Niełatwo dziś było wygrać z mikołajowymi prezentami! Musiałam uciec się do podstępu, żeby odciągnąć dzieci od worków ze słodyczami oraz wymarzonych zabawek i zabrać je na bieg, gdzie nasz klub miał uRATować Mikołaja. Zmuszona byłam obalić setki argumentów – że zimno, że ciemno, że deszcz i Ksawery oraz że Furby nie może sam zostać w domu! I to w taki sposób, żeby chłopcy jechali tam w przekonaniu, że o niczym innym nie marzą ;) Koniec końców - udało się. Zapakowałam podekscytowane dzieci i ich nowych, zabawkowych przyjaciół do auta i pojechałam z Nimi wszystkimi na Stadion Olimpijski. Grupka biegaczy, którym nie straszna pogoda, już czekała w umownym Biurze Zawodów. Adrian, zapalony sportowiec, który swoim zapałem i wiarą w swoje możliwości mógłby obdarować co najmniej połowę populacji swoich rówieśników ( a tym drugim nie pogardziłaby również jego własna matka) z wypiekami na twarzy nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie padnie: gotowi, do startu… Postanowił oczywiście być pierwszy, przynajmniej w swojej kategorii wiekowej ;) Wręczono nam koszulki klubowe i ruszyliśmy na przekór orkanowi. Bieg miał formułę koleżeńską - ot kilka kilometrów z przyjaciółmi w miłej atmosferze wokół toru żużlowego, który znajduje się na terenie Stadionu. Pomyśleć by można, że nic nadzwyczajnego nie ma prawa się wydarzyć… Biegniemy zatem. Adrian z przodu, poganiając co chwilę swojego starszego brata. Trochę się boi wyjść na czołówkę, bo ciemno, a on nie zna trasy. Po chwili Kacprowi zachciało się siku. Zatrzymujemy się na moment, podczas którego grupa odbiega w ciemność. Tupot nóg zagłusza wiejący orkan. Biegniemy, w wydaje się, jedynie słusznym kierunku. Długo nie możemy dogonić reszty. W końcu w świetle latarni zaczynają majaczyć dwie biegnące postacie. Przyśpieszamy, doganiamy ich. Są ubrani na sportowo - na pewno to uczestnicy biegu! Podążamy za nimi jakiś czas. Para sportowców odwraca się co jakiś czas nerwowo w naszą stronę, szepcąc coś między sobą. Najwyraźniej jest im nie w smak, że się za nimi ciągniemy. O co może im chodzić? Oglądam dzieci i siebie w poszukiwaniu jakiejś gigantycznej dziury w spodniach, czy czegoś w tym rodzaju, ale nic takiego nie znajduję. W końcu ludzie przed nami zatrzymują się i pytają, czy jesteśmy uczestnikami TEGO biegu. Przytakuję nieco bardziej energicznie, niż powinnam, bo już przeczuwam coś, co mi się na pewno nie spodoba. A tym bardziej mojemu synowi z wielkimi aspiracjami… - Oni pobiegli gdzieś tam! - wskazują w ciemność - my tylko tak sobie biegamy. I odbiegli. Wielkie, adrianowe oczy wpatrują się we mnie z oczekiwaniem i zniecierpliwieniem, a ja oczywiście już wpadłam w panikę i nie wiem, gdzie jestem. - Mamo, no biegnijmy! - Dobrze, Synku, tylko dokąd??? Nie mam zielonego pojęcia. Lepiej wracajmy tam, skąd przybyliśmy. Tylko gdzie to było…?
Dzieci widząc wyraz mojej twarzy, który jest im doskonale znany i który oznaczać może tylko jedno - zgubiłam się, wpadłam w popłoch i nie wiem, co robić - wskazały mi drogę do biura zawodów. Kiedy przybyliśmy na miejsce, mój mały sportowiec stanął przede mną i z żalem w głosie oznajmił, że przeze mnie nie wygrał. To już drugi raz, kiedy zmarnowałam mu karierę sportową. Za pierwszym wysłuchałam wykładu na temat wyższości klubu WKS Śląsk Wrocław (w którym pragnie grać) nad GKS Mirków (w którym gra) oraz nad jego zmarnowaną życiową szansą, kiedy okazało się, że z powodu godzin pracy, nie jestem w stanie dostarczać go na wymarzone treningi. Zawstydzona swoją orientacyjną ułomnością, opowiedziałam Trenerowi, który zapytał co się stało, o zaistniałej sytuacji.
Całe szczęście uRATowany Mikołaj rozdawał prezenty, które odrobinę osłodziły Adrianowi gorzki smak porażki, a mi żenady :) Pocieszające jest jedynie to, że czasem trzeba się zgubić, żeby się odnaleźć. W powiedzeniu tym martwi mnie jedynie słowo "czasem"... :)