Xenes doodle as a brush experiment :)
seen from United States
seen from China

seen from United States
seen from China

seen from United Kingdom
seen from United States
seen from Uruguay

seen from Vietnam
seen from China
seen from Germany
seen from Poland
seen from Yemen

seen from United States
seen from China
seen from Saudi Arabia

seen from Australia
seen from China
seen from China
seen from China
seen from China
Xenes doodle as a brush experiment :)
Sometimes when a crime is so huge, so monstrous, nobody wants to admit it ever happened.
Stuart Moore
oc 9 years old today gets vaguely updated ref sheet
Alien: "You must be a paladin of Voltron."
Lance: "The big robotic lion I was flying, before. Did that give me away?"
Steven: "Tigers are hairy. Am I gonna grow fur, too?"
Jasmine: "That's what you're worried about right now?"
the everlasting vision
Tańczący z Lwami- prolog
Ode mnie: Nie jestem z tego zupełnie zadowolona, jednak zawsze jest to jakiś początek. Później będzie lepiej. Jedna scena zapożyczona została z mojego ostatniego shota, bo wyjątkowo nie miałam na to pomysłu, tam rozpisałam to całkiem nieźle, a opublikowałam to tak dawno temu, że raczej i tak nikt tego nie pamięta, więc...
brak bety, wstawione zaraz po postawieniu ostatniej kropki w wordzie.
ilość słów: 3 938
Wychodząc z łazienki, szatyn otarł pojedynczą łzę i odkaszlnął w pięść, by pozbyć się nieprzyjemnej guli w gardle, która zawsze objawiała się u niego wyraźną chrypą. W dwóch krokach dopadł do swojej torby, po czym wyjął z niej pojemniczek z tabletkami wraz z granatowym bidonem i rozejrzał się podejrzliwie po całym pokoju socjalnym, zanim zdecydował się połknął jedną z pigułek, popiwszy ją łykiem nieco mdłego już szampana. Nagły dreszcz uderzył w jego barki i rozlał się mroźnym chłodem wzdłuż kręgosłupa, na co skrzywił się tak szybko, jak jego ciało szarpnęło się niekontrolowanie w reakcji na to, co się z nim działo. W lustrze nad małą umywalką niemal z zaintrygowaniem obserwował, jak jego odbicie przywdziewa na twarz grymas niezadowolenia, przy czym odruchowo parsknął pod nosem i pokręcił głową, westchnąwszy cicho w zażenowaniu. Jego wzrok na moment padł na wysoką linię czoła ukrytą pod dłuższą grzywką, a palce jednej dłoni instynktownie powędrowały w tamtym kierunku, wyrywając z jego ust słaby stęk, gdy tylko opuszki zetknęły się z miękkimi włosami w ciepłym odcieniu karmelu.
-Ile tabletek muszę w siebie jeszcze wdusić, żebyście przestały wypadać, huh?- W roztargnieniu mruknął sam do siebie, po czym jeszcze raz sięgnął do torby, tym razem w poszukiwaniu drobnej paczki miętowej gumy do żucia.
-Całe szczęście, już myślałem, że znieczulasz się czymś w pracy.- Cichy, jednakże głęboki i w pewien sposób kojący dla szatyna głos rozbrzmiał gdzieś w przestrzeni za nim, na co początkowo całe jego ciało spięło się odruchowo, by zaraz na powrót się rozluźnić, nawet jeśli w jego przypadku było to pojęcie bardzo względne. Włożywszy białą pastylkę do ust, obrócił się w stronę wejścia do pokoju socjalnego i przymknął oczy na czas równy sekundzie w pragnieniu przyswojenia sobie widoku wysokiego bruneta, nonszalancko opartego o framugę drzwi.- Wiesz, dragi czy alko, a może jedno i drugie.-Zayn odezwał się po raz kolejny; słowa wypływały rytmicznie z półprzymkniętych ust z lekkością godną pozazdroszczenia i to właśnie jego rozmówca robił, nawet jeśli nigdy nie miał zamiaru się do tego przyznać. Aura prostolinijności emanowała od mulata zawsze, a ciepło w jego tonie nieustannie roztapiało napiętą atmosferę między nimi, co mogło być powodem, dla jakiego był prawdopodobnie jedynym pracownikiem w całym zoo, kontaktu z którym szatyn nie unikał.-W sumie wcale bym się nie zdziwił, patrząc na to, czym się tutaj zajmujesz… Stalowe nerwy to trochę za mało, żeby wytrzymać tyle czasu w klatce z dzikimi kotami, huh?-Dopowiedział jeszcze, na co mężczyzna przed nim uśmiechnął się wesoło, co jednak szybko zmieniło się w nieco posępne uniesienie kącików ust, które natychmiast zasłonił poprzez zwieszenie głowy. Przeczyścił gardło zaraz potem i podrapał się niezręcznie po karku, zanim na nowo wystawił błękit swojego spojrzenia na spotkanie z tym o barwie mlecznej czekolady.
-Odrobina uczucia wystarczy w zupełności, nie muszę się narkotyzować.- Wydukał, zebrawszy wpierw całe rezerwy pewności siebie, by stawić czoła koledze z pracy. Poprawiając od niechcenia podwinięte rękawy dwukolorowej bluzki, w pośpiechu ruszył w kierunku drzwi w pragnieniu ucieczki, a kiedy mijał młodszego mężczyznę o kruczoczarnych włosach, poklepał go jeszcze po ramieniu z krótkim:- Ale dziękuję za troskę-, po czym wyszedł z pokoju i wziął jeden głęboki wdech, napawając się świeżym powietrzem i wolną przestrzenią wokół niego. Pokonując kolejne metry w drodze do swojego ulubionego miejsca pracy, od szlufki ciemnoszarych spodni roboczych odpiął swoją czapkę z daszkiem i szybko założył ją na głowę, przy czym ta jedna sekunda, w której ręką zasłonił sobie widok, okazała się być wystarczająca, by w kolejnej mógł wpaść na jednego ze zwiedzających.
Ich barki zderzyły się ze sobą gwałtownie, rozesławszy tępy ból po całej ręce chłopaka w wełnianym swetrze, na co syknął ostro pod nosem, mimo wszystko wciąż wpatrując się ze skupieniem w ekran telefonu, który wcześniej niemal wypadł mu z dłoni.
-Przepraszam.- Usłyszał słabe burknięcie od niższego mężczyzny już za sobą i, kiedy obejrzał się jeszcze za nim przez ramię, ten jeszcze bardziej przyspieszył kroku, pozostawiając za sobą jedynie widok jego dłoni, usilnie poprawiających czapkę na głowie. Pokręcił swoją w dezaprobacie, po czym po raz ostatni zmarszczył z irytacją brwi na pusty pasek powiadomień i schował telefon do tylnej kieszeni spodni.
-Nagaduje mnie na tę randkę od wieków, po czym się spóźnia. Idealnie.- Mruknął oschle, na tyle cicho, by być pewnym, że jedynie on sam to usłyszał. Rękawy brązowego swetra naciągnął aż po opuszki kciuków i gniewnie skrzyżował ręce na piersi, ponownie w krótkim czasie zerknąwszy na wejście do zoo ze swojego miejsca na boku ścieżki dla zwiedzających. Po tym, jak wciąż nie zauważył tam Nicka, westchnął głośno i z nikłym uśmiechem powoli skierował się w stronę wybiegu dla lwów, chcąc należycie skorzystać z okazji swojej wizyty w ogrodzie zoologicznym.
-Harry!-Dobrze znany mu głos rozbrzmiał gdzieś w przestrzeni po jego lewej stronie, na co przymknął oczy i przeklął głośno w myślach, na twarz przywdziawszy dla odmiany wesoły uśmiech. Przystanął w miejscu i obrócił się w stronę starszego mężczyzny, który tego dnia w końcu miał być jego randką, po okropnie długim czasie nieustannych próśb, gróźb i błagań. Wysunięta wcześniej dłoń jego spóźnionego towarzysza opadła wolno do poziomu jego ramion, po czym został gwałtownie przyciągnięty do niego w niemal miażdżącym uścisku, jaki mimowolnie wyrwał z niego zduszone westchnienie. -Dobrze cię widzieć, Haz. Cieszę się, że zgodziłeś się na to spotkanie.- Stanowczo zbyt przesłodzony w mniemaniu zielonookiego ton głosu przywitał go oficjalnie wraz z szerokim uśmiechem na twarzy spikera radiowego, gdy ten odsunął się od niego na odległość potrzebną mu do połączenia ze sobą ich spojrzeń.
-Ciebie też miło widzieć, Nick.-Odparł grzecznie, ostatecznie uwolniwszy się z jego objęć.- Choć nie ukrywam, że wolałbym zobaczyć cię o czasie, na który się tutaj umówiliśmy, wiesz…- Dodał już znacznie poważniej, asekuracyjnie otaczając ramionami samego siebie, jakby w próbie zabezpieczenia się przed kolejnym ruchem starszego z nich. Mężczyzna przed nim zaś zmarszczył brwi w zmieszaniu i opuścił sferę komfortu bruneta, instynktownie sięgnąwszy po swój telefon do kieszeni cienkiego płaszcza, zanim otworzył usta w próbie wyjaśnienia zaistniałej sytuacji.
-Umówiliśmy się na czwartą, Haz, jestem na czas…
-Nie, nie jesteś.-Harry wszedł mu w słowo zupełnie bez pardonu, a ton jego głosu mimowolnie przyjął ponurą barwę.-Mieliśmy się tu spotkać o trzeciej.-Dodał z przekąsem, który szybko postarał się zamaskować nonszalanckim wzruszeniem ramionami.
-Ale-
-Nieważne, Nick, stało się, trudno. Nie mam ci tego za złe.-Przerwał mu natychmiast, już na samym początku wyjątkowo źle nastawiony na tę randkę. Nick podrapał się niezręcznie w tył głowy, jego spojrzenie splamione było poczuciem winy, jednak Harry nie miał zamiaru nic z tym robić, zamiast tego nieświadomie jeszcze podsycając napięcie między nimi, kiedy zaczął mówić dalej:- I Nick, proszę, nie rób sobie większych nadziei. Zgodziłem się na tę randkę, bo mnie o to prosiłeś i zamierzam dać ci szansę, ale tylko tyle mogę ci zaoferować. To nie jest gwarancją na coś więcej, więc nie czyń tego niekomfortowym i zachowaj umiar, w porządku?
-Och… Harry, czy ja kiedykolwiek sprawił- Starszy z nich zaczął spanikowanym tonem, jego oczy otworzyły się nieco szerzej w reakcji na słowa młodego Stylesa, na co ten jedynie pokręcił delikatnie głową, przymknąwszy na moment oczy w pragnieniu pozbierania myśli w spójną całość.
-Jesteś po prostu dość… Pewny ze wszystkim, co robisz.-Wyjaśnił po chwili namysłu, po czym westchnął ciężko.- To bywa przytłaczające. Lubię cię, mój ojciec cię lubi, więc, cokolwiek się dzisiaj nie stanie, chciałbym, żeby nasz kontakt po tym dniu nie stał się niezręczny, tak? Rozumiesz, co mam na myśli?
-Oczywiście, tak, tak.- Nick odpowiedział odruchowo, plącząc się nieco w słowach, a Harry uśmiechnął się na to delikatnie.- Tylko, Haz, nie zakładaj z góry, że nic z tego nie wyjdzie, co?- Zapytał z nadzieją zaraz potem i zanim dał zielonookiemu czas na reakcję, sam dopowiedział jeszcze:- Być może będziemy się naprawdę dobrze bawić, nie przekreślaj tego tak od razu.
-Być może będziemy.- Odrzekł młodszy brunet, po raz pierwszy podczas ich spotkania uśmiechając się ciepło. Z ramionami wciąż skrzyżowanymi na piersi, skinął łagodnie w stronę ścieżki dla zwiedzających, po czym ruszyli razem w głąb zoo, oficjalnie rozpoczynając swoją wspólną, nową przygodę.
W pobliżu wybiegu dla lwów Harry nagle usłyszał głośne ostrzeżenie od Nicka, by zaraz poczuć stalowy uścisk na swojej dłoni, który ściągnął go do tyłu, wprost na tors starszego z nich, a w całym zdezorientowaniu, jakie w niego uderzyło, zdążył jedynie zauważyć czapkę z daszkiem szatyna, przemykającą przed linią jego wzroku.
Ten zaś obejrzał się przez ramię, jak tylko usłyszał krótkie: „idiota” i jego kości wręcz nasiąkły pewnością, że zostało to skierowane właśnie do niego. W oszołomieniu przystanął na moment i wbił rozkojarzone spojrzenie w parę za sobą, zmarszczywszy brwi na widok, jaki tam zastał; wyższy mężczyzna trzymający mocno za rękę nieco niższego bruneta, przy tym palce tego drugiego były ewidentnie wyprostowane w uścisku ich dłoni, kiedy był odciągany od płotu dzielącego ścieżkę dla zwiedzających od strefy lwic.
-Zacznijmy od czegoś łagodniejszego niż drapieżniki, co? Może wydry?- Zdołał usłyszeć z ust tego samego faceta, który wcześniej rzucił w jego stronę przezwisko, i parsknął na to cicho w obawie, że dotrze to do niepowołanych uszu.
-Byś się zdziwił, jakby cię wydra dopadła, geniuszu.-Wymruczał sam do siebie, po drodze do wejścia na wybieg lwic machając do Nostalgii, która dotrzymywała mu kroku wzdłuż murku otaczającego jej teren w ogrodzie. Z daleka wyglądała go kolejna z przedstawicielek królewskiego gatunku, a gdy zbliżył się wystarczająco, zaryczała na pozostałe, by wspólnie mogły zebrać się przed wejściem i zaczekać, aż szatyn do nich dołączy. -Cześć, Aaliyah.- Wyburczał pod nosem, gdy otworzył sobie bramkę i wszedł do środka, już strzepując rękaw cienkiej bluzki w dół, aż jego zaciśnięta w pięść dłoń nie została okryta materiałem. Potrząsnął ręką eksperymentalnie nad wybraną lwicą i uniósł ją wysoko, a następnie schował za siebie w momencie, w którym kocica wyskoczyła za nią. -Za wolno, ktoś tu się chyba dzisiaj przesadził z obiadem.-Skarcił rozbawiony i zgarbił się nieco, czując łapy na swoich ramionach i wilgotny nos kolejnej lwicy tuż przy swoim uchu. Obrócił głowę w jej kierunku, po czym odkrytą dłonią przytrzymał przy sobie jej pysk i ucałował lekko miejsce tuż nad jej wąsami w należytej czci.-Ładnie to tak zachodzić od tyłu, królewno? Złaź.- Mówiąc to, poklepał jej łapy i uśmiechnął się, gdy znowu mógł stanąć prosto bez uczucia ciężaru na sobie.-Mogę przy was uciec dzisiaj od wszystkiego?-Zapytał dla zasady, już postawiwszy kilka pierwszych kroków w kierunku wysokiej, drewnianej budowli na środku wybiegu.
Zakrytą rękę po raz kolejny wysunął przed siebie i potrząsnął nią zaczepnie, a jedna z kocic wyskoczyła tak gwałtownie, że nie zdążył schować rękawa za siebie, przez co skończył z przedramieniem w uścisku silnych szczęk i skinął głową w aprobacie.
- Brawa dla Tori, widzę, że trzymasz formę, panienko.-Pochwalił, po czym bez problemu wyswobodził rękę z jej pyska, tylko po to, by podobny uścisk poczuć na swojej łydce, na co spojrzał w dół i zmarszczył brwi, widząc czwartego kota, zerkającego na niego z dołu jakby w zakłopotaniu, a przynajmniej tak to sobie zawsze tłumaczył.-Hej, znasz zasady gry, więc nie oszukuj! To się nie liczy. - Upomniał stanowczym tonem i gestem dłoni odpędził lwicę na tak małą odległość, że ta już sekundę później mogła otrzeć się całym ciałem o bok jego nogi w żądaniu czułości. Wysunął więc obie dłonie i szedł dalej, nieustannie czując przy sobie obecność czterech lwic; po dwie na każdą stronę jego ciała, wszystkie korzystające z możliwości bycia pogłaskaną, nawet jeśli same musiały się o to postarać, a szatyn był w tym bierny.
-Tomlinson..?-Znajomy damski głos, zniekształcony jedynie przez głośnik, rozbrzmiał nagle w przestrzeni wokół niego, jednak on udał, że nie słyszy i powoli wspiął się na sam szczyt drewnianej budowli, kiedy jego cztery koty posłusznie siedziały przed nią, czekając na wezwanie. Jedna z kocic ustawiła się już do skoku, ale wystarczył karcący wzrok mężczyzny, by na powrót przyjęła właściwą pozycję i zawarczała na niego w zniecierpliwieniu. Usiadł więc wygodnie na gładkiej, tylko w niektórych miejscach nieco wydrapanej platformie, która spełniała rolę legowiska dla jego podopiecznych, a potem poklepał miejsce obok siebie i zaproszone lwice rzuciły się do wspinaczki z ochotą, jedna przez drugą pokonując piętra budowli, depcząc po drodze swoje łapy i wzajemnie hacząc o siebie w ich własnym wyścigu o zaszczytne miejsce, jakim dla każdej z nich były kolana ich opiekuna.
-Tomlinson!- Perrie odezwała się ponownie poprzez mały głośniczek w krótkofalówce przy pasku roboczych spodni, a szatyn westchnął w przestrzeń i odchylił plecy do tyłu, na co Aaliyah instynktownie położyła się za nim, oferując mu swoją szyję jako poduszkę. Gdy przyjął to bez słowa, przekręciła nieco łeb i polizała jego skroń, szorstkim językiem na wrażliwej skórze wywołując jego głośny, radosny śmiech.
-Jestem na swoim stanowisku przecież..!- Odkrzyknął niepewnie do kobiety, gdy tylko odpiął urządzenie od materiału i przyłożył je do ust, zaraz potem stęknąwszy cicho pod ciężarem Tiary, która przeturlała mu się po torsie, by położyć się tuż przy jego prawym boku i zaczepnie szturchać łapą daszek jego czapki.-Nie ma mnie dla nikogo, kto nie jest Aaliyah, Victorią, Tiarą lub Hope w tym momencie.
-Doceniam zapał do wykonywania swoich obowiązków, Tomlinson, ale masz ich więcej, nawet jeśli jesteś tu specem od kotów.- Usłyszał w odpowiedzi, na co zmarszczył posępnie brwi, cierpliwie czekając na moment, w którym dziewczyna zdecydowała się kontynuować swoją wypowiedź.-Wziąłeś sobie na głowę młode, a to ja muszę pilnować, żeby nie sprzątnęli ci go sprzed nosa.
-Znowu chcą uśpić Lunę? Tiara, dość!- Zmartwienie na moment przerodziło się w desperacką komendę do niewinnej, a jedynie pełnej werwy kocicy, za co natychmiast przeprosił ją bezdźwięcznie, nieustannie nasłuchując głosu Perrie z krótkofalówki.
-Ta, jak niemal codziennie, odkąd się urodziła. Tym razem przeszkadza im to, że obudziła się wcześniej, a ciebie tam nie ma, żeby ją nakarmić.
-Nikt nie tknie mojej dziewczynki.-Zawarczał ponuro, po czym z trudem wydostał się spomiędzy lwic i leniwie zeskoczył z najwyższej platformy na niższą, a z tej już prosto na ziemię. -A ledwo zdążyłem się położyć. Leniwe dupy, jak coś im nie pasuje, to najlepiej z marszu pozbyć się problemu.-Marudził pod nosem, wolno kierując się w stronę wyjścia z wybiegu. Tiara zaryczała za nim, Tori zeskoczyła i rzuciła się w pogoń, a parę sekund później, gdy jakaś przypadkowa kobieta z oddali krzyknęła głośno:
-Niech pan uważa!- i ona już przy nim była, stanęła na dwóch tylnych łapach, a przednie zarzuciła na ramiona szatyna, zatrzymując go na moment przed bramką.
-No już, piękna. Wiesz, że do was za moment wrócę, tak? Idę tylko po swoją towarzyszkę broni.-Niebieskooki napomknął do lwicy tak cicho, żeby tylko ona mogła to usłyszeć. W odpowiedzi na miękkie szturchnięcie nosem jego policzka, ujął w dłonie jej pysk i utonął w spojrzeniu dużych złotych oczu, otoczonych czarną powłoczką z delikatnym wyciągnięciem przy zewnętrznych kącikach. - Chcesz wyjść ze mną, prawda?- Zadał kolejne pytanie, na które nie mógł otrzymać werbalnej odpowiedzi, jednak kocica owinęła swoje łapy wokół jego szyi i otarła się swoim uchem o bok jego głowy, łasząc się do niego w sposób, który uwielbiał. I gdy on odwzajemnił uścisk i zaczął kołysać ich z boku na bok, po tym jak bezradnie zarzucił ramiona na jej grzbiet, ona obróciła łeb w stronę ogrodzenia i po obu bokach jej nosa skóra zadrżała parokrotnie, a z każdym kolejnym razem zmarszczki w tych miejscach pogłębiały się coraz bardziej, by w końcu pojawiły się również między jej oczami, jak tylko w pełni odsłoniła swoje ostre kły i zaryczała niebezpiecznie na postać nieznajomego mężczyzny za ogrodzeniem.- Spokój, maleńka.- Louis odezwał się w próbie ukojenia jej nerwów, pocierając delikatnie niewielkie uwypuklenie pod jej karkiem.-Pan się zgubił, to nie on mnie zdenerwował.- Zapewnił ciepłym tonem głosu, szepcząc to wprost do jej drgającego ucha. Z wyraźną niechęcią ujął w dłonie obie jej łapy i delikatnie zsunął ją z siebie, jeszcze pogłaskawszy ją z miłością przed tym, jak opuścił wybieg i odkaszlnął znacząco, swoje zdziwione spojrzenie wbijając w nieproszonego gapia.
-J-ja-
-Nie powinno tu pana być.-Przerwał mu w pół zdania warknięciem, które jedynie w jego głowie zabrzmiało wystarczająco oschle, by przepłoszyć zwiedzającego bez słowa więcej.- To teren do wyłącznego użytku personelu.-Dodał po chwili, po czym dłonią wskazał mężczyźnie drogę powrotną na ścieżkę i sam ruszył w kierunku boksów dla lwów w niskim budynku przyłączonym do wybiegu korytarzem dla zwierząt.
Dwutygodniowe lwiątko, skulone w sobie przy grzejniku w kącie pokoju dla młodych osobników, było pierwszym, co rzuciło mu się w oczy zaraz po wejściu, zaś zawodzenie malca rozlało truciznę po całym jego krwiobiegu, powodując nagły paraliż tak szybko, jak tylko dotarło do jego uszu. Bez zastanowienia podszedł szybkim krokiem do małej kocicy, która na jego widok wyprostowała się nieco i sama zaczęła układać łapki z niepewne kroczki prowadzące do niego.
-Och, moje dzielne maleństwo, właśnie tak, chodź do mnie.- Mówił cichym, ciepłym głosem, po tym jak padł na kolana w połowie drogi do kąta i cierpliwie czekał, aż Luna sama do niego podejdzie. Jej pyszczek obrócony był nieco bardziej prawą stroną do niego, całe jej ciałko chwiało się nieznacznie, kiedy pokonywała kolejne centymetry drogi i gdzieś po drodze zatrzymała się na moment, jednak tak szybko, jak pojawiła się przy nim, od razu wskoczyła niezdarnie na jego kolana i stopniowo wspięła się przednimi łapami po jego torsie, wprost do twarzy przyozdobionej w dumę. Nos wcisnęła w zagłębienie jego szyi, czoło przycisnąwszy do wyraźnej linii żuchwy opiekuna, który natychmiast objął ją całą ramionami i ucałował delikatnie puszyste futerko tuż pod uchem.
-Właśnie mieliśmy cię wzywać…- Głos jednego z pracowników zoo rozbrzmiał gdzieś w oddali, na co szatyn westchnął ciężko pod nosem i pospiesznie podniósł się z podłogi, by już sekundę później w przypływie odwagi wyrwać butelkę z mlekiem z ręki wyższego od niego blondyna.
-Ta, jasne.-Odwarknął z przekąsem, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia dla lwów w pragnieniu powrotu do miejsca, w którym czuł się najlepiej. I chociaż jego myślami zawładnęła nadchodząca radość z obcowania z ukochanymi zwierzętami, jego uwadze nie uszło jedno słowo, którym zdefiniował go ten sam pracownik, a które słyszał regularnie, odkąd tylko zaczął pracę w tym zoo.
„Dziwak”.
Ukłucie w sercu zamaskował wymijającym wywróceniem oczami, nawet jeśli nikt nie mógł tego zobaczyć. Ułożył odpowiednio Lunę na swoim ramieniu i ostrożnie włożył jej smoczek butelki do pyszczka, a gdy ta zassała go na dobre, on zaczął z nią wolno kroczyć ścieżką dla zwiedzających, wprost do wybiegu dla lwic, ponownie tego dnia. Mijał zaciekawione twarze dzieci, zaintrygowane spojrzenia dorosłych, słyszał nawet blaski fleszy, na co spuścił głowę i przygryzł wargę w poczuciu ogarniającej go bezradności wobec tego, co działo się wokół niego. Nie znosił uwagi ludzi, gdy nic ich od niego nie dzieliło, zwłaszcza kraty czy szyby wybiegów. Dlatego też w całości skupił się na niepełnosprawnym lwiątku w jego ramionach, co miało pomóc mu w zignorowaniu reszty otaczającego go świata. I to działało; złote, jeszcze ozdobione cętkami futerko ogrzewało skórę na jego ręce, przyjemne odgłosy ssania mleka stanowiły najpiękniejszą melodię dla jego uszu, a świadomość zaufania, jakim darzyła go ta maleńka istotka wylewała miód na jego serce. Spokój na nowo rozprzestrzenił się po całym jego ciele, z barków spadł ciężar codziennych problemów i wszystko wydawało się być takie na miejscu, tak bardzo w porządku…
Dopóki ktoś za nim nie zawołał go, wyrwawszy go tym z jego prywatnego transu. Wtedy niechętnie obrócił się, by zobaczyć przed sobą chłopaka w brązowym, wełnianym sweterku, który miał wyprostowane palce w uścisku dłoni z facetem, który nie tak dawno go przezwał. Brunet o mocno skrzących oczach o barwie dojrzałego mchu stał przed nim, dysząc cicho ze zmęczenia; szczyty jego policzków rumieniły się wściekle na tle bladej skóry, nozdrza rytmicznie rozszerzały i na powrót zwężały, targane gwałtownym oddechem, a rękawy swetra otulały całe jego dłonie, co razem tworzyło obrazek bardzo przyjemny dla oka- uroczy i po prostu ładny, inaczej szatyn nie mógł tego określić.
-Gdzie posiałeś partnera, huh?- Wypadło z ust niższego z nich nagle i nieświadomie, co Harry mógł zauważyć przez sam fakt, że błękitne oczy rozszerzyły się nagle w oszołomieniu na te słowa, a co skwitował jedynie cichym parsknięciem i machnięciem ręki.
-Bardzo nieudana randka, nie wspominaj mi.- Wyjaśnił z lekkością godną podziwu w mniemaniu szatyna. Wzrok bruneta zaraz potem opadł na młodą lwicę, zachłannie ssącą mleko przez gumowy smoczek, z przednimi łapkami obejmującymi nadgarstek jej opiekuna, i jego oczy rozbłysły radosnymi skierkami w ułamku sekundy, co nie umknęło uwadze karmiącego mężczyzny.- Jest piękna. Lub piękny, w sumie nie wiem.- Dopowiedział na jednym wydechu, śmiejąc się krótko zaraz po tym. Niższy uśmiechnął się lekko pod nosem, zanim otworzył usta, by wyprowadzić zwiedzającego zoo chłopaka z błędu.
-Dziewczynka.
-Nie jest wystraszona otoczeniem?- Harry podchwycił natychmiast, już drgnąwszy w pragnieniu schylenia się do lwiątka i zagłaskania jej, z czego jednak szybko zrezygnował, nie bardzo wiedząc, czy mu wolno.
-Przy takim ułożeniu nie jest nawet do końca świadoma, gdzie jest.-Odrzekł wymijająco szatyn, po czym obejrzał się przez ramię w stronę wybiegu dla lwów.- Wybacz, muszę się stąd zabierać. Gdyby dyrekcja zobaczyła, że paraduję z nią wśród zwiedzających…
-Hej, jeszcze chwila!- Usłyszał w odpowiedzi, na co skrzywił się nieznacznie i przymknął oczy na zbyt głośny, wysoki ton głosu chłopaka przed sobą. Harry jednak tego nie zauważył, zbyt zafascynowany widokiem maleńkiego, dzikiego kota z tak bliska.- Ja, um, przychodzę tu często i zawsze widzę cię za kratami, no wiesz, z lwami i to jest takie- Zaczął nagle, a język plątał mu się z nerwów, sprawiając, że to wszystko zdawało się szatynowi ciągnąć w nieskończoność.
-Ja naprawdę nie mam czasu, wybacz.- Niższy z nich wszedł drugiemu w słowo i posłał mu jeszcze przepraszające spojrzenie, zanim obrócił się plecami do niego i żwawym krokiem ruszył przed siebie, wprost do wąskiej dróżki dla personelu, prowadzącej do bramki wybiegu. Brunet zaciągnął rękawy brązowego swetra jeszcze bardziej i chwycił ich końce w pięści, wręcz biegnąc za pracownikiem zoo, tylko po to, by złapać go w połowie drogi na terenie, na którym nie powinno go być. Zagrodził szatynowi przejście, dla wzmocnienia przekazu wysunąwszy przed siebie jedną rękę, drugą zaś zaczesał do tyłu przydługie loki.
-Sprawa jest taka, że kocham lwy i moim marzeniem jest dokonanie tego, co obserwuję za każdym razem, gdy tu przychodzę i ty jesteś na ich wybiegu, to jest tak bardzo niesamowite, to jak one cię chronią, bawią się z tobą, drażnią, tańczą, proszę, pomóż mi to osiągnąć, chcę robić to, co robisz ty i wiem, że możesz mi pomóc, błagam, pozwól mi to zrozumieć, doświadczyć tego i poczuć, jak to jest, a umrę szczęśliwie z uśmiechem i twoim imieniem na ustach!-Wypowiedział tak szybko, że szatyn nie zrozumiał połowy z tego, nawet jeśli naprawdę chciał i próbował się na tym skupić. Mężczyzna odruchowo cofnął się o krok od dyszącego ponownie chłopaka, a jego niebieskie oczy były w tamtym momencie w pełni widoczne i ciemna otoczka tęczówek nie stykała się już z liniami wodnymi, wyrażając czyste, niczym niesplamione oszołomienie. - Proszę…
-Lubisz lwy tak bardzo..?- Spytał niepewnie, po czym spojrzał przelotnie na Lunę, a gdy zauważył, że ta zdążyła wypić już mleko i zaczęła gryźć smoczek, odsunął butelkę od jej pyszczka i już nie uniósł głowy, jedynie kątem oka dostrzegając zagorzałe kiwnięcie głową bruneta w odpowiedzi na jego pytanie.-Pracuję każdego dnia, od otwarcia do zamknięcia. Jeśli mówisz prawdę i szczerze chcesz interesujesz się tymi zwierzętami, po prostu… Ech, przyjdź tutaj, jak tylko będziesz miał czas i ochotę, przy kasach powołaj się na mnie, wpuszczą cię i najpewniej dadzą mi znać, że na mnie czekasz.- Mruknął cicho i z pewną dozą dystansu, by z ostatnim słowem unieść w końcu głowę na wysokość wzroku zielonookiego i zobaczyć szeroki, szczęśliwy uśmiech na jego zmęczonej twarzy.
-A nazywasz się..?
-Louis.
-Harry.- Chłopak również się przedstawił, z dłonią przyciśniętą do piersi.- Nie zawiedziesz się na mnie, Louis.- Dopowiedział jeszcze, zanim po raz ostatni spojrzał z rozczuleniem na małą lwicę i pozwolił szatynowi wejść na wybieg dla większych kotów z tego samego gatunku.
A Louis gaworzeniem do Luny zamaskował unoszące się w delikatnym uśmiechu kąciki ust, przyjemne ciepło w jego sercu zaś przypisał oddechowi Tori, która przycisnęła swoje ciało do jego, jak tylko przekroczył próg wybiegu dla lwów, a w pewnym sensie i swojego domu.
Tak właśnie Harry poznał Louisa.
Tak zaczęła się jego przygoda z Tańczącym z Lwami.


