Zamieć-one, 27-28.01.2018r.
Buty zdążyły już wyschnąć, czas więc je ponownie włożyć i opowiedzieć Wam moją historię „Zamieci”.
Pomysł startu w tym biegu pojawił się na spotkaniu WW Team w listopadzie ubiegłego roku, kiedy nasza szalona grupa podsumowywała wyzwania sezonu i zastanawiała się, co może stanowić dla nas kolejny level.
Pojawiło się wówczas kilka koncepcji inspirowanych długością (bo skoro dalej, to pewnie trudniej), a także organizacją czy klasą medali. Żadna z tych cech nie jest dla mnie wyznacznikiem, ale kiedy usłyszałem o formule biegu 24-godzinnego, pomyślałem, że może to być ciekawa przygoda. Pomysł spodobał mi się tym bardziej, że usłyszałem, o biegu który rozgrywa się w takim oknie czasowym, w formie sztafety.
Nie musiałem szukać daleko, bo dobrze wiedziałem, z kim chcę się spróbować w tej rozgrywce. Mój Rzeźnikowy partner - Robert również podchwycił klimat.
„Zamieć” – główny bohater tego tekstu – to bieg główny, rozgrywający się w ciągu doby, od południa w sobotę do południa w niedzielę, na ośnieżonej pętli (13, 5 km, a w rzeczywistości w moim pomiarze: 13, 8 – 13, 85 km), rozciągniętej na długości góry Skrzyczne (ponad 741 m, a według niektórych pomiarów nawet ok. 870 m przewyższenia). Obok biegu towarzyszącego odbywa się też „Zadyma”, czyli wersja imprezy ograniczona do długości jednej pętli.
Nie minął tydzień, kiedy dokonałem wpłaty, zacząłem planować nasze treningi i myśleć nad tym, czego będziemy potrzebować.
Do Szczyrku pojechaliśmy w piątek z rana, tak, aby mieć czas wieczorem odebrać pakiety, zaaklimatyzować się i wypocząć przed kolejnymi dwoma dniami wysiłku.
W sobotę, przed startem spotkałem się z Mirkiem aka @bumw.pl, którego relację możecie przeczytać tutaj (link), a który po raz kolejny poratował mnie świetnymi kijkami Black Diamond.
Niezwłocznie, zacząłem też szykować drona, którym miałem zamiar nagrać start obu formuł. Pech chciał, że dron postanowił mieć wtedy inne plany. Najpierw bateria miała za zimno, a kiedy mimo, że miałem lecieć pierwszy, jako zwiadowca w sztafecie, naszykowałem urządzenie i zostawiłem Kasi stery, aby jedynie przypilnowała automatycznego lądowania, okazało się to dużo bardziej skomplikowaną operacją, bo ta debiutująca pilotka już przy swoim pierwszym starcie zmuszona była wykonać awaryjne lądowanie (co wyszło jej całkiem nieźle).
Trasa wydawała się bardzo przyjemna. Kilometr po utwardzonym gruncie wzdłuż rzeczki Żylicy, następnie w górę i tak przez około 6, 5 kilometra mniej lub bardziej stromych podejść. Potem do schroniska i bazy zjazdowej na szczycie wzniesienia, gdzie następował pomiar czasu i dalej swobodny lot w dół.
Hardkorowe okazały się dwa momenty w okolicach dziewiątego i tuż przed jedenastym kilometrem, gdzie oblodzenie wymagało kombinowania z zachowaniem przepisów BHP przy pokonywaniu tychże odcinków.
Sporo ludzi zaczęło zwyczajnie zjeżdżać przy zastosowaniu różnych technik.
Jeszcze przed startem organizatorzy podali informację, że pętla w czasie 2 – 2, 5 h jest czasem przyzwoitym. Taki też opis był dla mnie wyznacznikiem. Pierwszą pętlę zacząłem naprawdę nieźle. Czas 1: 41: 10 dał mi (nam) piętnaste miejsce w rankingu indywidualnym i trzynaste w drużynowym.
Kolejne pętle robiłem kolejno w czasach:
- 1: 50: 39,
- 1: 57: 10
- 2: 22: 24
- 2 :27: 34
Początkowa strategia zakładała roszady co jedną pętlę i był to bardzo dobry plan zarówno dla organizmu, jak i dla czasu drużyny, ale trudny dla obsługi logistycznej, biorąc pod uwagę odległość od naszej kwatery (mimo i tak genialnej pracy, którą wykonała Kasia - Head of Logistics naszego wyjazdu).
Po 1, 5 godziny odpoczynku byłem gotowy do kolejnej batalii z samym sobą. Pogoda nas rozpieszczała.
Po kolejnej pętli Robert zdecydowaliśmy, że następne podejścia robimy podwójnie. Dla mnie było to dużo czasu, bo godziny odpoczynku sprawiły, że mimo rollowania i stretchingu zesztywniałem, a Robert mocno odczuł bieg na 28 kilometrach i przewyższeniu 1600 m.
O północy zaczęła się zabawa.
Kolejna pętla była dla mnie lekka. Pogoda sprzyjała i “trójkę” zrobiłem w czasie niewiele dłuższym od dwóch poprzednich. Niestety, czwarta, a jednocześnie druga z rzędu pętla także i dla mnie okazała się sporym obciążeniem.
Tempo spadło wraz z wysiłkiem, temperaturą i gorszymi warunkami na zbiegu (stwierdziłem, że zapobiegawczo będę schodzić, a nie zjeżdżać w miejscach oblodzonych). Była to jednak dla mnie pętla najpiękniejsza pod względem doświadczeń.
Nic nie zastąpi widoków, które ukazały się moim oczom, kiedy poprawiła się widoczność. Czyste, gwiaździste niebo, pełne świateł, zgrane z pięknem natury. Potem kolejne, tym razem spokojne okrążenie Roberta, któremu towarzyszył Krzyś. W tym czasie zdążyłem odsapnąć, ale nie jestem pewien, czy była to dobra decyzja, bo ciężko było mi się zebrać do ostatniego wejścia.
Ostatnią pętlę zrobiłem na spokojnie, w czasie lekko poniżej 2,5 h, z ogromnym bananem w ustach.
Finalnie moja pozycja indywidual. /zespoł. wyniosła 37 z czasem: 22: 51: 25 (czas łączny drużyny), a drużynowo 22 / 39 drużyn (dziesiątka wśród drużyn MM).
W formule „Zadyma” udział wzięło 212 osób, a wygrali: Bartłomiej Czyż (ubiegłoroczny zwycięzca) z czasem 1: 15: 12, ustanawiając tym samym nowy rekord trasy, oraz Julia Honkisz z czasem 1: 34: 51.
W „Zamieci” mieliśmy 220 uczestników indywidualnych i 39 sztafet dwuosobowych.
Solowi zwycięzcy i mistrzowie, którzy zrobili 10 pętli to: Daniel Gajos z czasem 22: 07: 53, Dawid Studencki – 22: 56: 12 i Rafał Kot – 23: 47: 15; wśród kobiet wygrały: Kinga Siwa – 21: 00: 15, Ewa Trzetrzelewska-Lalik – 21: 30: 36 i Barbara Chrzanowska – 21: 57: 52, przy czym każda z nich odnotowała na swoim koncie 7 pełnych pętli.
W sztafecie bezkonkurencyjny okazał się team MM – Kiszka & Kaszka 2.0, któremu udało się na swoim koncie odnotować 13 okrążeń, w miksie - Galopem, czy Gallowayem?, zanotowano 11 pętli (3. miejsce open), a double-trouble w kategorii najsilniejszych kobiet - Przyczajony Królik, Ukryty Kot, na analogicznym dystansie 11 pętli zajął piątą pozycję open.
Pełne wyniki możecie znaleźć pod linkiem:
http://time-sport.pl/wyniki- 27-28- 01-2018- zamiec/
Osobiście nieco żałuję, że pod uwagę był brany czas łączny teamu, bo ciekaw jestem, jak wypadłem na tle innych biegaczy.
Przed powrotem do domu razem z Kasią odsypialiśmy, podczas gdy reszta drużyny poszła na ceremonię rozdania nagród. Dwójce z nich się poszczęściło i tak Marta wylosowała kultową czapkę „Zamieci”, a Robert kalendarz i garść gadżetów. Dalej zasłużona pizza i w drogę. Późnym wieczorem zmęczeni, ale i zadowoleni dotarliśmy do Lublina.
Bieg nie odcisnął na mnie jakiegoś dużego piętna. W 24 godziny zrobiłem swój tygodniowy przebieg i tyle samo czasu potrzebowałem na regenerację. Nieco rewolucji żołądkowych, lekka sztywność, ale dziś jestem świeży i gotów, by znów się ruszać.
Podsumowując – był to super wyjazd z fajnymi ludźmi i masą dobrej energii, która daje siłę do dalszego działania.
Czy pojawimy się tu ponownie w kolejnych edycjach (może w letniej wersji, jak proponują organizatorzy)?
Nie mówię nie, choć początkowo nie byłem przekonany co do organizacji, jednak samo doświadczenie było całkiem fajne.
Nie będzie to jednak dla mnie priorytetem, bo zgodnie z moją filozofią chcę próbować nowych rzeczy i podróżować dalej.