Rogi.
Z pełnym szczacunkiem, szacunkiem, usraniem i uznaniem, nieraz mnie ratowały i straszyły. Mogłam podciąć sobie na nich żyły, ale moje rogi znajdują się na wprost kątów, więc nie wypadało tak niegrzecznie i obscenicznie zmieniać towarzystwo. Zwłaszcza, że plecy lepiej przylegają do kątów. Bez dyskryminacji, bo na rogach można doskonale rozbijać głowę. W ogóle, za rogiem łatwiej się schować, łatwiej wystraszyć. Się.
Jestem senna. Chciałabym się zapaść w siebie, zazębić, zamięśnić, zaskórzyć, skurczyć i tak popełznąć na wspak w jakąś szparę. Może tam odnajdę wiarę, bo jak na razie karmią mnie naiwnością w przebraniu nadziei. Ale za to jakim! Sprany co prawda w Dosi, ale za to wszystkie dziury zaszyte aksamitem, plam nie widać, bo cekiny i brokat jebią po oczach.
Niech wypierdalają.
W przerwie między mną, a mną pozwolę sobie zrzygać się na siebie i wszystko wkoło. Pozwolę sobie puścić krew z nosa, obciąć powieki, powyrywać zęby i w ogóle, zesrać się. Gdy już poczuję, że udało mi się jako tako wywrócić na lewą stronę, ukłonie się i subtelnie sobą pierdolnę.
Czas na anegdotkę: Kiedyś pająk wpadł mi do kieliszka z resztką trampka. Upierdolił się i zmarł, ale to chyba i tak lepsze niż zmiażdżenie kapciem. Koniec.
Tak to sama chciałabym, ale nie mam tak dużego kieliszka. Każda śmierć powinna być inna dla każdego, może wtedy zabrakłoby jej ze względów technicznych. Może powołaliby jakieś ministerstwo do spraw organizacji zgonów swoistych. Albo limity. ‘Przepraszamy, ale przekroczył pan limit zgonów w wypadku pod walcem, proszę ten bilecik zatrzymać i zgłosić się do nas w styczniu w następnym dziesięcioleciu’ - jakbym słyszała panią z rejestracji w naszym ośrodku zdrowia. Ile smrodu narobiłoby się, biedni samobójcy i tak mają zwykle ciężki wybór, a tu jeszcze trzeba by się śpieszyć z decyzją, żeby nie przekroczyć limitu, bo już ktoś wpadł na ten sam pomysł, żeby nażreć się tyle masła orzechowego, żeby się zapowietrzyć (ja). Czasadzka. Nie cierpię pająków, ale tamten coś we mnie ruszył.
Nie, nie jestem jebnięta, strumień świadomości. Samo to pojęcie powoduje u mnie rumień zawstydzenia, bo siedzi jeszcze we mnie chemia i gdzieś tam ja, za daleko by dosięgnąć. Skąd więc (…)
P.















