kontrasty i wyczucie trendów (które Warszawa zawsze ochoczo kopiuje) oczarowały mnie. To był kwiecień i w związku z tym, to był mój ostatni lot przed powitaniem Bobinki po drugiej stronie<3. Pamiętam, jak w locie powrotnym myślałam sobie, że w czasie kolejnego lotu będę miała już swoją Córeczkę na kolanach. Wtedy wydawało mi się, że upłyną wieki nim gdzieś znowu polecimy. Na szczęście pisząc ten post porządkujący, dolecieliśmy cali do Portugalii, w której spędzimy trochę zimy :).
26.08-28.08 Portugalia, Porto.
O Portugali słyszeliśmy dużo dobrego. Każdy, kto ją odwiedził, polecał serdecznie to miejsce, kuchnie, architektury i widoki. Czułam, że te rekomendacje będą miały pokrycie z naszymi rzeczywistymi odczuciami, że nie będzie tak, jak w Gruzji. Dlatego też, nie wahaliśmy się zbyt długo, gdy pojawiła się dobra opcja lotów w Wizzerze. Bom dia Portugal! Nie śpimy, zwiedzamy!
Lądowanie mieliśmy dość późno w nocy. Za namową Bartka zostaliśmy na noc, na lotnisku... była to ciekawa przygoda. Dzięki matom i śpiworom, które targamy ze sobą na dalsze etapy podróży nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Jedynymi przeszkodami w naprawdę komfortowej nocy była klima i obsługa lotniska czyszcząca podłogi o 4:30 rano. Dostanie się porannym metrem do centrum Porto było łatwe, szybkie i przyjemne. Dzień zaczęliśmy od kawy i słodyczy portugalskich, a raczej niezliczonej ilości rodzajów ciastek i ciasteczek, które obowiązkowo są w każdej piekarni. Wróć – tu raczej są cukiernie z pieczywem a nie piekarnie z ciastkami. Male ciastko z budyniowym kremem z ciasta francuskiego to ich symbol – pastel do nata. Coś jak nasz pączek. Jest bardzo dobre. Opór słodkie, ale dobrze wchodzi. Bartek rozkręcił się w ciastkowym jedzeniu i chyba na kilku ciastkach się nie skończy.
Od wczesnych godzin porannych do późnych wieczornych szwendaliśmy się po uliczkach Porto. Samo miasto ma w sobie coś z Paryża, coś z Budapesztu i … Krakowa (tylko, że z metrem - heheh). Z jednej strony zachwyca kolorami, ślicznymi budynkami z azulejos na fasadach, z drugiej strony dumnie prezentuje oświetlone witryny zagranicznych marek, misternie zdobione cokoły oraz ołtarzyki z Cristiano Ronaldo. Kameralność widać w wąskich uliczkach, kocich łbach, suszącym się praniu, starszych ludziach zerkających zza firanki. Ruch uliczny jest, ale spokojny, wycofany. Raczej podporządkowany pieszym niż konkurujący z nimi. Jak tu się żyje? Ciężko ocenić przy tak krótkim pobycie. Jednak zwiedzanie miasta było czystą przyjemnością.
Porto to miasto sardynek, które zdobią poduszki, miseczki, widelce, podkładki, torby, bluzki, kubki, skarpetki, czapki i co tam jeszcze turystycznego można zwieźć do domu, wina ( o którym zaraz), kolorów i pięknych zdobień oraz suszącego się prania. Razem tworzy to portowy klimat nie z tej epoki, jakby czas dla Porto nie istniał. To poczucie nierealności i zatrzymania czasu z pewnością potęguje wypicie kilku lampek słynnego Porto. Wino, które w zasadzie nie smakuje jak wino. Pierwszy łyk poraża ilością słodyczy i gęstością. Słodkie wino to dla mnie porażka kulinarna, którą zostawiłam dawno za sobą, jako jedno ze wspomnień nastoletniego życia. Jednak Porto, ukochane przez Brytyjczyków, ma coś w sobie. Tajemnica jego produkcji, jak dowiedzieliśmy się w czasie oprowadzania po winnicy Calem, to szybkie przerwanie procesu fermentacji winogron i dodanie brandy (77%!). Nie da się ukryć – dwa kieliszki tego trunku i człowieka już klepie 😊. Alkohol wzmacniał apetyt, więc gastrofaza jak najbardziej dawała się we znaki – częste przystanki na oliwki, owoce morza, ryby, ciastka i inne sprawiły, że zastanawiam się ile kilo więcej przywieziemy do Polski.
Nie udało nam się niestety wejść do księgarni, którą J.K. Rowling przeniosła do Hogwartu – kolejka była zbyt porażająca, żeby tracić w niej cenne minuty. Nie udało nam się także porozmawiać z localsami – o tym, czy miasto pagórków i wąskich uliczek jest fajne również dla nich, czy może myślą tylko o tym jak uciec z niego kiedy tylko się da (…tak jak my z Warszawy). Będzie powód by wrócić, a my jedziemy dalej na południe. Next stop – Lisbon.
27.02 powrót z PAI do Chiang Mai
Przez 3 godzinach jazdy krętą drogą, w oparach nieprzetrawionego alkoholu unoszących się nad skacowanymi Niemcami aviomarin średnio dawał radę. Koniec końców wróciłyśmy do Chiang Mai, żeby jutro udać się w dalszą drogę. Dziś czekało nas jeszcze miłe zwieńczenie pobytu na północy Tajlandii – wizyta w sankturaium słoni. Specjalnie wybrałyśmy taką wycieczkę, gdzie nie ma jeżdżenia na słoniach, ani żadnych cyrków z ich uczestnictwem. Nie byłyśmy przekonane, czy to na pewno jest najlepsza możliwa opcja, ale na dostanie się do cieszącej się najlepszą opinią miejscówki trzeba było rezerwować bilety z wyprzedzeniem kilkumiesięcznym. Dodatkowym, miłym aspektem pobytu u słoni był fakt, że dołączyć tam miała do nas Agnieszka wraz z Jankiem. Nasz pobyt w Tajlandii zbiega się w czasie, ale porównując kalendarze i zaplanowane trasy – to było nasze jedyne spotkanie.
Sama wizyta w sanktuarium sprowadzała się do dwóch czynności – karmienia słoni przekąskami oraz mycia ich. Pomimo tego, że słonie już są od dawna przyzwyczajone do ludzi oraz obecności ich opiekunów każdy z odwiedzających czuje respekt przed tymi wielkimi zwierzętami. Kąpanie słoni w niezłym bajorku było najlepszym punktem wycieczki. Zgodnie stwierdziliśmy, że Bońka może spokojnie zmieniać swoją fuchę i zająć się pracą na myjni. Szorowanie słonia szło jej świetnie, a bajoro z hmm.. sikami i twardszym tematem od słoni nie przeszkadzało jej w żadnym stopniu.
Agnieszka z Jankiem zostali jeszcze w Chiang Mai, a dla nas był to ostatni wieczór w tym miejscu. Udałyśmy się na nocny market w poszukiwaniu kilku gadżetów pamiątkowych i nacieszyć się smakami oferowanych potraw i przekąsek. Rano czekał nas pobudka przed 5 żeby zdążyć na samolot dalej na południe.
Jakie wrażenia z północy? Chiang Mai podobało mi się bardzo. Miejsca po których poruszałyśmy się nie były od siebie znacznie oddalone, po jednym dniu można było ogarnąć topografię starej dzielnicy i miasta jako takiego. Jednak północ i południe Tajlandii są zdecydowanie mniej zróżnicowane, niż ma to miejsce w Wietnamie. Tam, południe od północy różniło się prawie wszystkim. Roślinnością, klimatem, kuchnią, uprzemysłowieniem. Tu wszystko jest bardzo podobne. Druga sprawa to masowa turystyka. Podróżowanie po Tajlandii nie jest wyzwaniem w żadnym stopniu. Można załatwić wszystko i wszędzie od ręki. To kolejny punkt, który odróżnia Wietnamczyków od Tajów. Ci pierwsi dopiero rozkminiają jak na dobre zacząć kręcić kołem turystycznego młyna.
25-26.02 Pai
Układając plan wycieczki nie byłam specjalnie przekonana, żeby jechać do Pai. Gdzieś w necie znalazłam porównanie do Zakopanego i już samo to wydało mi się zniechęcające. Jednak mój Kochany Bartuś bardzo skutecznie zaszczepił w nas ideę, że tam jest super, sami młodzi ludzi, totalny relaks, przyroda, ekstra, ekstra nie ma opcji, jedźcie tam. Ok, jako sugestywny raczej człowiek przyjęłam rekomendacje za dobrą monetę i umieściłam Pai na naszej liście podróży. Nie trudziłyśmy się żeby znajdować lokalne autobusy i bez klimatyzacji jechać 3 h po krętych drogach. Zamówiłyśmy busika pod sam hostel na 8:15 i grzecznie poszłyśmy spać (nastawiając budziki). Oczywiście budzik nie zadzwonił!!!! Obudziłam się o 08:08 spojrzałam na zegarek i zaczęłam ściągać Bońkę z łóżka. Ubrałyśmy się w 2 minuty, bez porannej toalety, bez śniadania, w kołtunie na głowie zbiegłyśmy prędko przed hostel. Autobus podjechał jakąś chwilę po naszym przyjściu więc ufff udało się, zdążyłyśmy.
Złota porada w podróży : jeśli następnego dnia rano zmieniasz miejsce pobytu – spakuj wszystko grzecznie wieczorem, bo zawsze może okazać się, że zostanie ci 5 minut na opuszczenie lokalu.
Wspinanie się krętą, górską drogą przebiegł na lekkim odlocie. Po zażyciu aviomarinu świat zewnętrzy przestaje być absolutnie interesujący, jedyne czego pragniesz to spać. Tak też minęła nam podróż, ale przynajmniej nikt nie chciał wymiotować :D.
Na nocleg wybrałam urocze bungalowy, trochę oddalone od samego centrum miasteczka, ale za to dające cisze i wytchnienie po w miarę głośnym Chiang Mai. Nasz host zaoferował nam próbne jazdy na swoim skuterze zanim zdecydujemy się je wypożyczyć na cały dzień. Było to bardzo dobre posunięcie. Ja prowadziłam chwilę skuter w Wietnamie, ale po drodze prostej i z samymi krowami, jako uczestniczkami ruchu. W Pai kręte i wąskie drogi nie są już tak prostą sprawą. Ogólnie jazda na skuterze nie jest żadnym challengem, ale trzeba nabrać pewności siebie, której mi i Bońce na razie brakuje. Dywagacje o tym co robimy ze skuterem zostawiłyśmy na następny dzień.
Niedaleko naszego pokoju znajduje się wielki posąg białego Buddy, położony na wzgórzu, do którego prowadzi ( a jakże) niezliczona liczba schodów. Udałyśmy się tam po chwili odpoczynku w naszym ślicznym bungalowie. Budda rzeczywiście imponuje wielkością. Widać, że Chrystus z Rio i Chrystus ze Świebodzina mają swojego odpowiednika również w Tajlandii. Zmęczone wspinaczką po schodach przysiadłyśmy na chwilę w cieniu. Szybko zagadali do nas ( jak się okazało po chwili) dwaj młodzi Koreańczycy. Od słowa do słowa wyszło, że trochę jeszcze nie jesteśmy przekonane do skutera i że rozważamy co dalej z tym fantem zrobić. Nie zastanawiając się długo, Chłopaki zaproponowali nam podwózkę na swoich skuterach do must see w Pai, czyli kanionu ! :D Akurat zbliżał się zachód słońca, więc lepiej wybrać nie mogłyśmy. Sam kanion wygląda lepiej (pozytywne zaskoczenie) na żywo niż na zdjęciach. Godzina zachodu słońca ściąga tłumy turystów i przez to cała atmosfera trochę siada, no ale cóż… nie tylko my umiemy używać wujka Google #hehehe.
Po zachodzie słońca przyszedł czas na miły wieczór w towarzystwie naszych nowych kolegów. Okazało się, że Korea Południowa ma wiele wspólnego z Polską. I też większość ludzi chce z niej wyjechać :P.
Pai dzień drugi.
Po leniwym poranku przyszedł czas na decyzję co dalej. Na wypożyczenie skuterów nadal nie ma jednoznacznego tak (tak Bartuś, wiem że jesteś rozczarowany tą niefrasobliwością po stokroć :P) dlatego też zdecydowałyśmy się na pieszą wędrówkę w góry do wodospadu. Nasz host przekonał nas jednak skutecznie, że wychodząc tak późno na pewno nie damy rady dojść i wrócić zanim zapadnie zmrok. Dlatego też przeszłyśmy jedynie pewien etap wycieczki, czillując się po drodze i oglądając otaczającą nas roślinność. Bez spiny i bez morderczego odhaczania na liście, jak ma to w zwyczaju robić spora część podróżujących. A jak wrażenia z samego PAI? No Zakopane to to nie jest. To są CHAŁUPY w środku wakacji! Jednak w Chałupach jest spoko jak uprawiasz sporty – ma to sens i nonszalanckie przechadzanie się po browary każdego dnia między namiotami w havanaiasach też ma większy sens – jeśli robisz sporty kajta, winda, no to spoczko. Natomiast tu pełno jest ludzi z Chałup, którzy nie robią sportów i przyjechali tylko na menaż – czyli najgorzej :P Mój wewnętrzny hejter ma srogą bękę kiedy mijamy po drodze całe rzesze zblazowanych zachodnich nacji, które wyrwały się z miast i rozbijają się od knajpy do knajpy gdzieś na końcu świata szukając hamburgerów oraz pizza italiana :P No śmiecham po stokroć. Być może ja wyglądam dokładnie tak samo jak oni i w sumie też tu przyjechałam z miasta :P ale łudzę się, że na mojej twarzy gości jeszcze ciekawość otaczającego mnie świata oraz pokora.. no i nie jemy z Bońką pizzy w górach, przy granicy z Birmą, na końcu świata, w Tajlandii. Mam nadzieję, że to już coś :P
EDIT: W Pai jest naprawdę spoko nocą. Zamknięte uliczki dla ruchu, sprzedawcy z kramikami z ulicznymi jedzeniem, oświetlone knajpki. Trochę jak nocny market, ale bez takiego dzikiego tłumu. Druga rzecz za którą warto lubić Pai to zimne noce – w nocy temperatura potrafi tu spaść do +5. My zakrywałyśmy się szczelnie kołdrą w naszym bungalowie i rozważałyśmy włożenie kolejnej warstwy na siebie (!). Dobra alternatywa dla airconów odpalonych na full każdej nocy.