[Na bieżąco] Osobowości Romy: Koncert Britneya Spearsa
Wreszcie zrozumiałam o co chodzi fandomowi WWRY z tym Britem. W samym spektaklu mnie nie zachwycił (choć doceniam świetny głos wykonawcy), ale na swoim własnym koncercie był naprawdę porywający.
Charyzmatyczny, pełen energii, cieszący się każdą chwilą i każdą nutą, całkowicie zachwycony muzyką, taki właśnie był dziś Kamil Franczak podczas swojego koncertu. Ale był też zdziwiony, że tyle osób przyszło go posłuchać, co wydaje mi się nieco dziwne. To oczywiste, że przyszliśmy.
Muzyka i teksty piosenek: Glen Hansard i Markéta Irglová
Na podstawie filmu według scenariusza i w reżyserii Johna Carneya
Reżyseria: Wojciech Kępczyński
Kierownictwo muzyczne: Jakub Lubowicz
Choreografia: Agnieszka Brańska
Tłumaczenie: Michał Wojnarowski
Scenografia i reżyseria świateł: Mariusz Napierała
Kostiumy: Anna Waś
Fryzury: Jaga Hupało
Projekcie: Adam Keller
Występują: Marta Masza Wągrocka, Natalia Krakowiak, Anastazja Simińska, Mariusz Totoszko, Paweł Mielewczyk, Marta Zalewska, Aleksandra Świdzińska, Oliwia Skrzypczyk, Michał Chwała, Daniel Zakościelny, Kamil Owczarek, Patryk Rogoziński, Malwina Misiak, Martyna Chojnacka, Kamila Szalińska–Bałwas, Angela Gołaszewska-Dziołak, Ewelina Osowska, Bartosz Szpak, Paweł Izdebski, Karol Dziuba, Wojciech Dmochowski, Przemysław Redkowski, Wojciech Zalewski, Jacek Wąsowski, Artur Gierczak, Krzysztof Bartłomiejczyk, Marcin Murawski, Wojciech Pulcyn, Helena Chrzanowska, Maria Redkowska, Marta Perzyna
Tekst na podstawie spektaklu z 12 marca 2024
Jak wiele hitów sceny musicalowej, „Once” zaistniał najpierw jako film i natychmiast zebrał całkiem niezłe recenzje. Natomiast piosenka „Falling Slowly” zapewniła parze kompozytorów Markécie Irglovej i Glenowi Hansardowi Oskara, jednocześnie torując im drogę na Broadway, gdzie już trzy lata później zadebiutowała wersja sceniczna musicalu, którą od ładnych kilku lat możemy też oglądać w warszawskim Teatrze Roma.
"Once” opowiada historię znajomości dwojga ludzi, którzy w kilka dni zmienili swoje życie: na dublińskiej ulicy spotykają się zrezygnowany Facet (Paweł Mielewczyk) i charyzmatyczna Dziewczyna (Natalia Krakowiak). On właśnie po raz ostatni gra piosenkę, którą napisał dla swojej Eks (Kamila Szalińska-Bałwas) zanim zrezygnuje z muzyki i odda się całkowicie pracy w serwisie z odkurzaczami należącym do jego ojca (Wojciech Zalewski). Ona uznaje, że Facet po prostu nie może porzucić marzeń i postanawia za wszelką cenę pomóc mu je urzeczywistnić. Dzięki charyzmie i pogodzie ducha w kilka dni udaje jej się zorganizować mu nagranie płyty i popchnąć jego życie na zupełnie nowe tory.
Tu trzeba zauważyć, że mimo początku prosto z komedii romantycznej, “Once” zachowuje realizm. Nie znajdziemy w nim cukierkowego zakończenia, lecz prawdziwą, realistyczną historię, która mogłabym wydarzyć się wszędzie. To właśnie stanowi jej największą siłę i powoduje u widowni tak wielkie emocje. Warto jednak zauważyć, że spektakl sprawnie przeplata te poważne tematy z humorem.
„Once” to musical o tyle nietypowy, że grający w nim aktorzy są jednocześnie orkiestrą, nic więc dziwnego, że znalezienie odpowiedniej obsady to nie byle jakie zadanie. Teatrowi Roma udało się zgromadzić na Novej Scenie niezwykle utalentowanych ludzi, którzy perfekcyjnie radzą sobie z materiałem źródłowym.
Dziewczyna w wykonaniu Natalii Krakowiak to postać z bajglem, wyróżniająca się ogromną charyzmą i urokiem. Jej niezmącony optymizm i umiejętność zjednywania sobie ludzi sprawiają, że wydaje się niepokonana. A jednak im więcej się o niej dowiadujemy tym bardziej dziwimy się skąd bierze się ta pogoda ducha. Krakowiak jest w tej roli wspaniała, pokazuje zarówno kręgosłup ze stali, jak i niesamowitą wrażliwość.
Paweł Mielewczyk zaczyna spektakl jako zgorzkniały, zmęczony życiem człowiek, który nie wątpi, w życiu spotka go jeszcze coś dobrego. Z każdą sceną nabiera jednak chęci życia. To poeta i romantyk, który boi się zacząć naprawdę żyć. Nie umie podjąć drastycznej decyzji, ale gdy już zrozumie czego chce, potrafi poruszyć niebo i ziemię, by to osiągnąć. Mielewczyk promienieje chłopięcym urokiem i czaruje ciepłym uśmiechem. Szczególnie urocze są jego interakcje z dziewczynką grającą Ivonkę.
Krakowiak i Mielewczyk świetnie sprawdzają się też w roli scenicznych partnerów. Widać, że aktorzy świetnie się znają i mają do siebie ogromne zaufanie, co sprawia, że ich interakcje w sztuce wypadają bardzo naturalnie. A ponieważ relację ich postaci buduje się głównie na muzyce, a sceny, gdy się dotykają można policzyć na palcach jednej ręki, każda staje się o wiele mocniejsza.
Na drugim planie jest równie dobrze. Wojciech Zalewski to ojciec jakiego każdy chciałby mieć, ciepły, czuły i wspierający. Oliwia Skrzypczyk w roli Rezy zachwyca zarówno anielskim głosem, jak i wspaniałą pewnością siebie. Karol Dziuba to uroczo zabawny Billy. Martyna Chojnacka jako Baruska jest zarówno opiekuńcza, co przerażająca. Artur Gierczak (Bankowiec) perfekcyjnie udaje, że nie umie śpiewać. Pozostali artyści mają mniejsze role, ale każdy jest integralną częścią spektaklu i każdy błyszczy na swój własny sposób.
Warto zwrócić uwagę na detale, na przykład Kamilę Szalińską-Bałwas, która w roli Byłej Faceta praktycznie nie znika ze sceny, stale przypominając o swojej obecności. Dla porównania mąż Dziewczyny nie pojawia się ani na chwilę, to Ivonka służy za przypomnienie, że Dziewczyna ma inne zobowiązania.
Muzycznie “Once” jest wręcz fascynujący, W każdej nucie słychać Irlandię. Są piosenki komiczne, są takie, przy których ciężko się powstrzymać od tupania w rytm, ale też chwytające za serce ballady. Spektakl podkreśla potęgę muzyki, która przekracza bariery i łączy ludzi. Wszystkie utwory fenomenalnie działają na scenie, szczególnie tak małej jak Nova Scena Teatru Roma, gdzie ma się aktorów na wyciągnięcie ręki.
Aktorzy noszą ubrania, które spokojnie moglibyśmy zobaczyć na ulicy. Anna Waś zaprojektowała kostiumy skutecznie pokazujące wiek i status społeczny postaci, a przy tym zachowujące realizm. Jednocześnie, to stroje ponadczasowe, dzięki czemu spektakl nie starzeje się aż tak bardzo.
Efektu dopełnia świetna choreografia Agnieszki Brańskiej, która wielokrotnie nawiązuje do tradycji irlandzkiej. Szczególnie imponująco wypadają sceny tańca z instrumentami. Wystarczy, by aktorzy zaczęli stopami wybijać rytm o drewnianą podłogę, by po całej sali poniosła się trudna do podrobienia energia. I choć w „Once” nie opada żaden żyrandol, ani nie startuje helikopter, pierwszy akt kończy się naprawdę epicko. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak atmosfera narasta z każdą osobą, która powstaje, by dołączyć do śpiewającego na platformie Faceta. Widownia czuje się jak w dublińskim pubie, a nie w teatrze.
Jeśli chodzi o tłumaczenie, to Michał Wojnarowski stanął na wysokości zadania. Piosenki perfekcyjnie oddają znaczenie oryginału, jednocześnie zachowując jego melodykę i po prostu świetnie brzmiąc po polsku. Niestety, choć niosą ze sobą ogromną dawkę emocji, utwory piosenki pozostawiają wiele do życzenia. Z dwoma wyjątkami raczej nie wpadają w ucho, a pozbawione atmosfery budowanej na scenie nie robią nawet w połowie takiego wrażenia jak powinny.
Mam też mieszane uczucia co do projektora i wyświetlacza zawieszonego na ścianie. Oba wydają mi się zbędne. Konfundują też czeskie napisy wykorzystane w niektórych rozmowach prowadzonych po polsku. Rozumiem, że chciano zasugerować użycie czeskiego przez bohaterów, ale naprawdę dało się to zrobić lepiej, szczególnie biorąc pod uwagę podobieństwo polskiego i czeskiego.
Mogłoby się wydawać, że realistyczny musical to oksymoron. Że po prostu nie może istnieć. Jak sztuka, w której ludzie w losowych momentach zaczynają śpiewać do granej znikąd muzyki może być realistyczna? Każdemu kto tak sądzi radzę wybrać się na “Once” w Teatrze Muzycznym Roma. To nie spektakl idealny, ale z pewnością bardzo realistyczny. Tu nie ma wydumanych problemów czy zwrotów akcji, tylko zwykła historia zwykłych ludzi i zakończenie jakich wiele. I może właśnie dlatego to tak poruszający spektakl.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna,
Występują: Katarzyna Zielińska, Ewa Konstancja Bułhak, Magdalena Smalara, Kacper Kuszewski, Marcin Przybylski, Marcin Januszkiewicz, Maciej Maciejewski
Tekst pisany na podstawie spektaklu z 23 czerwca 2024
W niedzielę 23 czerwca pożegnaliśmy tytuł, który 138 razy zmienił Novą Scenę Teatru Muzycznego Roma w Nowy Jork z okresu prohibicji. Spektakl dość kameralny, w którym pojawia się zaledwie czworo aktorów, ale przy tym zrealizowany z większym rozmachem niż można by się spodziewać.
“Prohibicja” to zbitek scen pokazujących realia życia w Nowym Jorku, gdy alkohol był na wagę złota, a ulicami rządzili gangsterzy. Tu mieszkają Smokey Joe (Kacper Kuszewski), Adele Coucou (Katarzyna Zielińska), Gentleman Jim (Marcin Przybylski) i Dora Brown (Ewa Konstancja Bułhak), ludzie, którzy w zrobią wszystko, by przeżyć w mieście, które nigdy nie śpi, a może nawet wykorzystać realia, by osiągnąć sukces. Spektakl porusza tematykę zawiedzionych nadziei, okrucieństwa gangsterskiego życia, imigracji czy rasizmu.
Kacper Kuszewski od pierwszej sceny dał się poznać jako prawdziwe zwierzę sceniczne. Zachwycała jego niespożyta energia i charyzma, nie mówiąc już o niesamowitym zakresie wokalnym. Zupełnie nie dziwi mnie czemu nie miał w tej roli zmiennika, mało kto dałby radę podołać takiemu zadaniu, a Kuszewski wykonywał je z porażającą łatwością.
Katarzyna Zielińska w roli Adele mogła się pokazać zarówno jako świetna wokalistka, jak i aktorka. Miała do zaśpiewania zarówno najzabawniejszą piosenkę w spektaklu, jak i tę najbardziej rozdzierającą. Błyszczała w obu, a dzięki niewielkiemu rozmiarowi Novej Sceny mogliśmy podziwiać jej mistrzostwo z bardzo bliska. Dodatkowo widać było, że “Prohibicja” to spektakl bliski jej sercu i że wkładała w niego całe serce.
Marcin Przybylski to cudowny Gentelman Jim, niebezpieczny, aczkolwiek czarujący, pokazywał ludzkie oblicze gangstera, który po powrocie do domu zamienia się w zupełnie innego człowieka. Przybylski czarował widownię aksamitnym głosem, który zdaje się stworzony do śpiewania bluesa. Świetnie też oddawał dramat sytuacji człowieka uzależnionego od czegoś, czego nie da się już legalnie kupić.
Ewa Konstancja Bułhak grała Dorę Brown jako kobietę, która nie da sobie w kaszę dmuchać, kobietę niezwykle niebezpieczną (w końcu siedzi w więzieniu za liczne morderstwa). Musical upewniał się jednak, że dostrzeżemy w niej też osobę, która po prostu walczyła o wszystko co ma na wszystkie możliwe sposoby i rozpaczliwie tęskni za starymi, dobrymi czasami.
W spektaklu można było usłyszeć zarówno piosenki z epoki, jak i utwory na nią stylizowane, napisane specjalnie do “Prohibicji”. Komuś kto nie zna na wyrywki kultury amerykańskiej nie sposób ich odróżnić. Denerwowały nieco wstawki angielskie w niektórych tekstach, ale atmosfera szybko to wynagradza. Utwory napisano bardzo sprawnie, niektóre tak by wzruszały, inne by bawiły. Zastosowano dość specyficzny humor, który jednak sprawdza się perfekcyjnie.
Chwytliwym piosenkom towarzyszyły przepiękne kostiumy Macieja Chojnackiego: charakterystyczne dla okresu stylowe garnitury, kapelusze z rondem, piękne suknie, ale i stroje zupełnie szalone. Choreografia Pauliny Andrzejewskiej–Damięckiej, też mocno nawiązywała do epoki. Mogliśmy oglądać na przykład ikoniczne jazzowe dłonie (jazz hands), czy elementy tańców popularnych w latach dwudziestych. I to wszystko w szalonym wręcz tempie, które wymagało od aktorów świetnej kondycji.
To w połączeniu z nieco ponurą kolorystyką, w której królowały, biel, czerń i różne odcienie szarości, tworzyło na Novej Scenie atmosferę nowojorskiej spelunki z okresu prohibicji, miejsca jednocześnie niebezpiecznego co fascynującego i na półtorej godziny pozwalało zanurzyć się w tym niebezpiecznym świecie pełnym gangsterów i nielegalnego alkoholu.
“Prohibicja” była spektaklem niezwykłym, w którym absurd gonił absurd, a aktorzy dawali z siebie wszystko w każdej scenie. Spektaklem szalonym do tego stopnia, że naprawdę nie dało się przewidzieć co będzie dalej, w którym rzeczy zwykle nieśmieszne, bawiły do łez. A co najważniejsze, spektaklem z charakterem i atmosferą, która na prawie dwie godziny pozwalała przenieść się w odległe miejsce i czas.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
Występują: Maciej Dybowski, Wojciech Kurcjusz, Janek Traczyk, Natalia Piotrowska-Paciorek, Maria Tyszkiewicz, Weronika Stawska, Izabela Bujniewicz, Małgorzata Chruściel, Katarzyna Walczak, Janusz Kruciński, Łukasz Mazurek, Łukasz Zagrobelny, Natalia Krakowiak, Ula Milewska, Kamil Franczak, Wiktor Korzeniowski, Tomasz Steciuk, Maria Juźwin, Katarzyna Kanabus, Klaudia Buczniewska, Patrycja Mizerska, Krzysztof Dzwoniarski, Wiktor Korzeniowski, Paweł Mielewczyk, Michał Piprowski, Andrzej Skorupa, Małgorzata Kampa, Natalia Smagacka, Krzysztof Bartłomiejczyk, Robert Kampa, Natalia Brysiuk, Dominika Dąbkowska, Julia Ławrenowa, Joanna Sikorska-Nowakowska, Sara Sobieraj, Michał Adam Góral, Piotr Jeznach, Łukasz Józefowicz (od 18 stycznia 2024), Jan Madej (dance captain), Kacper Mucha, Jakub Piotrowicz, Aleksandra Krajewska, Ewelina Kruk, Mateusz Sobczak, Rafał Wiewióra, Artur Gierczak, Michał Olesiński, Maciej Kopczyński, Jakub Kujawa, Michał Olesiński
Tekst pisany na podstawie spektaklu z 4 kwietnia 2024
Kiedy Teatr Muzyczny Roma ogłosił, że jego kolejną dużą premierą będzie brytyjski musical „We Will Rock You” wykorzystujący muzykę legendarnego zespołu Queen, do kasy ustawiły się monstrualne wręcz kolejki. Teraz, niecały rok po premierze większość fanów już zobaczyła musical i w tygodniu sala świeci pustkami. Nie będę się rozwodzić nad materiałem źródłowym spektaklu, wystarczająco pastwiłam się nad nim w poprzednim poście (do którego lektury zachęcam). Dość powiedzieć, że nie jestem fanką ani piosenek, ani libretta, a już na pewno nie tego jak je połączono i na polską realizację wybrałam się wyłącznie z sentymentu do Teatru Roma i szacunku do aktorów zaangażowanych w ten spektakl.
Ale dla porządku przypomnimy: „We Will Rock You” opowiada historię Galileo Figaro (Maciej Dybowski), który razem ze Scaramouche (Natalia Piotrowska-Paciorek) i sprzeciwia się rządzącej światem bezdusznej korporacji pod przywództwem złowieszczej Killer Queen (Małgorzata Chruściel) i podejmuje walkę o prawo do wolnej myśli i tworzenia prawdziwej sztuki, za broń mając jedynie głosy w głowie i muzykę sprzed lat.
Maciej Dybowski dwoi się i troi by wyciągnąć cokolwiek z tak źle napisanej postaci jak Galileo Figaro. Stara się przekazać zarówno młody wiek bohatera, jak i jego gniew na to jak urządzony jest świat, w którym przyszło mu żyć. W jego wykonaniu przeboje takie jak „I Want To Break Free” czy tytułowe „We Will Rock You” aż kipią od energii i potęgi. Świetnie też radzi sobie z choreografią.
Natalia Piotrowska-Paciorek bez problemu dostępuje mu kroku, choć akurat 4 kwietnia chyba trochę oszczędzała gardło. Jej Scaramouche to jednocześnie silna, niezależna postać, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ale i młodziutka dziewczyna, która najbardziej na świecie chce znaleźć kogoś kto ją zrozumie i pokocha.
Kamil Franczak jako Brit zachwyca charyzmą i pewnością siebie, nie mówiąc już o fenomenalnym głosie. Bardzo chętnie zobaczyłabym go w lepszej roli, bo tu niestety nie ma zbyt wiele do zagrania. Partneruje mu Ula Mielewska jako Oz, która wzbudza multum emocji świetnym wykonaniem „No One But You”, piosenkę o tych, którzy odeszli przedwcześnie.
Tomasz Steciuk perfekcyjnie wciela się w Buddy’ego, przywódcę buntowników, znawcę minionych czasów, a także obleśnego erotomana, który nikomu nie przepuści i jest źródłem sporej części żartów o podtekście seksualnym. Jego tęskne „These Are the Days of Our Lives” to druga najbardziej emocjonalna piosenka w spektaklu.
Janusz Kruciński gra pomagiera Killer Queen, Khashoggiego jako płaszczącego się pochlebcę, wiecznie zabiegającego o względy swojej szefowej. Niestety, jego interpretacja, choć sensowna, sprawia, że wszystkie zarzuty (chociażby o pozerstwo) jakie w pewnym momencie stawia mu Killer Queen są po prostu bezpodstawne.
To powiedziawszy, to właśnie niedościgniona Małgorzata Chruściel rządzi niepodzielnie całą sceną. Nie dość, że powala mocnym głosem, to jeszcze roztacza dookoła siebie drapieżną, władczą aurę. Jej „Kind of Magic” czy „Another One Bites the Dust” to definitywnie najlepiej zaśpiewane i najmocniejsze utwory w całym spektaklu.
Co do technicznych aspektów “We Will Rock You”, to jestem pod dużym wrażeniem tego jak Agnieszka Brańska zadbała, by choreografia odzwierciedlała sposób myślenia postaci. Żołnierze Killer Queen czy kontrolowani przez nią szeregowi obywatele wykonują jednakowe ruchy, w przejawie braku indywidualizmu. Zupełnie inaczej wyglądają sceny zbiorowe buntowników, spośród których każdy ma coś innego do pokazania.
Z choreografią świetnie współgrają kostiumy Doroty Kołodyńskiej, szczególnie gdy długie stroje żołnierzy wirują w tańcu. Imponująco prezentuje się płaszcz Khashoggiego, a pośród buntowników każdy odznacza się swoją własną paletą kolorów i stylem. Warto im się przyjrzeć, bo ich ubrania kryją liczne nawiązania do słynnych artystów. Killer Queen ma oczywiście najbardziej widowiskowe stylizacje, a nigdy nie pojawia się dwa razy w tym samym. Zdecydowano się też na nawiązanie do Barbie, zarówno różowym kolorem noszonym przez zwykłych obywateli, którzy perfekcyjnie udają plastikowe lalki, aż po włosy. Za fryzury z resztą odpowiada Jaga Hupało, a jej praca prezentuje się naprawdę widowiskowo, szczególnie w przypadku Killer Queen czy Khashoggiego.
Jeśli chodzi o scenografię, to jest ona znacznie bardziej rozbudowana niż w poprzednich musicalach Romy: mamy ogromne rusztowanie ciągnące się przez całą scenę, podziemną bazę buntowników, czy ruchome schody, z których wykonywanych jest kilka piosenek. To powiedziawszy główną rolę wciąż grają ogromne ekrany multimedialne i wyświetlane na nich wizualizacje.
Dzięki nim spektakl może przenieść widzów w nieskończone ilości miejsc, ale na pewnym etapie trzeba zadać sobie pytanie, czy to nie przerost formy nad treścią. Efekty specjalne na pewno pomagają oddać atmosferę świata przyszłości i orwellowskiego wielkiego brata, który wszędzie obserwuje głównych bohaterów. Dzięki nim dostajemy też hologram Freddiego Mercury’ego na samym początku spektaklu, który bardzo dobrze tworzy atmosferę jeszcze zanim na scenie pojawi się pierwszy aktor. Ta wizualizacja i dudniąca muzyka grana przez pełną orkiestrę roztacza po całym teatrze magię Queen.
Co to tłumaczenia, to przekładając piosenki legendarnego zespołu Michał Wojnarowski porwał się na świętość. Z pewnością zdawał sobie sprawę, że niektórzy nie zaakceptują jego wersji, choćby jak najlepszej. Z drugiej strony, tłumaczenie pozwoliło choć trochę ukryć to jak źle utwory pasują do kontekstu. I z zasady wypadły bardzo dobrze, z kilkoma naprawdę godnymi podziwu frazami, które może i brzmią nietypowo, ale idealnie oddają sens oryginału3. Gorzej prezentują się dialogi. Nie będę oceniać poziomu humoru, wspomnę tylko, że ilość nawiązań do piosenek czy to angielskich czy polskich po jakimś czasie zaczyna przytłaczać, a długi żart o tym by używać polskiego, a nie języków obcych, szybko nuży. Mam też nadzieję, że komentarze polityczne są co jakiś czas zmieniane.
Podsumowując, „We Will Rock You” w Teatrze Muzycznym Roma to świetnie przygotowana realizacja londyńskiego hitu, prezentująca naprawdę światowy poziom i mogąca się pochwalić świetnymi wokalistami. Więc jeśli jesteście fanami grających w tym spektaklu aktorów albo lubicie muzykę Queen i chcecie posłuchać jej na żywo, w języku polskim, śmiało wybierzcie się do Romy. Ale jeśli wymagacie od spektaklu interesujących bohaterów czy spójnej fabuły, odpuście sobie „We Will Rock You”. Inaczej czeka was rozczarowanie.
Ale to tylko moja opinia, a ja nie jestem obiektywna.
Dziś "Once", ponownie a prawie jak po raz pierwszy bo od mojej ostatniej wizyty minęło ładnych parę lat.
To spektakl nietypowy choćby dlatego że nie ma w ogóle orkiestry, a muzykę grają sami aktorzy. Efekt jest wprost piorunujący, utwory które może nie zachwycają na płycie, ożywają na scenie, a energia prawie rozsadza salę
Trzeci dzień roku, druga wizyta w Teatrze Roma, dobrze się zaczyna :). Różnica taka, że tym razem bez śpiewania, za to z dużą ilością śmiechu.
No cóż, tego się spodziewałam idąc na stand-up Olki Szczęśniak, bo w końcu nie raz przesłuchałam jej poprzednie programy w internecie i zawsze się dobrze bawiłam. I ja wiem, że stand-up nie ma w Polsce zbyt dobrej opinii, ale szczerze powiedziawszy niespecjalnie mnie to obchodzi, bo to był bardzo fajny wieczór. Twarz wciąż mnie boli od uśmiechu, dłonie od klaskania, a i nie obyło się od refleksji nad wieloma sprawami i problemami, z którymi spotykamy się na co dzień. Jak już nagranie pokaże się na youtube, na pewno sobie powtórzę.
Także jak akurat polecam, choć jak każdy tym humoru, ten też nie jest dla wszystkich i niektórych po prostu nie będzie bawić.
Mam za sobą pierwsze wydarzenie kulturalne tego roku czyli kameralny koncert Janka Traczyka na Novej Scenie Teatru Muzycznego Roma. Nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na przedłużenie bożonarodzeniowej atmosfery niż słuchanie wyboru kolęd, pastorałek i piosenek świątecznych w wykonaniu Janka Traczyka i tercetu smyczkowego.
Niewielki rozmiar Novej Sceny i otwartość wykonawcy sprawia, że słuchacz czuje się jakby przez chwilę mógł zajrzeć do świata Janka Traczyka i poznać go lepiej, bez maski Radamesa, Pomattera czy Galileo.
Ciemne tło z światełkami błyszczącymi niczym gwiazdy na nocnym niebie, w połączeniu z przepiękną muzyką, typowo poetyckimi, melancholijnymi, "traczykowymi" aranżacjami i aksamitnym głosem wykonawcy tworzą perfekcyjny nastrój, a gdy połączy się to z dowcipnymi anegdotami na temat każdego utworu, którymi sypał Janek Traczyk, wychodzi nam przepis na idealny wieczór.
Blisko 4 miliony widzów i 6 tysięcy zagranych spektakli. Najwspanialsze produkcje West Endu i Broadwayu. To najlepszy teatr musicalowy w Polsce, który świętuje 20 jubileusz. Piotr Wojtasik wraz z kamerą Dzień Dobry TVN zajrzał za jego kulisy.
Blisko 4 miliony widzów i 6 tysięcy zagranych spektakli. Najwspanialsze produkcje West Endu i Broadwayu. To najlepszy teatr musicalowy w Polsce, który świętuje 20 jubileusz. Piotr Wojtasik wraz z kamerą Dzień Dobry TVN zajrzał za jego kulisy.