Skity – to nie tylko przerywniki w rapie, ale i "odosobniona pustelnia mnichów pragnących prowadzić życie surowsze niż w monastyrach". Wiersze obfitują w symbolikę piwnic, kompostu i chłodu kontrastujących z wysokimi temperaturami. Podmiot zaś, jakoby w konsekwencji, przenosi się do obszaru samotności i powściągliwości, trawienia i wypluwania szczątków po przemieleniu w języku "glocka". Robi wrażenie, jakby przerywał Wielki Projekt i na nowo konstytuował doświadczenie. Książka w duchu zdecydowanie jest a posteriori. Nie jest deklaratywna! Raczej mocno przepracowuje "ohydne architektury". Nie ma w niej również wystrzałów; jest za to dojrzała epistemologiczna refleksja. Najbardziej podoba mi się skit ///, swoją drogą to jest typ Galusowego wiersza też po prostu, trzy dystychy, pisane dwunastozgłoskowcem:
Oto ciało — całe sakwy szmalcowników.
Imię znalezione w przypuszczalnym miejscu.
Prowadzę się powoli, ale do celu.
O wiele za długo? Według kogo, rybko?
Pełne sieci implantów, przeładowane
jamy dzików, równina jak okiem sięgnąć
Udany tomik! Więcej za jakiś czas: szykuje się nowa recenzja
Convivo Anna Matysiak
Kamil Galus


















