(...)
Rozłączyła się i rzuciła słuchawkę na łóżku. Następnie sama usiadła na pościeli, zrywając się zaraz z obrzydzeniem, gdy przypomniała sobie swoje odkrycie.
O ile Eric miał nadzieję na spokój do końca marnych godzin, odpokutowanych za biurkiem droższym, niżeli istnienie wielu mieszkańców owego wspaniałego miasta, mógł co najwyżej z rozmachem uderzyć głową w ścianę i zakończyć swoje marne jestestwo. Nie zdołał zaledwie odetchnąć, kiedy wtem irytujący dźwięk telefonu ponownie rozbrzmiał ze zdumiewającym echem w jego zdecydowanie zbyt dużym (jak na jednego użytkownika) pomieszczeniu, co poskutkowało donośnym jękiem niezadowolenia, wyrwanym spomiędzy jego warg. Pierwotnie, jak na przerośniętego gówniarza przystało, postanowił zignorować ilość połączeń, jednakże myśl o reakcji jego ojca, gdyby tylko przyszło mu się o tym dowiedzieć, była wystarczającym powodem, aby postawić stopy ponownie na ziemi i, chcąc czy nie chcąc, zmierzyć się z rzeczywistością jak na dorosłego, idealnie prosperującego mężczyznę przystało.
Nacisnąwszy zatem odpowiedni guzik, odnotowując w myślach, iż musi koniecznie zwolnić sekretarkę i poszukać kogoś bardziej kompetentnego, zdążył zaledwie wydukać urwane “słucha-”, kiedy uderzył go istny potok słów. Automatycznie się skrzywił, uświadomiwszy sobie, iż ma zaszczyt spotkania z tym typem klientów, po milisekundach zawahania ostatecznie podniósłszy się z miejsca, poprawiając bez większego powodu gładki, czarny krawat. Nie mając jakiegokolwiek wyjścia z niewygodnej dla niego sytuacji, opuścił swoje biuro z niemą żałobą na ustach, swoje kroki przekierowując do pokoju oznaczonego numerem dwieście trzynaście. Kiedy tylko znalazł się na korytarzu, jego osoby dobiegła widocznie zdenerwowana sekretarka, machając przed jego oczyma stosem plików i powstrzymując się od obgryzienia swoich sztucznych paznokci o abstrakcyjnym kolorze. Zbył ją zaledwie półuśmiechem i krótkim “wylatujesz”, ignorując dramatyczne zaskoczenie, jakie pojawiło się na jej twarzy. Jeden problem z głowy.
Znalazłszy się przed drzwiami z zaszczytnymi numerami, kolejno; dwa, jeden, trzy, wziął głębszy oddech i zapukał dwukrotnie, aby w następnej kolejności złapać za klamkę i jednym szarpnięciem nacisnąć ją w dół i do przodu. Stanąwszy w drzwiach, równocześnie zaplatając dłonie na piersi, zmusił się do uniesienia kącików ust w łagodzącym uśmiechu, co miało- w teorii rzecz jasna- rozładować zastałe napięcie między nim, a nieznajomą, pozwalając, aby jedna z jego brwi powędrowała do góry w pytającym geście. “Zatem, w czym tkwi problem?” Zapytał, zupełnie spokojnie, nie spuszczając wzroku ze swojego gościa.