31.08-04.09 Południe i romantyczna wisienka na torcie.
Coś jest schematycznego w naszym podróżowaniu – jeśli się da, staramy się układać je mniej więcej w podobnym ordnung. Najpierw miasta, kiedy zapał jest duży a głód zwiedzania nienasycony, później sporty – żeby pokonywać własne bariery, próbować czegoś nowego, doświadczać. Później lenistwo, odpoczynek, plaża i luz. Tak też planowaliśmy zrobić w Portugalii. Podróż na południe tego pięknego kraju jest chyba średnio możliwa ( a na pewno mniej przyjemna) bez własnego środka transportu. Zabukowaliśmy samochód w kombi w Lizbonie i po dopełnieniu miliona formalności mieliśmy piękne, nowe Reno Megane GT - wersja full sport. Nie sądziłam, że to powiem, ale samochód w kombi może być ładny! Nie był to z pewnością tatuśkowóz, który zawsze kojarzy mi się z umęczonymi matkami siedzącymi na tylnych siedzeniach i poirytowanymi tatusiami podkręcającymi radio. Jeśli ktoś ma kombi i jest inaczej – proszę wybaczyć moją opinię, ale nic na to nie poradzę :P. Po podróży do Portugalii jestem w stanie trochę mój osąd złagodzić, ale still - no nie :P. Dlaczego więc kombi? Skoro ani ja, ani Bartek nie piejemy za zachwytu nad tym rodzaje aut? Otóż miał to być nasz tymczasowy dom, na 3-4 noce :D. Jak zaplanowaliśmy, tak też zrobiliśmy. Podróż z Lizbony autostradą do pierwszego przystanku na zachodnim wybrzeżu pokonaliśmy w ekspresowym tempie. Może nie przez nadmierną prędkość – kultura jazdy portugalskich kierowców jest godna pozazdroszczenia i nikt nie szarżuje jak bałwan, bo dostał od starego samochód na 2 godziny i postanowił przejechać się z kolegami do Sopotu. Jest kulturalnie, z gracją i bez większego włażenia sobie w drogę. Pokonaliśmy tak szybko, ponieważ odległości w Portugalii są naprawdę małe. Aż sama byłam zdziwiona jak mały to jest kraj – na mapie tak nie wyglądał :P. Wybraliśmy trochę na chybił trafił pole namiotowe, na którym spędziliśmy pierwszą noc. Maty samopompujące, które jeżdżą z nami pod namiot, przyleciały tym razem trochę dalej. Śpiwór dzielony na dwójkę też dawał radę. Rozłożone siedzenia sprawiły, że żadne z nas nie musiało spać z podkulonymi nogami – słowem – bardzo porządny domek na kółkach. Jedyny męczący kejs – codziennie trzeba było wszystko składać, pakować, zamykać i upychać. Poza tym, spałam prawie tak samo jak w domu na naszym wielkim łóżku.
Na południu co parę kilometrów można znaleźć kamping, który zaplecze turystyczne znacząco odbiega od tych polskich. Nawet chałupy nie mają tyle do zaoferowania (chociaż kochamy je nieustająco i zdradzać nie zamierzamy). Jest basen, miejsce na grilla, market, łazienki, pralnia, plac zabaw dla dzieci, restauracja, a te lepsze zapewniają także wieczorne animacje. Kemping to dla nas był w zasadzie tylko późny wieczór – wczesny poranek, więc trudno jest odnieść się do ogólnego klimatu panującego w takich miejscach, ale jest to bardzo spoko opcja na spanie na południu Portugalii. Następnym razem weźmiemy jeszcze namiot i koniecznie – sztućce i talerze :P i będzie zupełnie przyzwoicie.
Bartek rozważał czy nie wlec ze sobą kajta i nie ćwiczyć umiejętności na Atlantyku. Zdecydowaliśmy się jednak tylko na lekcje surfingu. Fale na ocenie są większe niż na Bałtyku, ale mimo wszystko spot spotowi nie równy. Zdecydowaliśmy się na lekcje w okolicach Sagres. Sam surfing – matka sportów deskowych jest wymagająca. Fizycznie, umysłowo, wymaga gracji i elastyczności. Zupełnie inaczej niż na snowboardzie – gdzie technika w zasadzie wystarczy, kite – gdzie wuje z brzuchem też sobie świetnie radzą. Tutaj trzeba mieć mięsnie żeby podnieść się na desce, idealne wyczucie czasu i znajomość fali oraz grację i balans, które zapewnią, że nie zwalimy się z deski po 0,5 sekundzie. Mi bardzo to odpowiadało, pomio tego, że deska ciążyła niemiłosiernie, fale zalewały, a ich siła często kotłowała pod wodą dobre sekundy, woda była tak słona, że przed oczami pojawiały się nieskończone zastępy solniczek. Jestem zdecydowana, że chciałabym dalej kontynuować naukę, bo ćwiczona na jodze siła i gracja przekładają się na lepsze efekty. Oczywiście uczył nas Surfer o blond włosach – San – trochę Portugalczyk, trochę Norweg, którego spalona twarz i szeroka, umięśniona klata wskazywała, że surfing jest dla niego wyborem na cały rok, nie tylko przelotem, w trakcie wakacji.
Południe to plaże, plaże i jeszcze raz plaże. Piękne klify, szerokie, piaszczyste wybrzeże, gorące dni i chłodne noce. Mgła znad Atlantyku, lekki wiatr, skąpa roślinność. To wszystko składało się na piękny obraz, który zostawał pod powiekami w trakcie zasypiania. Można znaleźć plaże niemalże puste, do których dojazd jest trochę bardziej skomplikowany niż do plaży miejskiej. Są też i mega zatłoczone, ale za to jak piękne – np. malutka plaża w miasteczku Lagos, która nie różni się znacząco od plaży Maya Bay z Tajlandii, no może jest mniej zielona.
Na końcu naszej krótkiej, bo krótkiej ale intensywnej podróży po południu trafiliśmy do Lagos, które jest już nieco schowane w zatoczce Atlantyku (dlatego woda w okolicach Lagos jest już ciepła). Do Lagos przybył pierwszy transport niewolników. Abstrahując od tego haniebnego faktu, miasteczko jest śliczne. Sama starówka zachwyca wielkością, białymi budynkami, kamiennymi schodkami i uliczkami, gwarem, knajpkami.
Wisienka na torcie! The Ring <3
Wow, wow na koniec wyjazdu dostałam jeszcze pierścień! O tym, że niespecjalnie się spodziewałam świadczy stan moich paznokci – totalnie opłakany po kąpieli w słonej wodzie 😉. Bartek zaaranżował wszystko pięknie. Było wzruszenie, bajkowe miejsce, piękne słowa <3 Zaręczyny, których nie mogłam sobie lepiej wymarzyć (fakt, że ich wyobrażanie jakoś nie spędzało mi snu z powiek:P) ale było pięknie i przez to, Portugalia będzie już naszym miejscem, do którego z pewnością będziemy wracać, nieraz, nie dwa.
Portugalia jest sztosem. Europejskim, ale innym. Otwartym na innych, ale naznaczony pięknym saudade, które sprawia, że chce się go odkrywać fragment po fragmencie. Powoli, niespiesznie. Polecam <3 #magdagessler.