Historia Postaci IV : Mroczni Bracia, wspólna historia Sinetha i Roctussa
Wszyscy zasiedli do biesiady. Pomimo niezręcznego pierwszego wrażenia, drużyna szybko przyjęła nowych członków do swojej grupy.
- To miło z waszej strony, że dołączyliście do naszego duetu – uśmiechnął się Sineth podają kawałek kurczaka Karrafowi
- My do was? Zapomnij. To wy dołączyliście do mojej drużyny! – oburzył się Flinar
- Twojej drużyny?! – krzyknęli jednocześnie Wendy i Karraf i zaczęli się śmiać
- Taki z ciebie przywódca jak ze mnie baletnica – stwierdził krasnolud ocierając twarz z łez spowodowanych śmiechem
- Proszę cię, już ja jestem bardziej męska od ciebie – wyrechotała czarodziejka leżąc ze śmiechu na podłodze
- Dobraaa tam… Nie ma przywódcy, myślimy razem i każdy będzie zadowolony – oznajmił flegmatycznie Roctuss
- Myślimy wszyscy, ale ty księżniczko nie musisz – kontynuował łotrzyk wypowiedź brata
- Ej co to ma znaczyć!? Bo co bo jestem kobietą to nie mam prawa decydować o drużynie?
- Spokojnie Wendy, mówiłem raczej do tego obok – Sineth uśmiechnął się i wskazał na Flina
- Ej! Co to niby miało znaczyć? – oburzył się młodzieniec
- Oj, nie złość się. Złość piękności szkodzi, a ty księżniczko nie masz zbytnio czym szaleć – uspokajał go elficki krasnolud
- Skończmy się kłócić i wznieśmy toast za powstanie naszego przymierza! – krzyknął Karraf
Wszyscy wstali i podnieśli puchary z winem – Zdrowie! – krzyknęli wszyscy jednogłośnie po czym usiedli. Wszyscy, z wyjątkiem barda, otarł usta i uśmiechnął się.
- Co wy na to abym trochę pośpiewał?
- Dajmy Karrafowi trochę więcej wina i sam zacznie śpiewać – odpowiedziała Wendy patrząc jak krasnoludowi z każdym pucharem poprawia się humor, na co on nie zareagował.
- Jesteś bardem, śpiewaj! – powiedzieli jednocześnie bracia
I tak bard zaczął nucić pieśń o dość umiarkowanym tempie, której melodia łatwo dawała się zapamiętać i wystukać obcasem. Po czym wszyscy usłyszeli jego barwny głos w cudnej piosence:
-♫Żegnajcie nam dziś, o elfie dziewczyny,♪ ♫Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów,♪ ♫Ku brzegom tych smoczych już ruszać nam pora,♪ ♫Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów.♪
Wiele zwrotek minęło nim skończył. Wszyscy oniemieli słysząc tak niesamowity głos od kogoś kto z „niesamowitym” ma tyle wspólnego co dzień i noc. Wszyscy byli brawo, po czym Wendy wstała i oznajmiła.
- Idę do swojego pokoju. Mam na dzisiaj dość wrażeń. Wyruszamy o świcie więc wam też radzę się przespać.
- Ja idę do spiżarni. Może jeszcze znajdę coś do jedzenia – oznajmił wojownik
- Patrząc jak chwiejnym krokiem idzie, to pewnie nie wróci tu przed świtem – powiedział Sineth, po tym jak krasnolud już wyszedł z sali – A właśnie księżniczko, a co się stało z twoją lutnią? Pamiętam, że miałeś ją jeszcze w mieście.
- Została zniszczona podczas walki z goblinami. Wykidajło przyjął całe uderzenie bełtu, rozłupując się na pół ale przynajmniej uratował mi życie.
- No to patrz co dla ciebie mamy – ucieszył się Roctuss
- Znalazłem to w piwnicy. Niby zwykły flet, ale ma na sobie jakieś dziwne runy, a mój brat twierdzi, że jest magiczny. Może za pomocą magii odganiali szczury? Chcesz go? – Sineth podszedł wręczając mu flet.
Poręczny, drewniany Flet Pana, zbudowany z pięciu drewnianych rurek o różnych długościach, z czego na czterech najdłuższych widniały otwory na górze a na najmniejszym był tylko jeden otwór pod spodem na kciuk. Wszystko było starannie obwiązane jakąś mocną linką nieznanego pochodzenia, która służyła jednocześnie do wygodnego noszenia na szyi lub zawieszenia na jakimś haku. Najbardziej zastanawiały Flina runy. Stare, niezbyt starannie wyryte jakimś ostrym narzędziem lub pazurem zwierzęcia. Po jednej runie na każdej części instrumentu.
- Dzięki, może nie jest to jakiś porządny instrument ale zawsze coś. Dziękuje wam.
Siedzieli jeszcze długo przy stole, jedząc i rozmawiając na różne tematy. Flin opowiedział też swoje przygody z Karrafem i Wendy, starając się skracać jak najbardziej, pamiętając jak wszyscy reagują na jego gadulstwo.
- No kawał historii, wartej zapamiętania – przyznał skrytobójca
- Ale naszej i tak nic nie przebije – rozsiadł się wygodnie podróżny kapłan, rozpierany z dumy
- A właśnie. Może byście byli tak łaskawi mi ją opowiedzieć. Nie chciałem poruszać tego tematu przy tamtej dwójce, bo oni się od razu burzą i mają mi za złe moją ciekawość.
- W sumie czemu by nie. Księżniczka jest zainteresowana naszą historią to wypadało by ją opowiedzieć. Chcesz zacząć? – spytał Roctuss brata
- Czemu nie? Widzisz, może Cię to zaskoczy ale nie jesteśmy rodzonymi braćmi – zaczął Sineth z głupim uśmiechem, na co Flin zareagował miną pełną irytacji i w jego oczach było widzieć sarkastyczne docinki „Żartujesz sobie? Naprawdę? No nie domyślałem! Jak to możliwe?” – Tak wiem, wszystkich to zawsze szokuje. Tak czy siak. Odkąd tylko pamiętam, wychowywali mnie skrytobójcy. Nie wiedziałem, skąd pochodzę ani kim są moi prawdziwi rodzice. Mentorzy trzymali mnie pod ścisłą dietą. Dniami i nocami przechodziłem mordercze treningi. Wspinaczka na śliskiej ścianie, lekcje akrobatyki, na belkach otoczonych metrowymi szpikulcami. Jeden zły skok i spadałeś na kolce. Wielu nie przetrwało takiego treningu. Ale przynajmniej ja żyję i potrafię to i owo – z uśmiechem i łatwością zrobił gwiazdę i przewrót w tył, po czym złapał się za usta, przypominając sobie, że akrobacje nie powinno się stosować po tak dużym posiłku – Ups. Wracając. Morderczy trening nie miał prawie końca, a jeżeli się kończył to zaczynało się faszerowanie starymi ziołami. Całe ciało przeszywał ból, ale przynajmniej żadna naturalna czy sztuczna trucizna mi nie grozi. Po przygotowaniu ciała przez treningi i oczyszczeniu go za pomocą ziół, można było przystąpić do nauki walki. Po dwóch latach ciężkiego treningu niemal każdy przedmiot stawał się bronią w moich rękach. Miałem chyba czternaście lat gdy myślałem, że po tylu latach treningu i diety w końcu dostanę pierwsze zlecenie. Ale nieee… Bo po co? Kolejne dwa lata spędzone na jakiś nudnych sprawach, otwieranie zamków, kradzież kieszonkowa, zakładanie i rozbrajanie pułapek, a także robienie trucizn i petard. Dopiero mając szesnaście lat mogłem zwać siebie skrytobójcą. Na znak przyjęcia w szeregi, przekłuto mi uszy i dano mi srebrne kolczyki z symbolem gildii. Później kolejne dwa lata spędziłem, na bardziej praktycznych rzeczach. Zleceń było masa. Każdego tygodnia coś nowego. Młodzi, starzy, bogaci czy biedni, kobiety i mężczyźni. Nawet rasa nie miała dla mnie znaczenia. Mój zakon nauczał, że żadne życie nie ma wartości, do póki ktoś nie poda ci ceny jego zakończenia. Wszystko było świetne i naprawdę przyjemne. Ale potem dostałem nietypowe zlecenie. Miałem przyjąć towar i zawieźć go z powrotem do gildii. Wszystko by było w porządku, gdyby nie fakt, że były to niemowlęta. Tuzin, może mniej. Uśpione jakimiś medykamentami. Gdy tylko wróciłem spytałem przełożonych „Co to jest? Po co nam niemowlęta?” Jedynie usłyszałem, że „To nowi rekruci, każdy tutaj tak zaczyna, bez wyjątku”. Coś mi zaczęło tu mocno śmierdzieć. Zawsze mi powtarzano, że mnie uratowano w wieku sześciu lat z jakiegoś pożaru i nikt inny nie przeżył. Jako cudownie uratowana sierota, z przyjemnością słuchałem moich przełożonych. W końcu byli dla mnie rodziną, a czego nie robi się dla rodziny. Problem był taki, że ja wszystkiego się dowiedziałem. Nie byłem sierotą, tym bardziej biedną i bezbronną. Zostałem porwany już za młodu. Stwierdziłem, że tak być nie może. Wróciłem do pokoju i od razu planowałem moją ucieczkę. Pierwsze co to wyciąłem sobie te tandetne kolczyki – Sineth wskazał na małe rozcięcia na swoich uszach w kształcie trójkątów - wyskoczyłem przez okno, wsiadłem na swojego konia i odjechałem. Z początku czułem się taki wolny. Wolny jak ptak. Ptak, który wleciał prosto w sidła. Wyjechałem z najbliższej wsi i złapali mnie moi przełożeni. Zamknięto mnie w lochu gildyjnym. Długimi godzinami torturowano i biczowano mnie. Kilka dni spędziłem o pustym żołądku. Chyba po tygodniu lub dwóch nadarzyła się okazja. Większość z osób z gildii było na zleceniach. Ze mną zostali tylko najmłodsi i rekruci. Udawałem martwego tak długo, aż dwójka strażników nie weszła do mojej celi. Wtedy szybkim ruchem, założyłem jednemu nogi na kark i skręciłem go bez żadnego wysiłku, gdy podbiegł następny rekrut z nożem, kopnąłem jego rękojeść a młodzik zginął raniony prosto w krtań. Może byłem mało subtelny ale przynajmniej skuteczny. Potem wystarczyło chwycić bosą stopą klucze, podnieść je na wysokość dłoni i odpiąć kajdany. Zabrałem sztylety i ruszyłem tak szybko jak tylko się dało. Podróżowałem pieszo, by nie zostawić żadnych śladów. Podróżowałem długo na południe aż nie natrafiłem na piekielne piaski pustyni Narashiel. Wędrowałem tak po pustyni aż nie natrafiłem w końcu na niego – wskazał na Roctussa – leżał, obdarty przy jakiś dziwnych orczych runach.
- Ej, czekaj. Teraz moja kolej – powiedział elficki krasnolud dość mocno podchmielony – Bo mu się jeszcze coś pogubi. Tak więc księżniczko jak pewnie wiesz od wielu pokoleń trwa wielka wojna na południu. Ludzie, elfy, krasnoludy i orki toczą bój o ten skrawek pustyni. Ludzie twierdzą, że znajduje się tam jakaś tajemna moc spełniająca każde życzenie. Coś w tym może i było by z prawdy, gdyby nie fakt, że nigdy takie coś nie zostało potwierdzone. Podobno tylko jeden człowiek, znalazł jakąś jaskinię gdzie czaiły się najstraszliwsze koszmary, rodem ze snu Molusa. Podobno na końcu jest tajemnicze jeziorko, które sprawi to co tylko sobie wymarzysz. No ale chłop jedyne o czym w tamtym momencie marzył to powrót do domu. Wtedy opowiedział o tym wszystkim i zrobiło się takie wielkie halo, a ludzie zaczęli się osiedlać coraz bardziej na pustyniach. Krasnoludy, przybyli tam jako drudzy. Martwiąc się, że ludzie planują na nich inwazję sami chcieli temu zaradzić i ruszyli na nich. Rozumiesz? Błahostki, głupota i niezrozumienie. Na domiar złego nagle wybiegły elfy z lasu krzycząc, że ta ziemia jest przeklęta i skłóca tylko ze sobą rasy i tworzy plugastwa i trzeba ją oczyścić. No i wisienka na szczycie tego placka. Orki. Cała chmara, która jako pierwsza zamieszkiwała te tereny. Wielkie plemię koczownicze, które pielgrzymuje za swoim bóstwem. Tak przynajmniej twierdzą ich kapłani, mimo, że nie spotkali nigdy swojego bóstwa. No cóż. Taka od głupia wojna, nadążasz? Świetnie. No i wyobraź sobie, że prawdopodobnie jakiś krasnolud, dorwał jakąś elfkę i wygrzmocił ją jak chciał. Ta na nieszczęście zaszła w ciążę. Żeby nie zawstydzić rodu ukryła się w wiosce ludzi i tam też mnie urodziła, z czego wkrótce po tym zmarła. Wychowywałem się na ulicy. Unikano mnie jak ognia. Jak zarazy. Tułałem się po ulicach pustynnego miasta w poszukiwaniu chleba, lub czegokolwiek innego. Udało mi się tak przeżyć z dobre szesnaście lat. W pewnym momencie pozwolono mi nawet zostać piekarzem w dzielnicy biedy. Dało się z tego jakoś żyć. Nie mówię, że dobrze żyłem ale to zawsze coś. Do dziś mam przy sobie mój ulubiony wałek do ciasta – Roctuss wyciągnął zza płaszcza kawałek drewna z uchwytem tylko z jednej strony – Co prawda jako wałek to już się nie nadaje ale jako obuch to się sprawdza świetnie. Tak czy siak, po dwóch latach zamknięto moją małą piekarnię a ja musiałem się wynieść z miasta. Niektórzy twierdzili, że przynoszę pecha i zarazę. No ale co ja zrobię, za to jakim się urodziłem? Wyruszyłem z karawaną kupiecką na północ. No i wtedy się zaczęło. Wielka burza piaskowa, trwała niemal od samego ranka do wieczora. Nie miałem szans na przetrwanie, biorąc pod uwagę, że wielbłąd, niosący cały mój dobytek uciekł za karawaną jak rozpoczęło się piekło a ja z niego spadłem. Myślałem, że zginę. Po całym dniu marszu byłem wycieńczony i obolały. Padłem na ziemię i myślałem, że umieram. Wtedy tylko kątem oka zobaczyłem potężny cień jakiejś postaci, po czym straciłem przytomność. Gorąc słońca wziął nade mną, a brak wody, tylko mu pomógł. Jednak nie umarłem. Co więcej gdy się obudziłem obok mnie była niewielka oaza, ni stąd ni z owąd, mogę przysiąść na wszystko, że wcześniej jej tu nie było. Najedzony i napojony kontynuowałem swoją podróż na północ. I nagle słyszę orków. Jadą na jakiś dzikich bestiach. Słychać ich było z daleka, myślałem, że to mój koniec, więc położyłem się na ziemi i czekałem na śmierć. Znowu straciłem przytomność, a gdy się obudziłem to widziałem już tylko jego obok siebie – elficki krasnolud wskazał na łotrzyka – i ten dziwny krąg runiczny. Wtedy zrozumiałem, że zostałem wybrańcem Grrosha. Kto wie, może zostałem wybrańcem by skończyć wojnę?
- Tak czy siak teraz podróżujemy razem. Ja chcę wybić każdego z gildii, łącznie ze stałymi klientami, a mój braciszek chce zakończyć wielką wojnę na południu. Podróżowaliśmy trochę i mieliśmy parę przygód. Wtedy poznałem na co stać kapłana Grrosha. Nigdy nie denerwuj mego brata. To może się źle skończyć. Później się rozdzieliliśmy na chwilę, z czego on został w naszym obozie a ja zostałem złapany przez strażników Siwej Stajni. Początkowo zgubiłem ich w mieście i tam spotkałem ciebie
- Okradłeś mnie – popatrzył na niego Flin ze wściekłością
- Tak, tak. Potem złapali nas razem, a jak znowu im uciekłem…
- Znowu mnie okradłeś
- … To wróciłem się po brata i razem ruszyliśmy tutaj – dokończył wreście Sineth.
Wszyscy wstali wreszcie i zdecydowali, że przyszła pora na odpoczynek.
















