Jestem z tobą. Po raz kolejny. Zaciągam się na chwilę twardym aromatem twych perfum. Zaciągam się tobą. Jesteś gorszy od papierosów i o wiele bardziej wciągający niż narkotyki. Przez myśl przechodzi mi, że nie wymknę się tobie. Już nigdy. Oboje o tym dokładnie wiemy. Próbujemy udawać jednak, że nie.
Światło jest wyłączone. Jedynie blask ulicznych latarni pozwala rozpoznawać tonący w gęstym dymie kształt mej sylwetki. Moje ciało porusza się w rytmie lecącej w tle piosenki, a twoje na wpół przymknięte z zadowolenia oczy próbują za nim nadążyć.
Rozpływam się w gorącym klimacie pożądań i niedopowiedzeń. Zanurzam dłoń w nad wyraz puszystych dziś włosach i uśmiecham się do ciebie. Jakbyś odlatywał do świata fantazji i marzeń, zamykasz oczy i odwzajemniasz mój uśmiech. Świat dla nas już stracił znaczenie. Liczą się tylko dwoje.
Liczymy się wyłącznie my. Noc – jak miłość – zdaje się nie mieć końca. Na nieskazitelnie czystym blacie stołu stoją zagubione kieliszki i prawie pusta butelka białego wina. Na upalne i duszne lipcowe wieczory jest najlepsze. Schłodzone wino i rozpalone serca.
Jesteśmy stworzeni dla siebie. Ty dla mnie, a ja dla ciebie. Żeby podać w wątliwość swoje światopoglądy. Żeby zakwestionować posiadanie osobowości. Żeby raz na zawsze zburzyć swoje wszechświaty. Żeby zaistnieć jak jedna całość w prózni niebytu.
Zapomnijmy swoje imiona i wyciszmy swoje głosy. Pogrzebmy swoje ciała i zacznijmy rozumieć się bez słów. Splecionymi dłońmi zerwijmy w końcu kurtynę, zakrywającą od nas bezkresny horyzont przyszłości. Odkryjmy dla siebie nieskończącą się drogę w wieczność.