Scrivere questa storia è stata un'esperienza difficile da raccontare a parole. Questa storia è fatta di lacrime, di sorrisi, di frustrazione, di "non posso continuare" e di "ce la faremo"... Ma, soprattutto, questa è una storia fatta di amore e per amore.
Un anno fa qualcosa si è rotto nelle nostre vite, un evento che ha cambiato per sempre qualcosa dentro di noi.
Quest'avventura è nata per celebrare quella vita che ci è stata strappata troppo presto, per raccontare la sua anima bella e per regalargli quel lieto fine di cui è stato ingiustamente privato.
È una storia scritta a sei mani e centinaia di lacrime, perché solo con Michela e Stefania poteva succedere. Ragazze, vi voglio bene.
Liam, dovunque tu sia, mettiti comodo: questa storia è per te 🤍
Harry Styles è un detective che indaga su crimini magici. La sua vita è fatta di logica, indizi e regole precise, finché il suo nuovo caso n
Harry Styles is a detective investigating magical crimes. His life is built on logic, clues and strict rules, until a new case leads him to chase Louis Tomlinson, an elusive witch who seems impossible to catch. When he finally does, reality itself begins to fracture.
Between forgotten secrets and powers that defy the laws of space, Harry and Louis find themselves drawn into events far greater than either of them. And soon they discover that Liam lies at the center of it all: a man whose role is essential, whose knowledge could shatter everything they believe to be true and who knows far more than he ever admits.
Because sometimes the truth isn't found in the world you know... but in the ones that should not exist.
---------------------- AUTHOR'S NOTES
The idea for this fanfiction was born almost for joke, the idea of writing all of us three together looked like an exciting challenge. And it was, a rollercoaster of emotions and breakdowns. Because this story is not for us, nor for you: this story is primarly for Liam. It was our way to cope with this incredible loss and to give him the happy ending he didn't have in this life. I like to imagine him chilling and having fun in the small desert island of Coconut Kiss and the Rainbow Tail or wandering through the stars like in Stardust... Liam, wherever you are, this is for you 🤍
ONCE FOR EVERYBODY WHO GOT LEFT BEHIND - CZĘŚĆ III (TŁUMACZENIE)
Tytuł: Once For Everybody Who Got Left Behind
Autorka: Eva
Oryginał: archiveofourown
Zgoda na tłumaczenie: Jest
Pairing: Ziam (Zayn Malik & Liam Payne); Larry (Harry Styles & Louis Tomlinson)
Opis: Liam nie wie co o tym myśleć, bo tu nie powinno być pytania, a jest jakim cudem w jego pokoju jest duch, nie ważne czy zrobił coś, by go obrazić, czy nie.
- To znaczy. Być może powiedziałem mu, że duchy nie istnieją?
- Oh, nie, on tego nie lubi. - mówi Louis.
(albo AU, w którym Zayn jest duchem, a Liam wprowadza się na jego strych)
Od tłumaczki: Nareszcie jest. Stwierdziłam, że sprawdzę później i nie będę już dłużej zwlekać z publikacją, mam nadzieję, że nie ma żadnych rażących błędów. Przepraszam po raz kolejny za niesamowicie długą przerwę w tłumaczeniu. Miłego czytania ostatniej już części Once For Everybody Who Got Left Behind, dajcie znać, co myślicie ;) xx
Część III
- Jeśli lubisz książki… - mówi Zayn kilka dni później, ale nie kończy wypowiedzi.
- Lubię. – mówi po minucie Liam. Stara się utrzymać miskę płatków na brzuchu; w telewizji leci dokument o lwach, który wybrał Zayn, a Liam próbuje usiedzieć prosto, by nie oblać się mlekiem, żeby mógł dowiedzieć się, dokąd zmierza Zayn ze swoją myślą.
- Myślę, że znam miejsce, w którym mogliby cię zatrudnić. – mówi w końcu Zayn. – Ma związek z książkami, więc stwierdziłem, że skoro lubisz pisać, to prawdopodobnie chciałbyś pracować z książkami. Może? Mogę się mylić.
- Obecnie przyjąłbym nawet pracę, w której ludzie przez cały dzień rzucaliby książkami w moją twarz, o ile tylko miałbym z tego pieniądze. – mówi mu Liam.
- Wydaje mi się, że musiałbyś je tylko sprzedawać. W second handzie.
- W takim razie to nawet lepiej. – przyznaje Liam, bo tak naprawdę nie chciałby, żeby ktoś ciskał grubymi książkami w jego twarz.
- Nie mogę ci nic obiecać, ale powinieneś spróbować. – mówi Zayn, po czym szuka kawałka papieru (tym razem jest to metka od spodni, które Louis kupił w zeszłym tygodniu) i zapisuje na nim adres oraz nazwę sklepu, który, jak się okazuje, Liam już widział – jest kilka przecznic stąd, bliżej do jego starego mieszkania niż do tego domu, ale pamięta, że widział witrynę tego miejsca co najmniej raz.
- Facet, który jest właścicielem, ma na imię Arthur; jeśli go zapytasz i powiesz, że jesteś kolegą brata Waliyhi, to może będzie mógł ci pomóc. – Zayn podaje Liamowi adres, jego palce delikatnie przenikają przez Liama, gdy to robi, ale w sposób, który Liamowi wcale nie przeszkadza, a raczej podoba.
__________
Liam nie wstępuje do księgarni przez kolejnych kilka dni; deszcz pada jak szalony bez przerwy przez trzy dni, a wiatr wieje tak bardzo, że obawia się, iż dach może się zerwać ze strychu w środku nocy, więc nie może znaleźć w sobie siły, by wyjść na zewnątrz, później jest także maraton filmów z Jamesem Bondem, który ogląda z Zaynem i tym zajmuje swój czas, ale gdy w końcu tam się udaje, od razu dostrzega Arthura („Jest zbudowany jak drzewo i ma głupią fryzurę.” – tak opisał go Zayn).
Powtarza to, co kazał powiedzieć mu Zayn: – Jestem przyjacielem brata Waliyhi; mówił mi kilka razy o tym miejscu. – spojrzenie, jakie pojawia się na twarzy Arthura, jest tym, które jest Liamowi bardzo dobrze znane – litość.
- Nie… oh. – mówi Arthur, robiąc minę, która miała być pocieszająca, ale wygląda, jak gdyby chciał zwymiotować. – Jesteście przyjaciółmi? Bliskimi?
Liam nie jest pewny o co chodzi, bo Zayn nie wtajemniczył go w całą sytuację, więc niedbale wzrusza ramionami. – Można to tak nazwać.
- Oh – mówi na wydechu Arthur i klepie dłoń Liama. Wie, że to z litości, że powinien poczuć się lepiej i jest do tego przyzwyczajony, bo przedtem spotykało go to setki razy, tylko tym razem nie sądzi, by powiedział coś szczególnie żałosnego, więc nie ma zielonego pojęcia, dlaczego to się teraz dzieje.
Mimo to wie, co się stanie w momencie, w którym Arthur robi tę minę, bo gdy tylko ludzie poczują do ciebie litość, jest stąd coraz krótsza droga do tego, żeby zaczęli składać ci propozycje i miał rację, bo niemniej niż dziesięć minut później, Arthur oferuje pomaganie mu w sklepie kilka popołudni w tygodniu.
Nie ma pojęcia co się właśnie wydarzyło, albo dlaczego tak się stało, ale kiedy wraca do domu, czuje ulgę, której nie czuł od miesięcy. Ma pracę, nie zostanie wyrzucony na ulicę, ani zmuszony do zostania służącym Harry’ego i Louisa. Ma cel po raz pierwszy od czasu, który wydaje się wiecznością.
- Wszystko dobrze poszło? – pyta go Zayn, gdy Liam wraca do domu. Leży na kanapie w salonie i czyta stary komiks o Batmanie, wypełniając pokój zapachem lawendy.
- Świetnie. – mówi Liam, czekając, aż Zayn uniesie nogi, żeby mógł usiąść obok niego. Technicznie rzecz biorąc, tak myśli, że mógłby usiąść bez czekania i pozwolić nogom Zayna siebie przeniknąć, ale to brzmi nieuprzejmie. – Chce, żebym przyszedł pomóc kilka dni w tygodniu. Wiesz, to nie jest pełny etat, ale w dalszym ciągu… jest dobrze. Dziękuję, naprawdę.
- Nie ma za co. – mówi Zayn, uśmiechając się w kierunku komiksu.
- Kim jest Waliyha? – pyta Liam, bo zastanawiał się nad tym całą drogę powrotną do domu. Zayn spogląda na niego, a wyraz jego twarzy jest dość nowy – wygląda na trochę winnego, ale bardziej na przyłapanego na czymś.
- Ah, myślałem… nie domyśliłeś się?
- Nie. – przyznaje Liam, czując, jakby pominął coś oczywistego. – Kim jest Waliyha? Albo kim jest jej brat?
- Um – mówi Zayn. – To ja?
- Ty jesteś…oh. Oh. – Liam w końcu załapał. A Zayn się z niego śmieje.
- Nie domyśliłeś się? – pyta między salwami śmiechu.
- Oczywiście, że nie, nie… gdybym wiedział… - chowa twarz w dłoniach i zamyka oczy. – O Boże, wykorzystałem mojego martwego przyjaciela do własnych celów. – jęczy.
Zayn śmieje się jeszcze bardziej.
- To nie jest wykorzystywanie mnie, jeżeli kazałem ci to zrobić, idioto.
- To nadal nie w porządku! – protestuje Liam.
- Kto to mówi? Ja jestem duchem, mi to nie przeszkadza, więc jest w porządku, widzisz?
- Ale jemu było tak przykro, pytał czy byliśmy blisko, ja powiedziałem, że tak i on patrzył w ten sposób…
Zayn przerywa mu ponownym wybuchem śmiechu. – Czekaj, przepraszam, ale… Powiedziałeś, że byliśmy przyjaciółmi, czy że byliśmy blisko?
Liam marszczy brwi. – Cóż, nie wiedziałem, że mówimy o tobie, a on zapytał, czy byliśmy blisko, ja nie znałem odpowiedzi, więc powiedziałem coś w stylu „można to tak nazwać”.
- Oh, to tylko… - gdyby Zayn nie był już martwy, Liam martwiłby się, że wejdzie w jakiś stan epilepsji od tego, jak bardzo się śmieje. Nawet trochę sapie. – Wiesz, co mógł sobie pomyśleć? Prawdopodobnie uznał, że byliśmy parą.
- O Jezu... – mówi Liam. – Zayn! To nie jest śmieszne! Ten biedny facet zapewne myślał, że jestem twoim rozpaczającym chłopakiem, to dlatego tak szybko zaoferował mi pracę.
- Liam, naprawdę nic się nie stało. – mówi Zayn, starając się powstrzymać swój chichot. Nie do końca mu się to udaje. – Serio, Art to idiota, doprowadzał mnie do szału ciągłym przesiadywaniem w naszym domu, zjadaniem wszystkiego i tak dalej, więc pomyśl o tym, jak o odpłaceniu się mi przez niego.
- Ale… ale teraz ja jestem dłużny tobie. – protestuje Liam.
- Wcale nie, nie wygłupiaj się. Mogłem pomóc, chciałem, więc to zrobiłem, teraz się z tym pogódź. – Liam uważa, że w tym momencie Zayn brzmi przerażająco podobnie do Louisa.
- W porządku. – mówi w końcu. Próbuje, choć jemu również niezbyt się to udaje, ale nim dochodzi do końca starego filmu o Batmanie, który jest w telewizji, jego poczucie winy niemal całkowicie znika, a zastępuje je ulga, którą czuł wcześniej i coś jeszcze… coś co jest łudząco podobne do szczęścia.
__________
Z perspektywy czasu powinien przewidzieć, że to się zbliża, bo, prędzej czy później, zawsze następuje. Wie już, że Zayn ma co najmniej jedną siostrę, a później opowiada też o Saffie i o swoich kuzynach, trochę o swoich rodzicach i o psie, którego mieli.
Ale kiedy Zayn w końcu pyta go, gdzie mieszka jego rodzina, coś w jego brzuchu zaciska się w ten nieprzyjemny, znajomy sposób.
- Um, - mówi, nerwowo obracając łyżką, którą trzyma w dłoni. Są w kuchni, Liam je lunch i jest wręcz zdesperowany, by znaleźć sobie zajęcie bardziej ambitne od obracania zwykłą łyżką. – Tak właściwie to moi rodzice nie żyją.
Mówił to już wcześniej, oczywiście, wiele razy. Nie jest mu łatwiej, ale przynajmniej wie czego oczekiwać od takiej rozmowy: najpierw litość, później niepokój, aż wreszcie wydarzy się coś niesamowicie ważnego, że jego rozmówca będzie musiał wyjść, gdy tylko zabraknie mu miłych słów do wypowiedzenia.
Ale Zayn nie robi tej smutnej, żałosnej miny, którą robią wszyscy; Liam wie, że oznacza to większe zakłopotanie tej osoby niż kiedykolwiek, bo powiedział to i zniszczył atmosferę przez bycie sierotą. Zayn tylko kiwa głową, a Liamowi przychodzi do głowy, że on musi rozumieć lepiej niż wszyscy, jak radzić sobie ze śmiercią drugiej osoby, wie, że czasami najlepsze, co można zrobić, to nierobienie kompletnie nic.
- Miałem wtedy szesnaście lat. – mówi Liam i to jest dla niego coś nowego, bo nigdy tego nie robił, nie zdradzał żadnych szczegółów. Ale Zayn zrozumie, wie to tak samo, jak wie, że grawitacja istnieje. –Wypadek samochodowy. Wracali do domu z weekendowego wyjazdu; był luty, samochód uderzył w lód i um… Tak to się stało. – bierze wdech.
- Co zrobiłeś? – pyta cicho Zayn. – Po tym wszystkim?
- Moje siostry zajęły się mną, a raczej… Przynajmniej próbowały. Mieliśmy tylko babcię, która mieszkała w domu starców i zmarła rok później. Ruth wyjechał do Stanów i nie widziałem jej od lat. Nicola nadal mieszka w Wolverhampton, ale ma… problemy. – ujmuje to delikatnie, bo Zayn nie musi słyszeć o jej zepsutych chłopakach i drobnych przestępstwach, które Liam nauczył się ignorować. – Przeważnie… liczyłem sam na siebie. – starał się tak, jak mógł.
- Wygląda na to, że radziłeś sobie lepiej niż dobrze. – mówi Zayn, pochylając się, jakby chciał trącić go ramieniem, gdyby mógł.
Liam wzrusza ramionami, przysuwając się bliżej Zayna. Chciałby położyć głowę na ramieniu Zayna. – Przynajmniej próbowałem.
Siedzą tak na granicy kontaktu, a po dłuższej chwili, szybciej niż zazwyczaj, Liam czuje napięcie, które wrzyna mu się w brzuch za każdym razem, gdy za długo myśli o rodzicach.
- Cieszę się, że się wprowadziłeś. – mówi mu Zayn. – Na początku nie byłem z tego zadowolony, z nowej osoby, dobrze o tym wiesz, ale to, że tu jesteś, jest… miłe.
- Tak – mówi Liam, zaskoczony tym, jak bardzo się zgadza. – Ja też się cieszę. – nie zrozumiał, jak bardzo, ale gdy już to wypowiedział, wie, że to prawda i wbrew sobie uśmiecha się.
__________
Nie mija dużo czasu, zanim Liam orientuje się, że w jakimś stopniu Zayn stał się najbardziej stałym elementem jego życia. Jest obok rano, gdy Liam się budzi i snuje się po domu w dresach i bluzie w swoje dni wolne, kiedy wraca z księgarni i strzepuje kropelki deszczu z włosów. Ale nie chodzi o to, że po prostu tu jest, Harry i Louis też tu są, też wpletli się w życie Liama z taką łatwością, że również szczególnie tego nie odczuł, ale… ale z Zaynem jest inaczej. Kiedy widzi Zayna, czuje, że ścisk w jego klatce piersiowej minimalnie ustępuje. Nawet nie wiedział, że coś go uciska, dopóki nie zaczęło rozpadać się w małych kawałeczkach.
To nic specjalnego, naprawdę. Przynosi do domu filmy, które razem oglądają, grają w FIFĘ, kłócą się o wrogów Batmana i o to, który Avenger ma najgłupszy kostium (Liam jest przekonany, że Hawkeye), a także o wszelkiego rodzaju rzeczy, o których Liam nie rozmawiał z nikim od wieków. Myśli, że powinien mieć dosyć tak częstego przebywania z jedną osobą, ale zamiast tego cieszy się, gdy wraca do domu i zastaje w nim Zayna.
Wychodzi też z Harry’m i Louisem, bo nie tylko Zayn staje się jego domem, oni również. Zabierają go do pubu Nialla, w którym Niall czasami występuje podparty na stołku z gitarą akustyczną na kolanach i czapką założoną daszkiem do tyłu, rzucając przekleństwami w przerwach między piosenkami. Prawie zawsze piją za dużo, wracają do domu za późno i zachowują się jak idioci – zdaniem Liama Louis stanowi zagrożenie w miejscach publicznych, gdy jest pijany – i Liam nie pamięta kiedy ostatnio tak dobrze się bawił. Ulgą jest pamiętać, przynajmniej czasami, że nie musi być trzydziestopięciolatkiem, gdy nie ma jeszcze nawet dwudziestu pięciu lat.
A gdy wraca domu i Zayn w nim jest, czuje napięcie w swojej klatce piersiowej spowodowane… czymkolwiek to coś jest i myśli, że właśnie to składa się na dom. Myśli, że minęło zbyt wiele czasu, odkąd go miał.
To wszystko wcale nie byłoby problemem, z wyjątkiem… z wyjątkiem tego, że Liam nie może przestać myśleć o tym, co Zayn powiedział w dniu, w którym dostał pracę w księgarni. Że Arthur prawdopodobnie myśli, że byli razem, gdy Zayn żył. I to wcale mu nie przeszkadza, niepokoi go natomiast fakt, że nie może przestać myśleć o tym, jakby to było być z Zaynem w ten sposób. Wie, że nie może dotknąć Zayna, ale zastanawia się, jakby to wyglądało, wyobraża to sobie z czymś jak desperackie pragnienie. Przeraża sam siebie z tym, jak bardzo tego chce, chce oprzeć się na ramieniu Zayna, poczuć jego zarost na swoim policzku i dotykać tatuaży na jego ramionach i obojczykach.
To całkowicie niestosowne – wmawia to sobie mając nadzieję, że ewentualnie, gdy powtórzy to wystarczająco dużo razy, okaże się prawdą.
Póki co - tak się nie stało, a jedyne co udało mu się osiągnąć to przerażające poczucie winy; nie powinien marzyć o tym, żeby jego przyjaciel był żywy, by mógł sprawdzić, czy jego rzęsy są tak delikatne, na jakie wyglądają, albo jak smakuje wnętrze jego ust. To złe pod tak wieloma kątami, że ledwo potrafi je wszystkie zliczyć.
Wmawia sobie, że może to stłumić; jest mistrzem samokontroli, panem własnego losu, potrafi się powstrzymać od niestosownych, zboczonych fantazji, jeśli przekona do tego swój umysł.
Przy odrobinie szczęścia.
Prawie sobie uwierzył, aż trzeciego dnia z rzędu, będąc w połowie drogi do orgazmu pod prysznicem, z przerażeniem orientuje się, że ma przed oczami kogoś, kogoś o ciemnych oczach i szczupłych nadgarstkach, i ciemnych liniach tatuaży wijących się na powierzchni skóry.
Próbuje usprawiedliwić się tym, że to może być każdy. Jest mnóstwo ludzi, którzy pasują do opisu, mnóstwo ludzi, którzy zdecydowanie nie są Zaynem.
Jednakże trzeciego dnia usprawiedliwień, słyszy jak cicho jęczy „Zayn”, gdy dochodzi.
Kiedy jego oddech wraca do normy, robi dwa kroki w tył, opiera plecy o mokre płytki pod prysznicem i w ciszy przyznaje się do porażki.
__________
W środę, bez żadnego ostrzeżenia, Liam budzi się tęskniąc za nimi.
Zdarza się, czasami, coraz rzadziej, ale przewiduje, że nigdy nie przestanie – budzić się rankiem, który miał być zwyczajny i nagle być przygnieciony tym ciężarem.
Nie wstaje z łóżka, bo to jedyny sposób w jaki radzi sobie z takimi dniami. Zjawiają się niezapowiedziane – nigdy w ich urodziny, ani dzień, w który to się stało, tylko w najzwyklejsze dni, które nagle stają się okropne przez pustą formę, jaką po sobie pozostawili. Najlepiej jest to przeczekać.
Więc owija kołdrę wokół ramion i czeka.
Po jakimś czasie słyszy skrzypnięcie otwieranych drzwi do strychu i dostrzega Zayna wsuwającego głowę do pokoju.
- Nie zszedłeś na śniadanie. – mówi, ale najwyraźniej zauważa coś na twarzy Liama, bo milknie. – Wszystko w porządku? – wchodzi po cichu do pokoju i zamyka za sobą drzwi.
- Tęsknię za nimi. – mówi Liam, bo nie ma sensu kłamać, myśli, że wyraz jego twarzy i tak wydałby jego kłamstwo.
- To oczywiste, że tęsknisz. – mówi cicho Zayn, podchodząc, by usiąść obok. Jednakże waha się przez chwilę. – Potrzebujesz towarzystwa? Mogę sobie pójść, jeśli chcesz być sam, ale… mogę zostać, jeśli chcesz.
I mimo że tego nienawidzi, nienawidzi, gdy ludzie widzą w nim te części, te trochę smutne, pogmatwane i zepsute części, to czuje, że nie przeszkadza mu to tak bardzo, jeśli chodzi o Zayna.
- Zostań. – mówi, po czym odchrząka. – To znaczy, jeśli to nie kłopot.
Zayn siada obok niego i zostaje.
__________
- Chciałbym, żeby wciąż tu byli. – mówi niepewnie Liam kilka godzin później. Jest wystarczająco późne popołudnie, by słońce zaczęło zachodzić, skrywając się za linią dachów. Liam trochę spał, a Zayn najwyraźniej z nim został, bo gdy obudził się godzinę temu, Zayn siedział po turecku na krześle, patrząc na niego z nieodczytanym wyrazem twarzy.
Zayn siedzi teraz naprzeciw niego, obydwaj wcisnęli się na miejsce pod oknem, naprzemiennie patrząc za okno i na Liama.
- Chciałbym… Chciałbym, żeby byli jak ty.
Twarz Zayna przechodzi cień.
- Nie… Nie powinieneś tego mówić. – mówi stanowczo.
- Ale to prawda. – mówi Liam, bo chciałby tak nagle, gwałtownie. – Lubię mieć ciebie obok i-i jeśli jest jakiś sposób… - i o to chodzi; nie było mu łatwo, kiedy myślał, że odeszli nieodwracalnie, ale teraz, gdy wie, że jest coś, a ich nadal nie ma, myśli, że właśnie dlatego tym razem, ten dzień, uderzył w niego jak cios pięścią w brzuch, ciężar tego, jak bardzo za nimi tęskni.
- Nie. – mówi Zayn jeszcze bardziej stanowczo. – Nie wiesz, o czym mówisz.
Liam spogląda na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Tak jest łatwiej. Możesz pozwolić im odejść.
- To… wcale nie jest łatwiejsze, Jezu. – mówi, czując desperację, choć nie wie dlaczego; chce, żeby Zayn zrozumiał, chce znaleźć odpowiednie słowa, by uświadomić mu, że smutek jest jak ostry pazur rozrywający go od środka, jak sobie z tym radzić, bo nie potrafi i jest zmęczony.
- Nie miałem na myśli, że to łatwe, ale Liam, posłuchaj. Bycie takim jest… czasami jest okropnie, wiesz? Jest samotnie i ja… - przerywa, żeby wstać z brzegu okna i zacząć krążyć bezczynnie. – To przerażające. Jest zimno i okropnie, może nie zawsze, czasami jest lepiej, ale to potrafi przerazić, Liam, rozumiesz? Nie chcesz tego dla nich. Uwierz mi.
Liam… chciałby uwierzyć. Ufa Zaynowi. Ale te jego cząstki, które wciąż są kruche i pokręcone, trzymają się kurczowo tej kwestii i jedyne co myśli to, że to niesprawiedliwe. Nie sprawiedliwe.
- Przynajmniej mogliby tutaj być. – mówi cicho i wstaje, by wyminąć Zayna w drodze do drzwi. – Mogliby, a nie są.
- Liam, zaczekaj. – mówi Zayn, idąc za nim. – Spójrz, tylko zaczekaj. – i wtedy, co musi być pozostałością po starych nawykach, wyciąga rękę do Liama, żeby chwycić go tuż na dłonią.
Liam zamiera.
- Oh – mówi, patrząc jak zaczarowany na miejsce, gdzie Zayn trzyma go za nadgarstek. Gdzie trzyma Liama. Nie przenika go, nie porusza się wokół. Naprawdę go dotyka – mocno i prawdziwie. Jest nie do końca normalnie, zdecydowanie nie tak, jak dotyk kogoś żywego, jakby w każdej chwili Zayn miał prysnąć niczym bańka mydlana. Ale jest prawie, a im dłużej Zayn utrzymuje swoją rękę w miejscu, staje się tym cieplejsza i prawdziwa. Wszystko inne – jego smutek, ich rozmowa, całe pomieszczenie wokół nich – nie ma znaczenia, wszystko skupia się na tym: na dłoni Zayna na jego nadgarstku.
- Jak… Jakim cudem – zaczyna pytanie Zayn, wyglądając na równie oszołomionego jak Liam.
- Nie wiem – szepcze. – Czy kiedykolwiek… To znaczy, czy już kiedyś to zrobiłeś?
- Nigdy. – odpowiada Zayn, kręcąc głową i nadal patrząc z niedowierzaniem. Liam czuje, że jego zimne palce trzymają go mocniej i nie wie, czy dreszcz, który przebiega wzdłuż jego ręki, jest spowodowany dotykaniem ducha, czy dotykaniem Zayna nareszcie, nareszcie.
- Jezu – słyszy swój głos, bo to nie on jest duchem wśród nich, a mimo to czuje, jakby unosił się nad własnym ciałem.
- Przepraszam. – mówi Zayn jak gdyby w oddali. Liam nie pamięta nawet za co Zayn mógłby przepraszać, bo to, dotyk jego palców, uścisk jego skóry, o której dotyku nie śmiał marzyć, jest wszystkim, o czym myśli. To tak wiele, ale nagle chce więcej, pragnie każdej części Zayna, której może dotknąć, gdy wie, że jest to teraz możliwe.
Więc cofa rękę do tyłu, by przyciągnąć Zayna do przodu i całuje go.
Miał zamiar odsunąć się chwilę później, ale nie potrafi. Jeśli nigdy nie dostanie już takiej szansy, jeśli to tylko przypadek, albo Zayn nagle powróci do poprzedniej formy czy coś, nie będzie mógł żyć ze świadomością, że odsunął się tak wcześnie. Więc przysuwa się jeszcze bliżej, a Zayn wydaje dźwięk, który przeszywa całe ciało Liama.
Zayn przyciąga go do siebie, aż Liam styka się z nim na całej długości, czuje stałe ciepło jego ciała, zachwyca się jego prawdziwością. Jego ramię ląduje na plecach Liama, powstrzymuje go od odsunięcia się, ale Liam nigdy by tego nie chciał, chce, by to trwało wiecznie.
- Czy ty – zaczyna mówić Zayn, chociaż większość słów zostaje stłumiona przez usta Liama. – Jezu, tak bardzo tego pragnąłem, że nawet nie… pomyślałem. – wkłada swój język głębiej między wargi Liama.
- Mogę… proszę – jąka się Liam, chcąc wszystkiego naraz. – Czy mogę… dotknąć cię? – szepcze. Chce dotykać Zayna wszędzie, nigdy nie przestać, nigdy.
- Boże, tak – mówi Zayn. Jego dłonie wędrują do koszulki Liama, którą unosi, a Liam opuszcza głowę, żeby Zayn mógł zdjąć z niego materiał. Chce być bliżej, nawet cienkie warstwy ich ubrań za bardzo ich oddzielają. Następnie ściąga koszulkę Zayna i zanim zdąża dobrze, dokładnie mu się przyjrzeć – zauważa więcej tatuaży na klatce i brzuchu, których wcześniej nie widział, Zayn popycha go do tyłu, aż jego kolana uderzają w łóżko i upadają na nie razem z lekkim skrzypnięciem.
Liam chwyta jedną ręką mosiężnej ramy łóżka, gdy Zayn zaczyna gryźć jego klatkę, całować, zostawiać małe ślady i Liam nie może powstrzymać się od jęków, bo to takie cudowne czuć palące ciepło ust Zayna. Zayn spogląda do góry, kiedy dociera do bioder Liama, pytając o pozwolenie, gdy delikatnie zsuwa dresy Liama.
Liam przełyka ciężko i kiwa głową.
Opuszcza spodnie i bieliznę Liama, który gdyby był w stanie myśleć, prawdopodobnie byłby zażenowany tym, jak bardzo twardy już jest, ale w tej sytuacji nawet nie przechodzi mu to przez myśl. Usta Zayna znajdują się tuż nad penisem Liama, jego oddech jest gorący, oblizuje swoje wargi (Liam od razu uważa to za sprośne), a chwilę później jego usta są ciepłe i ciasne na penisie Liama, który desperacko stara się nie unieść bioder, ani jęczeć, ani zemdleć. Przynajmniej nie mdleje.
To niemal nieznośne jak piękny jest Zayn nawet podczas obciągania; jego długie, delikatne palce ułożone na biodrze Liama, długie rzęsy tworzące wachlarze na jego policzkach, gdy zamyka oczy.
Jego wolna ręka dotyka Liama, gdy wciąż ssie, gorąca strużka śliny Zayna wszystko usprawnia, a Liam jęczy, bo nie chce, by to kiedykolwiek się skończyło, ale myśli, że tak będzie i to o wiele za szybko.
- Ngh – mruczy i pociąga delikatnie za włosy Zayna, unosząc jego głowę do góry. Zayn spogląda na niego z szeroko otwartymi oczami, a Liam musi więcej go dotykać, bo umrze, jeśli tego nie zrobi. – Zaraz… Zaraz dojdę, jeśli nie przestaniesz. – wyjaśnia zduszonym głosem. – Nie chcę… Chciałbym…
Zayn najwyraźniej rozumie, bo kiwa głową i kładzie się obok Liama. – Tak. – mówi. – Chcę… Chcę tego. Będziesz mnie pieprzył, Liam?
Zagryza wargę, a Liam myśli, że chyba umiera, bo Zayn brzmi tak niepewnie, ale Liam nie wie dlaczego, chyba nigdy w życiu nie chciał czegoś bardziej i absolutnie przestanie istnieć, jeśli szybko nie znajdzie się w Zaynie.
- Jesu, tak, jeśli mi pozwolisz. – zgadza się.
- Okej, poczekaj chwilę. – mówi Zayn z nieodgadnioną dzikością w oczach. – Cholera, masz…?
- Oh – mówi Liam, marszcząc brwi. – Może w łazience?
Zayn wstaje z łóżka i przeczesuje dłonią włosy. – Poczekaj tutaj, dobrze? – mówi i dosłownie biegnie ku schodom.
Liam wpatruje się w sufit, czekając i stara się przypomnieć sobie, jak się oddycha.
Kiedy Zayn wraca, Liam siada, a Zayn staje między jego nogami. Liam błaga swoje dłonie, żeby nie drżały, gdy próbuje rozpiąć rozporek spodni Zayna, co udaje mu się za drugim podejściem.
Gdy są już nadzy, Zayn ponownie popycha go na łóżko, po czym kładzie się obok, podając mu małą buteleczkę, którą przyniósł z łazienki. Liam uspokaja się, biorąc głęboki oddech i zajmuje miejsce między nogami Zayna. Sunie delikatnie palcem po biodrze Zayna, wnętrzu jego uda, muska kilka razy jego penisa, zanim otwiera buteleczkę i zwilża swoje palce.
- Powiedz mi, jeśli to za dużo. – mówi.
Zayn kręci głową, a Liam wsuwa pierwszy palec, starając się nie zacisnąć oczu, gdy Zayn syczy z rozkoszy. – Jezu, tak – mówi.
- Właśnie tak – mówi Liam, powoli poruszając nadgarstkiem – prawdopodobnie wolniej niż powinien, ale Zayn jęczy i osuwa się na niego i gdy wkłada drugi palec, zginając i rozszerzając obydwa, Zayn z trudem łapie powietrze, co jest prawdopodobnie najbardziej gorącą rzeczą, jakiej Liam doświadczył.
Przy trzecim palcu, powieki Zayna opadają na kilka chwil przed tym, jak odpycha rękę Liama.
- Cholera, zrób to. – dyszy Zayn, wijąc się i napierając na palce Liama po raz ostatni.
- Jesteś pewien? – pyta Liam, powoli wyciągając palce. Zayn mocno przytakuje dwa razy, a Liam czeka chwilę, by móc się pozbierać, zanim powoli wchodzi w Zayna.
- W porządku? – pyta, pokrywając swoim ciałem Zayna i trzymając jego biodra.
- Tak, cholera, jest cudownie, tylko… daj mi chwilę. – mówi Zayn, tracąc oddech. Liam myśli, że da mu wszystko o co poprosi, dosłownie wszystko.
- W porządku, proszę, czy mógłbyś… porusz się. – mówi mu za moment Zayn. Liam przytakuje, zanim wysuwa biodra do tyłu, a następnie delikatnie do przodu. – Więcej, no dalej. – mówi Zayn, a Liam wymawia niemą modlitwę do czegokolwiek, co dało mu te szczęście, po czym pcha z impetem i stara się przybrać odpowiedni rytm.
- O mój Boże. – mruczy Zayn i Liam się zgadza, ale nie może znaleźć słów, więc pochyla się, opierając na rękach i pospiesznie całuje Zayna, chcąc posmakować go całego naraz, pragnąc tyle z Zayna, ile tylko może dostać.
Zayn unosi biodra, żeby napotkać pchnięcia Liama i Liam chciałby to utrzymać na zawsze, ale czuje drżenie swoich rąk, mrowienie w zagłębieniu kręgosłupa i cofa się.
- Jesteś piękny. – mówi Zaynowi, przenosi swój ciężar na jedną rękę, żeby drugą móc sięgnąć Zayna i pospiesznie dotknąć jego penisa. Desperacko chce zobaczyć jak Zayn dochodzi – wyobraża sobie, że to pewnie najpiękniejszy widok z możliwych.
- Kurwa, Liam, ja zaraz… - zaczyna Zayn, ale przerywa jękiem, wbijając palce w biodra Liama i przyciągając go mocno, gwałtownie.
- Tak, Boże, chcę zobaczyć… chcę cię zobaczyć – Liam próbuje powiedzieć, a wtedy oczy Zayna zamykają się, zaciska się ciasno wokół Liama i dochodzi na jego pięści cicho z wyjątkiem jednego nierównego wydechu.
Liam próbuje pozostać nieruchomo, bo chce to zapamiętać, chce odtwarzać ten moment każdego dnia, bo Zayn jest cudowny, piękny i gorący, i prawdziwy, i tutaj, właśnie tutaj pod Liamem. Pozostaje tak, patrząc, dopóki Zayn nie wyrównuje oddechu i trąca bok Liama. – No dalej. – szepcze i to wystarczyło; biodra Liama poruszają się ostro i nierówno kilka razy, po czym wyjmuje swojego penisa, widząc biel, gdy mocno zaciska oczy i dochodzi na biodra i brzuch Zayna.
__________
- Czy to w porządku? – pyta po wszystkim Zayn. Pościel leży splątana między ich biodrami, a Liam nie jest do końca pewien, czy całkowicie odzyskał zdolność mówienia, ale jest na dobrej drodze ku temu. – Przepraszam, powinienem był zapytać, ja po prostu…
Przerywa, gdy Liam muska opuszkami palców jego nagą pierś, bo może i nie sądzi, że kiedykolwiek przestanie zachwycać się tym, że może to robić.
- Oczywiście, że tak. – mówi mu Liam. – Chcę tego. – i mimo że jego serce bije zbyt szybko, ostry tatuaż we wnętrzu jego piersi, czuje się pewnie, gdy splata ich palce. – Naprawdę tego chcę, jasne? Wszystkiego, nie tylko… wszystkiego, rozumiesz? – nie powinien być tego pewien, ale jest, bardziej niż czegokolwiek.
- Wszystkiego. – szepcze Zayn. – Ja też. – słowa zdają się unosić aż do sufitu, zwisają w powietrzu nad nimi dwoma, gdy skrywają się razem pod kocem; głowa Zayna spoczywa na piersi Liama, unosząc się delikatnie, gdy oddycha.
__________
Po tym, wszystko nie powinno być tak łatwe, jak jest. Nie powinno być łatwo umawiać się z martwą osobą, ale jest, ponieważ to Zayn.
Liam nadal chodzi do pracy, chociaż musi powstrzymywać się od śmiechu, gdy Arthur smutno o Zaynie, bo... bo gdyby tylko znał prawdę. Liam wraca do domu, przynosi filmy, książki i komiksy, które mogłyby spodobać się Zaynowi, jedzą obiad z Harry’m i Louisem, błagają Harry’ego, żeby miał na sobie spodnie podczas posiłków, oglądają telewizję, sypiają ze sobą i Liam jest szczęśliwy w sposób, na jaki dawno stracił już nadzieję.
Jedyną różnicą jest to, że w nocy Zayn idzie razem z Liamem na strych i kładzie się z nim spać. Zostaje, dociskając palce do bioder Liama i całuje jego usta, dopóki Liam nie traci oddechu i przysuwa się bliżej Zayna, zachwycając się jego ciałem, tym jak to dobrze mieć ciężar Zayna na sobie, dotykiem jego penisa, ciepłej skór i sposobu w jaki jęczy, gdy Liam w niego wchodzi. Nie wyobraża sobie nic cudowniejszego od tego.
Zayn zostaje z nim, gdy śpi i Liam nie wie, czy też odpoczywa, czy tylko nasłuchuje oddechu Liama. Czasami, gdy budzi się w środku nocy, Zayna nie ma, jest gdzieś w cichym domu, albo skulony na siedzeniu pod oknem, wyglądając na zewnątrz, paląc papierosa.
Gdy Liama ponownie ogarnia sen, myśli, że nigdy nie znudzi my się widok światła księżyca wpadającego przez szybę na płaszczyznę twarzy Zayna.
__________
Harry przyłapuje ich po swoich zajęciach jednego popołudnia. Liam powinien już wychodzić do pracy, ale jeśli myślał, że wyciągnięcie się z cieplutkiego domu było trudne, zanim mógł nie tylko dotknąć Zayna, ale także pocałować, przytulić i trzymać cały dzień w łóżku – to nic w porównaniu. Są na kanapie, Liam owinięty od tyłu wokół Zayna z twarzą skrytą w jego włosach i nie może się ruszyć, jeszcze nie i właśnie wtedy wchodzi Harry.
Marszczy lekko brwi i kilka razy przechyla głowę, jakby starał się zrozumieć, o co chodzi, poprzez spoglądanie na sprawę pod różnymi kątami.
- Jak to się dzieje – rozwleka. – Z tym… tym wszystkim. – wskazuje na miejsca, w którym się dotykają, czyli na wiele z nich.
Liam nie wie co powiedzieć, więc nie mówi nic. Zayn tylko wzrusza ramionami.
- Czy wy dwaj… - Harry znowu urywa i wskazuje w bardzo niesubtelny sposób.
Zayn ponownie wzrusza ramionami, ale tym razem uśmiecha się.
- I, więc, tak… znowu, jak, i, właśnie… co? – pytanie nieskładnie Harry.
- To się nazywa przytulanie, wydawało mi się, że o tym słyszałeś. – mówi Zayn. – Skoro ty i Lou jesteście praktycznie złączeni ze sobą operacyjnie i tak dalej.
Twarz Harry’ego rozpromienia się. – Oh, cudownie, Lou będzie wniebowzięty. – truchta do przodu i bez wahania dotyka opuszkiem palca czoła Zayna. Zatrzymuje się, nie przenika, Zayn jest stały i prawdziwy jak wszystko wokół, a Harry wydaje okrzyk radości, po czym całuje miejsce, które dotykał, mimo że Zayn za wszelką cenę próbuje się odsunąć, chociaż ciało Liama jest za nim i powstrzymuje go od jakiegokolwiek ruchu.
- Lou! – krzyczy Harry i upada na samym brzegu schodów. – Lou, chodź, od teraz możemy tulić Zayna! – słyszą huk z okolic ich pokoju, co Liam interpretuje jako rzucenie czymś przez Louisa, więc Harry wywraca oczami i wchodzi po schodach, żeby go przyprowadzić.
- Wydaje mi się – mówi ponuro Zayn. – że mogę zacząć tego żałować.
__________
Dwadzieścia minut później, Liam walczy o ostatni oddech, będąc na samym dole pięcioosobowego stosu, przygnieciony przez Nialla, do którego Louis zadzwonił chwilę po tym, jak dowiedział się, że Harry nie kłamał i Zayn naprawdę jest stały na tyle, że można go swobodnie poniewierać.
Zayn, gdzieś nad Liamem, kompletnie milcząc z zamkniętymi oczami i miną osoby, która próbuje się teleportować z nieprzyjemnej sytuacji siłą własnej woli.
Wychodzi na to, że Liam nie idzie tego dnia do pracy, bo pozostali ni pozwalają mu wstać. Nienawidzi urywać się z pracy bez konkretnego powodu, ale nie potrafi być wystarczająco zły z tego powodu.
__________
- Jak wygląda wasz seks – to jest to, co chciałbym wiedzieć. – mówi spokojnie Louis następnego dnia przy śniadaniu. Zayn wzdycha ciężko i opuszcza głowę na blat.
- Jestem po prostu ciekawy! – protestuje Louis, przenosząc swoją uwagę na Liama i przybiera minę, która chyba miała być niewinna i bezpretensjonalna. – Nie znam nikogo innego, kto pieprzył ducha, to tyle!
Zayn tylko jęczy i unosi się nad ziemią do salonu, najwyraźniej niezainteresowany tego typu dyskusją, pozostawiając Liama, który próbuje nie zadławić się na śmierć swoimi płatkami, samego.
- Przepraszam. – mówi Louis, klepiąc go po plecach i czeka, aż odzyska zdolność do oddychania. – To było nieuprzejme, nie powinienem był niczego przypuszczać.
Liam zaczyna kiwać głową, ale zanim zdąża wydusić jakieś słowo, Louis mówi dalej. – W takim razie on pieprzy ciebie?
Liam znowu zaczyna się dławić.
__________
W piątkowe popołudnie, Harry i Louis zapraszają Liama na wyjście z nimi; Louis zarządza picie do białego rana, ponieważ Harry skończył swój projekt na kurs i szczerzy się w sposób, który u kogokolwiek innego wyglądałby groźnie, przytakując Louisowi, ale Liam kręci przecząco głową.
- Innym razem, strasznie boli mnie głowa.
To prawda; był w sklepie od rana, coś było nie tak z rurami, więc musiał użerać się z hydraulikami, gdy nie było Arthura, później musiał poradzić sobie z nastolatkiem, który próbował wynieść zniszczoną kopię „Moby’ego Dicka”, kiedy Liam był zajęty kasą, Liam może sobie tylko wyobrażać, z jakiego powodu chciał to zrobić – być może dla tego dreszczyku kradzieży. Mimo że kocha Harry’ego i Louisa, jedyne czego teraz chce, to wtulić się w Zayna na kanapie, obejrzeć pierwszą lepszą rzeczą jaką znajdzie w telewizji i nie ruszać się do kolacji.
- Nie ruszam się do kolacji. – ostrzega Zayna, przykrywając ich kocem. Zayn przytula go od tyłu i uśmiecha się w tył szyi Liama, włącza telewizor, a Liam zasypia zanim zdąża rozpoznać film wybrany przez Zayna.
Przesypia cały film i nie budzi się aż do późnego popołudnia. Jego telefon wibruje w kieszeni, na co marszczy brwi, ponieważ jedynymi osobami, które do niego dzwonią są Harry i Louis, a ten numer nie należy do żadnego z nich.
Nie zdąża odebrać, zanim telefon automatycznie przechodzi do poczty głosowej. Zamierza jej nie odsłuchiwać, ale numer jest nieznany i może to mieć związek z jego pracą, więc gdy słyszy charakterystyczny dźwięk, przykłada urządzenie do ucha.
Głos po drugiej stronie jest piskliwy i nieznajomy. Liam wsłuchuje się bardzo dokładnie, czuje, że zamiera i zapewne blednie. Słucha wiadomości ponownie po jej zakończeniu dla pewności, po czym wyłącza telefon i siedzi bardzo sztywno, starając się myśleć.
- Cholera. – to jedyne co przychodzi mu na myśl, więc szepcze w cichym pokoju. – Cholera.
__________
- Hej – mówi Zayn, spoglądając ze swojego stałego miejsca pod oknem skierowanym na zachód. – Przepraszam, że cię zostawiłem. Film się skończył, a ty wyglądałeś na zmęczonego, nie chciałem cię budzić.
Liam próbuje się uśmiechnąć, ale wie, że mu to nie wychodzi, bo zaniepokojenie maluje się na twarzy Zayna. – Dobrze się czujesz?
- Muszę jechać – mówi Zaynowi. – Z powrotem do Wolverhampton. Nicola się odezwała. Ona. – przełyka ciężko te słowa. – Ona miała wypadek samochodowy. – próbuje zachować dla siebie szczegóły: o ścianie na parkingu, w którą uderzyła, tak na przykład, jak szybko wtedy jechała i że właśnie opuszczała pub.
- Cholera. – mówi Zayn. – Li, bardzo mi przykro, to…
Nie kończy zdania, ale nie musi, ponieważ Liam zdążył już wymyślić każde możliwe zakończenie. Cholernie najgłupsza rzecz, najgorsza cholerna rzecz, dosłowna realizacja jego koszmarów - między innymi te przychodzą mu do głowy.
- Tak. – mówi. – Więc muszę tam jechać, odwiedzić ją w szpitalu i… wszystko to ogarnąć, tak myślę. – nie ma pojęcia, jak mu się to uda. Nie zna koniecznych kroków postępowania. Ale nie ma nikogo, kto go ich nauczy, więc będzie musiał radzić sobie sam.
- Nie, um… - waha się. – Nie wydaje mi się, żebyś mógł jechać ze mną?
Logicznie, albo chociaż na tyle logicznie, na ile to możliwe, na tę chwilę nigdy nie widział, żeby Zayn opuścił dom. Liam podejrzewa, że gdyby mógł, pewnie już by to zrobił. Liam zna Zayna, wie jaki jest, co go śmieszy, co go zasmuca, ale nadal nie jest pewien, jak to wszystko działa – jakie są zasady i ograniczenia fizyczne. Jego dłonie lekko drżą, wydaje mu się, że zna odpowiedź, ale bardzo, bardzo pragnie, by Zayn powiedział mu tak.
- Nie. – odpowiada powoli Zayn, krzyżując nogi, żeby zrobić miejsce dla Liama. Brzmi tak smutno, że Liam od razu żałuje, iż w ogóle zadał te pytanie. – Nie, przepraszam. – wzdycha i przysuwa się blisko Liama, gdy ten siada obok. Wydaje się ciepły i prawdziwy, chowając się pod ramieniem Liama i uderza w niego to, jakie to łatwe, gdy Zayn jest taki ciepły i prawdziwy, zapomnieć jak ogromnie różnią się od siebie.
Siła tego uderzenia niemal łamie mu serce.
- Próbowałem – Zayn kontynuuje po chwili, jego ręce przyciągają Liama do ostrych krawędzi jego obojczyków, klatki piersiowej. – Nie mogę wyjść dalej niż do przedniej i tylnej bramy, a nawet wtedy… Nie wiem. Nie czuję bólu, ale… to jakbym się rozpadał, tak mi się wydaje. – jego palce wsuwają się we włosy Liama i szarpią delikatnie. – Jakbym się rozprzestrzeniał, albo rozpuszczał. To okropne.
Liam nie wie, co dzieje się po śmierci. Był prawie pewien, przez większość swojego życia, że to nic wielkiego – umierasz, a później jest tak, jak było zanim się urodziłeś. To koniec twojego ciała i całej reszty i tyle. Wierzył w to przez wieki, nawet jeśli nie chciał, nawet na pogrzebie swoich rodziców, kiedy rozpaczliwie chciał wierzyć, że są oni gdzieś poza zasięgiem wzroku, czekając na niego.
A teraz jest tutaj, przytula ducha i mimo że wie o swoim błędzie, wciąż czuje się mniej pewien niż kiedykolwiek.
- Może to jak… - zaczyna. – Nie wiem. Jak przejście czy coś.
- Przejście, tak. – mówi niewyraźnie Zayn. – Może.
- Czy kiedyś… kiedyś chciałbyś, um. Tego? Przejść? – Liam orientuje się, że nigdy o to nie pytał. Nigdy przedtem nie miał wystarczająco odwagi.
- Przejść do czego? – pyta Zayn.
- Nie wiem. – przyznaje Liam. – Ale musi być coś jeszcze, no nie?
- Myślałem o tym. – mówi cicho Zayn. Jeden z jego fantomowych papierosów pojawia się w wolnej dłoni, Liam czuje jak otacza go lawendowa chmura. – Czasami chciałem. Ale zawsze cholernie mnie to przerażało, wiesz? Bo mogłoby być gorzej. Albo nie byłoby niczego. I nie wiem. Może jestem tchórzem, ale to wszystko co znam, więc. – wzrusza ramionami. – Nigdy nie byłem na tyle odważny, żeby podjąć ryzyko. A może to nawet wcale tak nie działa. – przerywa. – A ostatnio naprawdę nie chciałem się tego dowiedzieć.
Owija swoje ramiona ciaśniej wokół Liama, jakby chciał podkreślić swoją myśl.
- Cóż – mówi Liam. To co chce powiedzieć, to że nie chce, żeby Zayn czuł się zobowiązany do pozostania tu wyłącznie dla Liama, jeśli tego nie chce. Chce powiedzieć Zaynowi, że jest odważniejszy, niż myśli i jeśli chce się tego dowiedzieć, to powinien. Chce powiedzieć wszystkie te rzeczy, bo właśnie to powinno się mówić, ale zamiast tego wyznaje prawdę. – Cóż, w takim razie cieszę się, że tu jesteś.
Zayn całuje go w skroń i trzyma go mocno, podczas gdy słońce zachodzi za oknem. Nie ruszają się, dopóki Liam koniecznie nie musi, pozostawiając sobie wystarczająco dużo czasu na spakowanie torby i udanie się na dworzec przed odjazdem ostatniego pociągu.
__________
Liam przyjeżdża do Wolverhampton na chwilę przed północą. Szpital nie przyjmuje gości aż do rana, więc znajduje najtańszy, najbliższy hotel, wynajmuje pokój i zasypia w butach, twarzą w dół na twardym, szorstkim prześcieradle, sam.
__________
Nicola wygląda jak gówno. Jej twarz jest posiniaczona, jej usta krwawią i nie może poruszyć się bez krzywienia się, bo jej żebra są połamane, kolano roztrzaskane, gdyż zostało zmiażdżone przez kierownicę samochodu.
- Wyglądasz jak gówno. – mówi jej Liam, gdy wpuszczają go pielęgniarki.
- Cześć, braciszku. – mówi. Ma na twarzy słaby uśmiech i Liam kręci głową, zanim siada na krześle obok jej łóżka.
- Opowiedz mi, co się stało. – mówi i słucha.
_________
Zostaje kolejne cztery dni, śpi w motelu, dzwoni do Artura w księgarni, żeby wytłumaczyć okoliczności i poinformować, że nadal nie wrócił. Na jego szczęście Arthur nie ma z tym żadnego problemu, ale Liam podejrzewa, że po prostu jest mu go żal, osierocony chłopak zmarłego, mający siostrę w szpitalu, więc to sprawia, że czuje się jeszcze gorzej.
Kiedy Nicolę wypisują ze szpitala, zabiera ją do jej domu, raczej jej beznadziejnego mieszkania, którego adresu wcześniej nie znał, więc to chyba jest coś, i kładzie ją do łóżka, pozostawiając tabletki, kule i telefon w zasięgu ręki.
- Dobrze być w domu? – pyta go.
Myśli o wszystkim miejscach widzianych przez te cztery dni, których nie widział od lat – o swojej podstawówce, boiskach do piłki nożnej, na których grał jako dwunastolatek, park z drzewem, na które kiedyś się wspiął i bał zejść na dół, dom, w których dorastał – i myśli, że żadne z nich nie jest domem. Już nie.
Kiedy Nicola pyta, czy zostaje, jest pewien, że sama zna odpowiedź, zanim zdążył przepraszająco pokręcić głową. W pociągu, jest zaskoczony prawie całkowitym brakiem poczucia winy.
__________
- Czy jestem zepsuty? – pyta Liam.
- Nie. – Zayn odpowiada natychmiast i marszczy brwi. Są w domu, skuleni na łóżku na strychu, Liam z kołdrą na głowie. – Dlaczego tak myślisz?
- Bo przez cały czas, kiedy tam byłem – mówi cicho, nie chcąc przyznawać tego na głos. – jedyne o czym myślałem, to jak bardzo chciałem już wyjechać, o tym… o tym, że tam nie ma już dla mnie nic, nawet gdy Nicola była tuż obok.
Zayn milczy przez chwilę. – Poprosiła, żebyś został?
- Nie. Ale nie wiem, czy zrobiłbym to, nawet gdyby poprosiła. – wzdycha. – Tam... tam nic dla mnie nie ma. Przynajmniej nic dobrego.
Zayn znowu milczy, dotykając Liama po głowie, ramionach i w każdym innym miejscu, zanim znowu przemawia. – Pamiętasz, jak mnie wcześniej zapytałeś? – pyta Zayn, kładąc się obok Liama, ich nosy są skierowane ku sobie, prawie się stykają. – Jak umarłem?
Liam przytakuje.
- Powinieneś znowu mnie zapytać.
- Okej. – mówi ostrożnie Liam. – Jak umarłeś?
Twarz Zayna jest zaledwie centymetr od Liama i tak łatwo jest zapomnieć, że istnieje coś poza nimi, poza tym domem, strychem i tym łóżkiem z ich dwójką przytuloną do siebie.
- Nie wiem. – mówi Zayn. – Czyż to nie głupie? Nawet nie wiem, jak umarłem. – śmieje się przez chwilę. – Serio, czy to nie najbardziej beznadziejna rzecz, jaką słyszałeś? Powróciłem jako duch i nawet nie wiem, jak to się stało.
- Oh. Więc nie… Co pamiętasz?
- Położyłem się spał. – mówi Zayn. – Wyszedłem poprzedniego wieczoru, poszedłem do klubu, obściskiwałem się z jakimś kolesiem. Później zjadłem kebab. I wróciłem do domu, poszedłem spać i dwa dni później siedziałem na parapecie, patrząc, jak moja mama płacze i pakuje moje rzeczy do pudeł. – uśmiecha się do Liama, jak gdyby to on potrzebował wsparcia, jakby Zayn nie był tym, który opowiada historię własnej śmierci. – Moja ciotka była z nią i mówiła, jak lekarz powiedział, że nie było żadnej możliwości, by ktokolwiek wiedział. Nie wiem co miała na myśli; wyszła, a moja mama została, więc siedziałem tam i patrzyłem na nią. Nie widziała mnie. Nawet sam siebie nie widziałem.
Liam nie wie, co powinien powiedzieć. Zayn nie wygląda na zasmuconego, ale to nie może być całkowicie łatwe mówić o własnej śmierci. Ale dla Zayna jest; mówi i wydaje się być w porządku, a Liama uderza fala wdzięczności. Nie chce, żeby przestawał. – Co stało się później?
Zayn wzrusza ramionami. – Jak za mgłą. Nie za bardzo pamiętam kilka pierwszych lat. Jakiś koleś wynajął mój pokój, ale nigdy nie zwracałem na niego uwagi, on na mnie też nie. Kolejny po nim miał na imię Mickey i myślę, że zauważył coś… Nie wiem, dziwnego. Szybko się wyprowadził. Tak samo jak dziewczyna po nim, chociaż nie wydaje mi się, że bała się mnie, co było miłe. A później byli Harry i Lou, i zobaczyli mnie od razu, i… I to pierwszy raz, kiedy byłem szczęśliwy. Odkąd. No wiesz.
Liam wie. Doskonale wie i całuje Zayna raz, mając nadzieję, że zrozumie, co chce mu przekazać.
- A później Ty. – mówi delikatnie Zayn.
- Chciałeś się dowiedzieć? – pyta Liam. – Mógłbym, wiesz. Mógłbym dowiedzieć się, co ci się stało.
- Wydaje mi się, że już nie, nie bardzo. Wcześniej prawdopodobnie tak, ale teraz nie ma to już takiego znaczenia, wiesz, co mam na myśli?
- Tak. – mówi Liam. Dowiedział się o tym niedawno, ale jest bariera, bariera, którą możesz postawić między sobą a wszystkimi złymi rzeczami, które ci się przytrafiły, które sądziłeś, że wsiąkły w każdą twoją część, stały się tobą. Nie znikną, ale po jakimś czasie cichną, nie duszą cię tak. Może to wcale nie sprawia, że jesteś zepsuty, może to coś pięknego. – Tak, myślę, że wiem.
_________
Kiedy Liam budzi się w poniedziałek rano, jest sam, co nie jest wcale dziwne, ponieważ Zayn nie zawsze zostaje, żeby patrzeć jak śpi, Liam domyśla się, że to nudne. Więc zostaje w łóżku jeszcze jakiś czas, rozciągając się na łóżku, które wydaje się za duże bez Zayna zajmującego w nim miejsce, po czym wstaje, żeby wyjrzeć przez okno ( nie pada, ale zapewne niedługo będzie) i kieruje się do kuchni, by znaleźć Zayna.
Kiedy schodzi po schodach do podestu, zatrzymuje się, ponieważ słyszy głosy dochodzące z sypialni Harry’ego i Louisa, a jeden z nich należy do Zayna.
Nie ma zamiaru podsłuchiwać, chce tylko zajrzeć, żeby powiedzieć im dzień dobry, ale ich głosy są ciche, więc wydaje mu się, że musi podejść po cichu, a gdy jest już przy drzwiach, udaje mu się wyłapać na tyle z ich cichej rozmowy, żeby zorientować się, że jest o nim. Po tym, podsłuchiwanie przychodzi samoczynnie.
Zagląda ostrożnie przez uchylone drzwi. Zayn siedzi skulony na łóżku Harry’ego i Louisa, Louis jest obok niego, obejmując go ramionami zapewne w celu dodania otuchy, ale dla Liama wygląda to bardziej na śmiertelny uścisk. Zayn… Zayn wygląda na przygnębionego, Liam nie sądzi, że jest w stanie patrzeć na jego smutek ani sekundy dłużej.
- Będzie musiał odejść, ewentualnie. – Mówi Zayn, wpatrując się w punkt na przeciwległej ścianie. – Wszyscy odejdziecie i to… Rozumiem to, naprawdę. To beznadziejny dom, nikt nie chce tu mieszkać na zawsze. To tylko… chwilowe dla was.
- Hej – mówi Louis. – Nie wiesz tego, okej? Nie wiesz, co się wydarzy. Może zostaniemy tu we trzech do dziewięćdziesiątki. Niall też. Może zamieszkać w biurze.
- A co później? – mówi Zayn, a sposób w jaki to mówi, łamie Liamowi serce.
- Umrzemy i wrócimy jako obrzydliwe, dziewięćdziesięcioletnie duchy, który będą cię dręczyły, aż będziesz miał nas dosyć. – mówi dobitnie Louis, jakby już zadecydował. Nawet Liam czuje, że nie może się z tym kłócić, Louis powiedział to z taką pewnością.
Ale Zayn nie wygląda na przekonanego. – Możesz tak mówić teraz, ale wieczność to długi czas, jasne? – przerywa i podnosi ramiona pod same uszy, wyglądając na bardzo drobnego. – I chodzi o to, że gdyby zapytał, czy zostanie… Zostałby, tak myślę, bo taki właśnie jest, prawda? Jest zbyt dobry i ewentualnie chciałby odejść, ale czułby, że musi zostać dla mnie i znienawidziłby mnie. Musiałby, ewentualnie.
Louis wzdycha i ściska Zayna mocniej, o ile to jeszcze możliwe. – Nie wiem, co dokładnie się stanie. – przyznaje cicho. – Ale nie wybieramy się nigdzie bez ciebie, jasne?
Zayn nie odpowiada, tylko chowa głowę w ramię Louisa. Liam stoi tam jeszcze przez chwilę, po czym odchodzi i wraca na strych tak cicho, jak to tylko możliwe.
_________
Chce coś zrobić, coś wyjątkowego jak z filmu, żeby udowodnić Zaynowi, że nie musi się martwić, Liam nigdzie się nie wybiera, ale im dłużej próbuje coś wymyślić, tym bardziej wydaje mu się to nieodpowiednie, dobre dla filmów, ale takie czyny i tak nic nie znaczą. Wielkie gesty nie znaczą, że ludzie zostaną, albo że obiecują coś więcej niż wszystkie małe rzeczy wykonywane na co dzień, jedna po drugiej. Zayn nie zasługuje na coś tak płytkiego jak „wielkie gesty”.
Czeka więc aż Zayn skończy grać w FIFĘ z Harry’m, by zapytać: - Możemy porozmawiać?
Zayn przytakuje, a Liam prowadzi go na strych, gdzie siadają naprzeciwko siebie na łóżku. Liam myśli o tym, że to miejsce, w którym pierwszy raz ujrzał Zayna i jak niesamowicie odległe się to wydaje, ponieważ już niemal całkowicie zapomniał, jak było wcześniej. Płycej, myśli, nudniej. Zayn stanowi nowy wymiar, iskrą koloru, której nie wiedział, że potrzebuje, ale teraz gdy już ją ma, nie zamierza jej stracić.
- Słyszałem twoją rozmowę z Louisem. – mówi. – Wcześniej, dzisiaj. I… Nie chcę, byś myślał, że gdziekolwiek odejdę.
- Oh. – mówi Zayn, marszcząc brwi. – W porządku. Nie sądziłem, że nie usłyszysz, ale… ale nie możesz… - przerywa na chwilę, ostrożnie dobierając słowa. – Nie możesz tu zostać na zawsze. – mówi w końcu. Wygląda na zdenerwowanego, jakby czekał, aż Liam się z nim zgodzi, boi się tego.
- Ale dlaczego? – pyta Liam. Prawdopodobnie są ku temu powody, wiele powodów, ale żaden z nich nie przychodzi mu do głowy. – Opuściło mnie wystarczająco dużo ludzi, wiesz? Nie zrobię ci tego, dopóki mnie o to nie poprosisz.
- To nie takie proste. – mówi smutno Zayn. – Nawet nie mogę wyjść z domu, znudzi ci się to, będziesz chciał wyjechać na wakacje, wychodzić do restauracji, a ja nie mogę, po prostu tu będę, sprawiając, że tego ewentualnie pożałujesz. – Zayn brzmi tak pewny tego, co mówi, że Liam chce nim potrząsnąć, by zrozumiał, że się myli.
- Po prostu… Posłuchaj. – próbuje znaleźć odpowiednie słowa. – Nie wiesz tego, okej? Żaden z nas nie wie, co się stanie, ale to… to w porządku, wiesz? Spójrz, nie powinienem cię widzieć, ale widzę. Nie powinienem móc cię dotykać, ale dotykam. – Liam robi to, żeby przypomnieć Zaynowi; przesuwa opuszkami palców wzdłuż policzka i żuchwy Zayna, czując łaskotanie jego zarostu. Przyciąga Zayna bliżej i składa pocałunek na jego ustach, żuchwie, w zagłębieniu szyi. Zayn wciąż wygląda na smutnego, ale wzdycha i przyciąga Liama jeszcze bliżej.
- Wszystko się zmienia, tak? Jasne, nic z tego nie ma sensu, nie powinno, ale jednak, a to wszystko czego potrzebuję, okej? Potrzebuję tylko ciebie, właśnie tak, a wszystko inne – coś wymyślimy.
- Coś wymyślimy. – powtarza Zayn. Liam nie wie, czy się zgadza, czy próbuje przekonać siebie, albo wszechświat, ale na obecną chwilę to wystarczy, więc całuje Zayna dopóty, dopóki kąciki jego ust nie unoszą się ku górze.
__________
Louis otwiera wszystkie okna w domu pierwszego, ciepłego i słonecznego dnia, włącznie z tymi w pokoju Liama. Co byłoby w porządku, gdyby nie robił tego o siódmej rano, gdy Liam próbuje spać.
- Wstawajcie, chłopaki! Słońce świeci, jest mnóstwo rzeczy do zrobienia! Wstawać! – nieskutecznie kopie w łóżko Liama, wchodząc w głąb pokoju. Liam mruga, nadal próbując dowiedzieć się o co tak właściwie chodzi, bo jest wcześnie, a jego pokój jest bardzo jasny, głośny i pełny Louisa.
- Czy ty w ogóle spałeś? – pyta ostrożnie. – Wyglądasz jak szaleniec.
- Kto ma czas spać? – pyta oburzony Louis. Jego oczy są bardzo szeroko otwarte. Liam nawet nie chce myśleć, jakie substancje od legalnych po zdecydowanie nielegalne krążą teraz w organizmie Louisa, utrzymując go tak bardzo rozbudzonego w tym momencie. Tym bardzo wczesnym momencie.
- Jeśli nie wyjdziesz z tego pokoju w przebiegu następnych pięciu sekund, osobiście, dosłownie cię zamorduję. – jęczy Zayn. Jest całkowicie ukryty pod kołdrą, jego ciepły oddech uderza w kręgosłup Liama.
- Ty nawet nie sypiasz, nie wiem o co ci chodzi. – mówi Louis, ignorując prośbę i kontynuuje otwieranie okien. – Co ty w ogóle tam robisz, skoro nie śpisz? Czekaj, chyba że coś sprośnego, czy twoje usta są w jakimś niestosownym miejscu? O Boże, nie mów mi, jeśli tak! Nie, jednak musisz mi powiedzieć.
Louis kontynuuje, spekulując na temat wszystkich zboczonych czynności, jakie Zayn mógłby robić Liamowi pod kołdrą, mimo że nie robi nic poza oddychaniem na jego plecy, myśli Liam, rumieniąc się, a Louis otwiera okiennice. Powietrze jest ciepłe i słodkie, co nie przeszkadza Liamowi, ale na strychu jest mnóstwo okien, które skrzypią i wydaje mu się, że pogoda nadal będzie przyjemna za godzinę, dwie lub trzy, gdyby pozwolono mu jeszcze spać to jakiejś normalnej godziny.
- Gramy w piłkę w ogrodzie zaraz po śniadaniu, które jemy za piętnaście minut. Albo gdy Harry się obudzi i nam je zrobi. – informuje Louis, wychodząc tanecznym krokiem i zamykając za sobą drzwi.
- Nie ma mowy, że wyjdę z tego pokoju za mniej niż dwie godziny. – informuje Zayn stłumionym głosem.
- Zamykam drzwi na klucz. – mówi stanowczo Liam.
__________
Przed południem cała ich piątka wychodzi do ogrodu, Harry i Louis porzucają zamysł grania w piłkę, a zamiast tego rzucają ją sobie w twarz. Niall śpi twarzą w dół na małym odcinku trawy i ziół, w dłoni wciąż trzymając butelkę piwa. Zayn bezcelowo snuje się wokół, czasami wychodzi na słońce, żeby bez entuzjazmu kopnąć piłkę, po czym wraca na krzesło przy drzwiach. Na początku stał tylko w futrynie, jakby nie był pewien jak daleko na zewnątrz, chce wyjść, ale do tej pory kilka razy przeszedł już połowę ogrodu. Liam nie jest pewny, czy Zayn nadal czuje, jakby się rozpadał, podchodząc tak blisko bramy – granicy, która została dla niego wcześniej wyznaczona, ale na to nie wygląda; Zayn wygląda porządnie, na szczęśliwego i całkowicie normalnego, jeżeli można to ocenić po sposobie w jaki wywraca oczami za każdym razem, gdy Harry i Louis robią hałas, goniąc się nawzajem.
Słońce nadal świeci, nadal czuć lekki chłód, ale Liam uważa, że jest idealnie. Wie, że będzie więcej dni z okropną pogodą, zimnem, deszczem i wiatrem, ale ten jeden dzień mu wystarczy.
Porusza się na swoim krześle, poprawiając niewielki stos rzeczy trzymany na kolanach. Przyniósł ze sobą pusty zeszyt, który znalazł w kuchennej szufladzie i kilkanaście długopisów. Nie napisał niczego od wieków – od czasu studiów i przypomina sobie o tym z żalem, nie do końca pamięta, jak wygląda cały proces, jak układać słowa, żeby przekazywały rzeczy, które ma na myśli, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu chciałby po prostu spróbować.
- Co piszesz? – pyta Zayn, kiedy w końcu przychodzi do miejsca, w którym siedzi Liam i krzyżuje nogi na jednym z rozklekotanych krzeseł, które stały w ogrodzie całą zimę, zbierając rdzę. Wygląda bardzo dobrze w słońcu, idealnie i prawdziwie, i jeszcze piękniej niż Liam mógłby sobie wyobrazić.
- Jeszcze nie wiem. – odpowiada szczerze, uśmiechając się do Zayna i splatając ich palce razem. – Może historię o duchach.
ILOŚĆ STRON: 8
TYTUŁ: Cena sławy
BOHATEROWIE: Ziam Mayne
BOHATEROWIE DRUGOPLANOWI: Menagerowie, Louis Tomlinson (wspomniany)
OSTRZEŻENIA: Poruszany problem uzależnienia od alkoholu i narkotyków, napady lękowe
UWAGI: One Direction nie istnieje
TREŚĆ PROPOZYCJI: Liam jest muzykiem uzależnionym od narkotyków. Ma przez nie napady lękowe i ma problemy z występami na żywo. Menadżer Liama zatrudnia psychologa (Zayna), który ma pomóc Liamowi z uporaniem się z problemami. Na początku Liam może go nie lubić, a potem będzie chciał tylko z nim przebywać. Byłoby super, gdyby końcówka była szczęśliwa i chłopcy zakochali się w sobie.
AUTOR PROPOZYCJI: madcigarettesmoke
_____________________________________________
Sława to kapryśna przyjaciółka i Liam miał okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Miał niespełna siedemnaście lat, gdy po raz pierwszy stanął na scenie, głęboko wierząc w to, że kariera muzyczna przyniesie mu szczęście i – faktycznie – początkowo tak właśnie było. Nie posiadał się z radości, gdy mógł tworzyć nowe piosenki, nagrywać je w ogromnym studio, a potem śpiewać na jeszcze większych scenach przed milionami krzyczących fanów, którzy byli tam tylko dla niego – by dodawać mu energii, otuchy i by utwierdzać go w przekonaniu, że jest naprawdę dobrym wokalistą. Czuł się wspaniale, gdy mógł występować, a wyjazdy w trasy koncertowe nie były dla niego przykrym obowiązkiem, wręcz przeciwnie – zawsze odbierał to jako nową przygodę, a podróżowanie po całym świecie sprawiało, że Liam czuł się po prostu wolny i niczym nieograniczony.
Prawdę powiedziawszy – na początku swojej kariery żył beztrosko, nie mogąc nacieszyć się ze zdobytych przez siebie pieniędzy, które roztrwaniał, nawet nie zastanawiając się nad konsekwencjami, które miały dopiero go spotkać. Kupił dla siebie i dla całej swojej rodziny nowy dom, by wyrwać się z małego miasteczka, w którym przyszło mu się urodzić, a gdy tylko zderzył się z tym nowym światem – o wiele większym i o wiele bardziej niebezpiecznym – nic już nie było takie samo.
Jego życie przerodziło się w pasmo nieszczęść, gdy po raz pierwszy – prawdopodobnie całkowicie nieświadomie – złamał zasady swojego kontraktu. Gdy go podpisywał miał tylko siedemnaście lat, był naiwnym nastolatkiem, który chciał jedynie śpiewać i cieszyć fanów swoją muzyką, nie potrzebował do szczęścia niczego więcej, jednak teraz, gdy spadła na niego cała lawina nowych obowiązków, które były dla niego po prostu zbyt ciężkie, Liam dotkliwie zaczął odczuwać skutki sławy, a jego ramiona były zbyt słabe, by to wszystko utrzymać.
Nadal był młody, miał osiemnaście lat, gdy sława wciągnęła go w swój niebezpieczny wir, ściągając go niemalże na samo dno. Początkowo wydawało mu się, że liczne imprezy to tylko dobry środek, by zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości, jednak każda impreza wiązała się z tym, że był na niej alkohol. I cóż, Liam też tam był. Niejednokrotnie wychodził pijany z nocnych klubów, opierając swoje dłonie po dwóch stronach długonogich, pięknych blondynek, do których zawsze miał słabość, a przynajmniej takie miał wrażenie, gdy wypił o kilka piw za dużo lub gdy wlał w siebie prawie całą butelkę gorzkiej wódki. Gdyby miał być całkowicie szczery wobec samego siebie, kobiety nigdy go nie pociągały, przynajmniej nie w taki sposób, w jaki powinny były to robić, jednak gdy w jego głowie niemiłosiernie się kręciło, a krew powoli mieszała się z alkoholem – brązowookiemu było wszystko jedno.
Żył z dnia na dzień, występując na scenie, pijąc alkohol, budząc się późnym popołudniem, by za kilka godzin dać kolejny koncert, który wypadał jeszcze gorzej, niż poprzedni, jednak Liam nie mógł nic na to poradzić. Nie czuł się na siłach, by występować na wielkich estradach, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że menagerowie nie zgodzą się chociażby na krótką przerwę – nie teraz, gdy podróżował po całym świecie i – tak całkowicie przy okazji – próbował miejscowego alkoholu za każdym razem, gdy tylko pojawiał się w nowym miejscu. Irlandzkie piwa były zdecydowanie zbyt mocne, by wypić więcej, niż trzy. Po tej zakrapianej nocy szatyn po prostu nie zdążył na samolot.
Jego problemy nawarstwiały się niemalże z dnia na dzień i nie chodziło już tylko o alkohol i nieudane koncerty. Liam nie był w stanie nagrać nowych piosenek, nawet nie zdążył ich napisać, gubiąc się gdzieś tam – między nocnymi klubami, wysokimi procentami, a samym sobą. Miał odnieść sukces, a tymczasem odnosił jedynie kolejne porażki, rozczarowując przede wszystkim fanów, którzy niegdyś mieli dla niego niebywałe znaczenie. Teraz byli tylko i wyłącznie krzyczącym tłumem, którego brązowooki nie rozumiał i którego nie chciał zrozumieć.
Tego dnia miał wystąpić w Londynie, jednak na dwie godziny przed koncertem zataczał się, niemalże potykając się o własne nogi tuż za kulisami. Nie było mu do śmiechu, zważywszy na to, iż wiedział, że będzie musiał pojawić się na scenie, dać koncert i wypaść względnie dobrze, by tym samym jeszcze bardziej nie rozzłościć swoich menagerów, którzy i tak już od dawna nie popierali takiego zachowania. Przysiadł gdzieś tam, na niewielkich schodach prowadzących na główną arenę, po czym sięgnął dłonią po kolejną butelkę wody mineralnej, topiąc w niej swoje smutki – tak samo, jak zrobił to wcześniej z tutejszym alkoholem.
Nie czuł się na siłach, by wystąpić, w jego głowie szalała niemalże burza, a obraz przed jego oczyma zlewał się w jedno do tego stopnia, że Liam nie widział już nawet wejścia na scenę, a co dopiero siebie, wspinającego się po tych stromych schodach, by stanąć na deskach przed milionami ludzi. Ten dzień nie należał do jego szczęśliwych i teraz najchętniej wycofałby się z tego wszystkiego, zrywając kontrakt i uciekając gdzieś daleko stąd – do miejsca, w którym mógłby zachować choćby względną prywatność.
To także mu ciążyło – brak swobodnego życia. Gdziekolwiek wychodził, otaczali go ochroniarze, ponieważ jego fani byli niemalże nieprzewidywalni. Nie mógł ze spokojem wrócić do domu po zakończonym koncercie, a nawet nie był w stanie wyspać się w przypadkowym hotelu, ponieważ fani wiedzieli wszystko i śledzili go na każdym kroku. Czasami Liam miał wrażenie, że obcy ludzie wiedzieli o nim więcej, niż on sam. Pamiętał nawet, jak pewnej nocy, gdy wychodził z niewielkiego, aczkolwiek tłocznego klubu, zaczepiła go grupka osób, opowiadając mu o wydarzeniach z przeszłości, o których on sam nigdy nie wspominał – przynajmniej nie na forum publicznym. Fani zawsze byli skomplikowani i potrafili dotrzeć niemalże do każdych informacji – poufnych i tych mniej poufnych, jednak z drugiej strony było to przerażające i niepokojące, dlatego też brązowooki z czasem zaczął ich unikać, mając z nimi do czynienia jedynie na koncertach.
Westchnął znacząco, przeczesując palcami swoje krótkie włosy, po czym upił jeszcze kilka łyków chłodnej wody. Chciał przejść się po tyłach hali, jednak nadal niemiłosiernie chwiał się to na prawo, to na lewo, dlatego co chwile opierał się o metalową poręcz, powstrzymując u siebie odruch wymiotny. Nadal czuł krążący w jego żyłach alkohol i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wczorajszej nocy zdecydowanie przesadził.
- Liam, na litość boską, za godzinę masz być na scenie – powiedział do niego jeden z menagerów, nie potrafiąc odpuścić sobie chłodnego, wręcz oschłego tonu głosu. - Trzymaj, weź to – dodał od razu, wyciągając z kieszeni mały, plastikowy woreczek, po brzegi wypełniony marihuaną.
W pierwszej chwili szatyn nie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nigdy sam nie sięgnąłby po żadne narkotyki, uważając, że to już o kilka kroków zbyt daleko, bo o ile alkohol idzie odstawić przy odrobinie silnej woli, o tyle z narkotykami jest o wiele ciężej, a ta droga wydawała mu się zbyt trudna, by sam był w stanie ją pokonać. Jednak teraz – cóż, prawdę powiedziawszy nie miał wyjścia. Niepewnie sięgnął po plastikowy woreczek, kątem oka zerkając na menagera, który zostawił go z tym samego sobie, nie chcąc mieć z tym niczego wspólnego.
I Liam zapalił po raz pierwszy w życiu, czując pewnego rodzaju ukojenie, które początkowo wydawało mu się złudną iluzją, ale nie – było wręcz przeciwnie. Niemalże momentalnie zapomniał o krążącym w jego żyłach alkoholu, zapomniał o wszelkich troskach i poczuł moc, której w tej chwili tak bardzo mu brakował. Miał nieodparte wrażenie, że da radę wyjść na scenę, zaśpiewa swoje ulubione piosenki i nawet rozbawi fanów, porywając ich ze sobą na prawie półtorej godziny.
Raz jeszcze przeszedł się po hali, próbując jakoś zapanować nad swoją własną postawą, jednak im bardziej zbliżał się koncert, tym bardziej Liam czuł się pewny siebie, więc od razu odrzucił wszelkie troski, po prostu krocząc po tych stromych schodach, by niespełna kilkanaście minut później rozpocząć kolejny koncert na swojej długiej i żmudnej trasie.
Bawił się wyjątkowo dobrze, nie zwracając większej uwagi na drobne błędy czy potknięcia podczas śpiewania – był w końcu tylko i wyłącznie człowiekiem, a nie z góry zaprogramowanym robotem, który musiał być idealny w każdym calu. Raz nawet przewrócił się na scenie, nie zauważając wrzuconego na nią pluszaka, jednak od razu roześmiał się głośno, sprawiając tym samym, że cały tłum zaśmiał się wraz z nim. Po raz pierwszy – od dawien dawna – czuł taką radość i satysfakcję z własnego koncertu, uśmiechał się niemalże przez cały czas, a alkohol zdawał się magicznie wyparować, zastępując myśli przyjemnymi wizjami po marihuanie, która zadziałała na niego w sposób kojący i pomocny.
Gdyby Liam miał być szczery wobec samego siebie, musiałby powiedzieć wprost, że chciałby sięgnąć po nią jeszcze nie raz, nie dwa.
Jego zespół ściągał go ze sceny, gitarzysta podszedł do niego, by wraz z nim pożegnać się z fanami, a następnie zaciągnął go za kulisty, ponieważ szatyn w ogóle nie chciał opuszczać hali koncertowej. Był rozbawiony i tryskał niesamowitą energią, której mogliby pozazdrościć mu wszyscy fani razem wzięci i nawet teraz, gdy powoli szedł do samochodu, który miał zawieźć go do hotelu, po drodze śpiewał i tańczył, zabawnie wymachując rękoma.
- Chcę na imprezę, zabierzcie mnie do klubu! - niemalże krzyknął, opierając ramię na barku swojego dobrego kolegi, który jedynie pokiwał przecząco głową, delikatnie sugerując, że Liam ma już dość wrażeń i emocji na dzisiaj.
I gdy wreszcie dotarł do hotelu, rozdając przed nim kilka autografów i robiąc sobie kilka zdjęć z fanami, po raz pierwszy poczuł się wolny i niczym nieograniczony. Położył się na dużym, wygodnym łóżku, obserwując wirujący sufity, który jednak w tym momencie w ogóle go nie niepokoił. Czuł się szczęśliwy i nikt nie miał prawa w tej chwili zachwiać jego poczuciem wyższości nad innymi – czuł się spełnionym, dobrym wokalistą, nieważne, czy pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Dopóki był dobry w tym, co robił, to mu odpowiadało, ponieważ sława przynosiła mu ogromne pieniądze, a teraz tylko one miały dla niego niebywałe znaczenie.
Nawet nie wiedział, kiedy usnął, śniąc o jeszcze większych halach, niemalże po brzegi wypełnionych krzyczącymi fanami, skandującymi z wolna jego własne imię.
~ * ~
Marihuana była jedynie niewinnym początkiem, lecz gdy Liam tylko w niej zasmakował, pragnął więcej, więcej i coraz to więcej, więc z czasem zaczął sięgać także po inne narkotyki, które – o dziwno – nie wpływały na niego w najgorszy sposób. Z reguły był rozbawiony, pełen energii, jedynie czasami odrobinę agresywny, gdy ktoś niepowołany wszedł mu w drogę, jednak z reguły zachowywał spokój i opanowanie, co niezmiernie cieszyło menagerów. Był dobrym wokalistą i na scenie dawał z siebie naprawdę bardzo dużo, angażował fanów do wspólnego śpiewania i zawsze starał się złapać z nimi odpowiedni kontakt. Nigdy nie był wobec nich arogancki, więc nikt nie miał mu za złe, gdy od czasu do czasu sięgnął po kokainę czy o wiele więcej marihuany.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby Liam posiadał nad tym wszystkim kontrole, jednak z czasem sięgał po narkotyki niemalże przed każdym koncertem, co zaczęło robić się do pewnego stopnia problematyczne, ponieważ w rezultacie nigdy nie trzeźwiał i nigdy nie odzyskiwał jasności umysłu. Potrafił skupić się jedynie na scenie, poza nią był jednak wrakiem człowieka, który zatracał samego siebie, nieświadomie samemu strącając siebie na dno. Śmiał się, jednak był to śmiech przez łzy, był szczęśliwy, choć wbrew pozorom powoli tracił wszystkich, na których niegdyś mu zależało , czerpał radość ze śpiewania, choć z drugiej strony ciążyło mu notorycznie pisanie nowych tekstów i wyznaczanie dat kolejnych występów na żywo. Czasami potrzebował chwili odpoczynku, by zaczerpnąć porządnego oddechu, jednak menagerowie byli nieugięci i póki Liam miał siłę i zapał, chcieli na nim zarobić jak najwięcej.
Sami także podawali mu narkotyki i młody chłopak nigdy nie miał problemu z dostępem do nich – miał je praktycznie zawsze na wyciągnięcie ręki, więc nie musiał trudzić się, by znaleźć odpowiedniego, zaufanego dilera – menagerowie robili to za niego, by tym samym w minimalny sposób zapewnić mu bezpieczeństwo. Początkowo kontrolowali jego poczynania, z czasem jednak skupili się tylko i wyłącznie na pieniądzach, jakie posiadali z jego występów i sam Liam przestał mieć dla nich jakiekolwiek znacznie. Traktowali go jako maszynkę do zarabiania pieniędzy, był dla nich jeszcze nieoszlifowanym diamentem, ale wszystko było tylko i wyłącznie kwestią czasu, który niemalże przepływał szatynowi przez palce.
Zatracił się pewnego dnia tuż przed koncertem, gdy zażył zbyt wiele kokainy, nie będąc w stanie pojawić się na scenie. Był zdenerwowany, nerwowy, jego serce biło przyspieszonym tempem, niemalże tłukąc się w jego klatce piersiowej do tego stopnia, że chłopak miał wrażenie, iż za moment dosłownie połamie mu żebra. Nie mógł zaczerpnąć porządnego oddechu i przestał panować nad własnym ciałem – to był ten jeden, jedyny krok, którego nigdy nie powinien był postawić i ten krok oznaczał także szereg przykrych konsekwencji – nie tylko fizycznych, ale także psychicznych.
Liam czuł, że z dnia na dzień jest coraz słabszy, coraz bardziej przygaszony i pozbawiony pasji i nie można było mu się dziwić – narkotyki mieszały mu w głowie, a gdy ich nie miał, nie myślał o niczym innym, jak tylko o sposobie, by znów je zdobyć. Stawał się agresywny, gdy menagerowie odcinali go od stałego dopływu kokainy, która stała się jego złotym środkiem na wszystko i czasami nawet oni nie radzili sobie z osiemnastoletnim chłopakiem, który nauczył się do perfekcji wykorzystywać szantaż, by zdobyć to, czego pragnął najbardziej. Manipulowali sobą nawzajem, jednak dopóki w grę wchodziły wielkie pieniądze, jego muzyczni przywódcy robili wszystko, by Liam niemalże każdego wieczora stawał na scenie i dawał dobry koncert – nieważne, w jakim stanie.
Problem pojawił się wówczas, gdy Liam zaczął mieć stany lękowe i nie był w stanie nad nimi zapanować. Za każdym razem po zażyciu narkotyków nie był w stanie złapać porządnego oddechu, bojąc się nawet własnego cienia. W jego głowie panował totalny chaos, chłopak nie potrafił rozróżniać otaczającego go rzeczywistości od fikcji, a obrazy zlewały się przed jego oczyma, nie tworząc spójnej całości. Wszystko, co znajdowało się dookoła niego, wydawało mu się wrogie i obce, nie ufał nikomu i nikogo do siebie nie dopuszczał, pozostając ze swoimi problemami sam na sam, mierząc się z nim w taki sposób, w jaki tylko potrafił. Często zdarzało mu się ronić gorzkie łzy, gdy tracił samego siebie, drżącą dłonią sięgając po kolejną porcję narkotyków, wierząc, że to dla niego jedyny ratunek.
Z czasem nie był w stanie normalnie funkcjonować, dlatego nawet menagerowie zdali sobie sprawę, że pora trochę zwolnić i z bólem serca zorganizowali dla niego krótką, kilkudniową przerwę, by chłopak mógł odpocząć w gronie rodziny, jednak Liam – zamiast wrócić do rodzinnego domu – czym prędzej uciekł do jednego z najbliższych klubów, by tam stoczyć nierówną walkę z alkoholem i narkotykami, które był ceną jego sławy. Tam nikt nie miał nad nim stosownej kontroli, więc gdy nad ranem szatyn wylądował w szpitalu, gdzie ledwo go odratowali, jego menagerowie przedsięwzięli inne kroki - postanowili poszukać dla niego psychologa i zarazem terapeutę, by tym samym ocalić własne pieniądze przed wyrzuceniem ich w błoto.
~ * ~
Zayn Malik okazał się być idealnym kandydatem, biorąc pod uwagę jego doświadczenie i wcześniejszą pracę z podobnymi do Liama osobami. Już wcześniej miał styczność z występującymi na scenie gwiazdami, więc doskonale znał ten świat i kierujące nim reguły, co sprawiało, że menagerowie nie wahali się ani przez chwilę, umawiając osiemnastolatka na pierwsze spotkanie z dwudziestoośmioletnim mężczyzną, choć ten stanowczo odmówił, sugerując, że nie potrzebuje żadnej terapii, a raczej – jak to sam określił – nie potrzebuje większego prania mózgu, niż ten, który potrafi zafundować samemu sobie.
Nikt jednak nie chciał słuchać sprzeciwu, więc Liam niemalże siłą został doprowadzony do jego gabinetu, a następnie posadzony na wygodnej, skórzanej kanapie, czując się prawie tak, jakby wylądował w wariatkowie. Jeszcze nie miał okazji poznać starszego mężczyzny, jednak już czym prędzej chciał opuścić to miejsce, uznając, że jeśli będzie arogancki i nieuprzejmy, wszystko zakończy się szybciej, niż faktycznie się rozpoczęło.
Rozsiadł się wygodniej, opierając głowę na niewielkiej poduszce, po czym przesuwał wzrokiem po całym pomieszczeniu, rozglądając się to tu, to tam. Gabinet był niewielki, aczkolwiek przytulny - jasne ściany w kolorze szarości idealnie komponowały się z ciemniejszą kanapą i fotelami, a uroku dodawały liczne kwiaty, porozstawiane gdzieniegdzie w eleganckich doniczkach. Prawdę powiedziawszy, to miejsce bardziej przypominało domowy salon, niż faktycznie gabinet, służący do terapii i prowadzenia długich i – według Liama – zbędnych rozmów.
Westchnął znacząco, czekając z niecierpliwością na swojego terapeutę, licząc po cichu na to, że może okaże się bezproblemowym człowiekiem, który po prostu da mu święty spokój, gdy chłopak tylko o to poprosi, jednak nic bardziej mylnego. Gdy w drzwiach ukazał się niezbyty wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, przypominający trochę modela z okładki jakiegoś sławnego magazynu, Liam od razu wiedział, że ta droga nie będzie ani prosta, ani tym bardziej przyjemna.
- Och, dobrze, że już jesteś – powiedział odrobinę niskim, zachrypniętym głosem, który brzmiał tak melodyjnie, że szatyn pospiesznie uznał, iż mógłby nagrać z nim jakiś duet lub przynajmniej teledysk, mężczyzna prezentował się naprawdę dobrze. - Nazywam się Zayn Malik, ale oczywiście mów mi po imieniu – dodał, siadając na fotelu tuż naprzeciwko niego.
Liam przez dłuższą chwilę milczał, przyglądając się jego czarnej, dopasowanej koszulce, która idealnie opinała jego klatkę piersiową, a także spodnią w tym samym kolorze, które na kolanach były tak poprzedzierane, jak jego własne. Mężczyzna posiadał też kolczyki i liczne tatuaże, pokrywające jego przedramiona, dłoń i z całą pewnością też inne części ciała i szatyn był niemalże pewny, że nie tak powinien wyglądać dobry terapeuta i psycholog.
- To ten moment, w którym powinieneś się przedstawić – zaśmiał się cicho, sięgając dłonią po paczkę papierosów, a następnie wsunął jednego z nich między swoje wąskie, spierzchnięte wargi, kątem oka obserwując spiętego osiemnastolatka. - Cóż, to mój nałóg, każdy z nas z czymś walczy.
Szatyn zaśmiał się cicho, przez moment układając w głowie stosowną docinkę, by tym samym wcielić swój plan w życie – nie zamierzał być miły i nie zamierzał tak łatwo poddać się terapii, do której został niemalże siłą przymuszony.
- To nie obłuda, że masz mi pomóc, samemu mając problem? - zaczął oschle, jednak mężczyzna tylko zaśmiał się po raz kolejny, wypuszczając z ust kłęby dymu.
Zdawał się być tym wszystkim niewzruszony i – prawdę powiedziawszy – tak właśnie było. Pracował już z gorszymi przypadkami, niż Liam, który był jedynie aroganckim nastolatkiem, zagubionym we własnym świecie, którego do końca nie rozumiał. Sława jednak zmieniała ludzi, Zayn miał już do czynienia z innymi wokalistami, jednak wspominał współpracę z nimi bardzo owocnie i przyjemnie, gdy już zostały przełamane pierwsze lody. Pamiętał nawet swojego ostatniego podopiecznego – dwudziestotrzyletniego Louisa, który tak bardzo przypominał mu siedzącego naprzeciwko brązowookiego. Także był niesympatyczny, uparty i zamknięty w sobie tak bardzo, że nie rozumiał nawet własnego postępowania, a pod tym wszystkim – pod tą całą maską – krył się stłamszony, zmęczony swoim życiem chłopak.
- Różni nas to, że ja potrafię przyznać się do tego, że mam problem, ty jeszcze tego nie potrafisz, Liam – zaczął spokojnie, po chwili kończąc palić pierwszego papierosa.
Odchrząknął znacząco, przeglądając wszystkie materiały, jakie dostarczyli mu menagerowie, z bólem serca przesuwając wzrokiem po wypisanych na liście narkotykach, z którymi miał do czynienia ten młody chłopak. Było zdecydowanie zbyt wcześnie, by sięgał po kokainę czy inne tego typu używki i Zayn doskonale wiedział, że to wszystko sprawka osób, z którymi Liam na co dzień współpracował. Żaden nastolatek sam z siebie nigdy nie natrafiłby na czystą kokainę, bez żadnych domieszek, więc terapeuta od razu wiedział, kto za tym wszystkim stoi. Jedynie wysoko ustawione osoby były w stanie odnaleźć dobrego i zaufanego dilera, a gdy to już się stało – menagerowie mieli pełne pole do popisu, faszerując swoją marionetkę tym, co tylko wpadło im w dłonie.
Praktycznie wiedział o nim wszystko – młody, uzależniony od narkotyków, mający problemy z alkoholem i posiadający notoryczne napady lęku, które nasilają się po zażyciu środków odurzających. Podejrzewał, że nie było to podłożem psychicznym, a jedynie przykrą konsekwencją zbyt ciężkich środków, do których jego organizm nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić. Miewał już podobne przypadki i najpierw musiał uleczyć ludzką psychikę, a dopiero potem ludzkie ciało i ta droga nie należała do prostych, łatwych i przyjemnych, ale była konieczna, jeśli Liam chciał jeszcze odzyskać dawnego, utraconego siebie.
- Miałem kiedyś podobny przypadek do Ciebie – zaczął, spoglądając ponownie na osiemnastolatka, który zdawał się być niewzruszony. - Byłbyś w stanie zrezygnować z kariery muzycznej, by ratować samego siebie? - spytał całkowicie poważnie. - Tamten chłopak dużo opowiadał mi o osobach, z którymi przyszło mu pracować, czasami menagerowie to główne źródło ludzkich upadków, w twoim przypadku wygląda to podobnie.
Liam nadal milczał, wnikliwie rozważając jego słowa i faktycznie, Zayn po części miał rację – to właśnie osoby za niego odpowiedzialne po raz pierwszy podały mu narkotyki. Na początku niewinną marihuanę, potem każde inne – tabletki, proszki, zastrzyki. Wszystko, czego tylko pragnął do szczęścia. Wcześniej szatyn nie analizował tego pod tym właśnie kątem, jednak rzeczywiście tak to wszystko wyglądało. Nie chciał zrzucać na nich całej winy, sam był dorosły i miał prawo odmówić, jednak gdy tylko wpadł w ten szaleńczy wir, nie był w stanie tego zatrzymać, więc może słusznym krokiem była ta właśnie terapia, by ocalić samego siebie. Jeśli by musiał – oczywiście, zrezygnowałby z kariery, która i tak nie sprawiała mu już żadnej przyjemności, a co więcej, była tylko i wyłącznie przykrym obowiązkiem.
- Nie musiałem brać – szepnął cicho, kątem oka spoglądając na Zayna. - Nie musiałem, a jednak to zrobiłem – dodał, dopiero teraz czując w sobie całe pokłady winy i zażenowanie własną osobą.
~ * ~
Liam nie wyobrażał sobie życia bez Zayna, naprawdę. Choć to było absurdalne, mężczyzna z czasem stał się jedyną, bliską mu osobą, w której miał wsparcie i która sprawiała, że z dnia na dzień stawał się coraz to lepszym i – przede wszystkim – zdrowszym człowiekiem.
Początki nie były łatwe, proste i przyjemne, wręcz przeciwnie, szatyn często się buntował, nie przychodził na spotkania i nie zachowywał się najlepiej. Odrzucał pomoc starszego mężczyzny, jednak gdy jego stany lękowe znacznie się nasiliły, sam umówił się na wizytę, wiedząc, że tylko Zaynowi może powierzyć swoje największe sekrety. Faktycznie, zrezygnował z kariery muzycznej, przynajmniej na jakiś czas, jednak gdy nie koncertował i gdy trzymał się z daleka od fanów, czuł się wolny i nie chciał do tego powracać. Cała sława namieszała mu z głowie i doszczętnie go zniszczyła, dlatego Liam po raz kolejny nie chciał kroczyć tą drogą, ponownie niszcząc to, co już udało mu się odbudować przy pomocy terapeuty. Nie sięgał już także po narkotyki, choć jeszcze ta walka nie była do końca wygrana – czasami miał ochotę to zrobić, czasami nadal pojawiały się jego napady lęków, zwłaszcza wówczas, gdy myślał o używkach, których chwilowo nie miał przy sobie.
Zayn nie pomylił się ani w jednej kwestii – starał się najpierw uleczyć jego umysł, dopiero potem całe ciało, powoli, małymi krokami oduczając go sięgania po narkotyki, zastępując tę chęć pasjami i innymi zajęciami. Często wychodzili wspólnie do parku, a potem pograć w kręgle, by tym samym oderwać się od myślenia o uzależnieniu, a tak wypełniony czas zdecydowanie owocował w lepsze samopoczucie młodszego chłopaka.
Z dnia na dzień stawali się sobie bliżsi, rozmawiali całkowicie swobodnie, nie tylko o swoich problemach, ale także na wiele innych, neutralnych tematów i Liam po prostu czuł się bezpiecznie przy starszym mężczyźnie, który nigdy go nie krytykował i nigdy go nie oceniał – traktował go jak kogoś równego sobie, do czego szatyn nie był przyzwyczajony, cały czas będąc pod wpływem swoich menagerów, dla których zawsze był nikim, kimś gorszym i mniej znaczącym.
By polepszyć samopoczucie nastolatka, Zayn również zorganizował spotkanie ze swoim dawnym podopiecznym – Louisem, który także tkwił w toksycznym zespole i przez wiele lat musiał udawać kogoś, kim nigdy nie był i kim nigdy nawet nie chciał się stać. Zrobił to tylko dlatego, by pokazać Liamowi, że można się zmienić, jeśli tylko człowiek tego chce. Tamten chłopak także miał poważne problemy z narkotykami, jak i również z samym sobą, przez dłuższy czas potrzebował opieki psychologicznej i takiego rodzaju wsparcia, by jakimś cudem wyjść na prostą i rozpocząć nowe, o wiele spokojniejsze życie. To dało mu sporo do myślenia i – swoją drogą – bardzo polubił tego niebieskookiego chłopaka, obiecując, że ponownie się z nim spotka, gdy tylko samemu upora się z własnymi problemami i wątpliwościami.
Prawdę powiedziawszy – Zayn sprawił, że Liam odnalazł dawnego, zagubionego siebie i odkrył coś jeszcze – niebywałą więź, która ich połączyła. Byli do siebie bardzo podobni pod wieloma względami, mieli wiele wspólnych pasji i zainteresowań, lubili podobną muzykę i niemalże identyczne filmy, dlatego czasami spotykali się wieczorami, by oglądać czarno-białe horrory sprzed wielu, wielu lat, gdy jeszcze ich obu nie było na świecie, a być może nawet w planach ich rodziców. Szatyn nie był do końca pewny, czy ta relacja powoli nie wchodziła na inne tory, gdyby miał przyznać się przed samym sobą, czuł coś do ciemnowłosego i gdyby tylko miał taką możliwość, spędzałby z nim każdą, wolną chwilę, a bycie nierozłącznym w ogóle by mu nie przeszkadzało.
Zayn miał w sobie coś, co przyciągało ludzi, być może była to ta otwartość, a być może lekkie podejście do wszelkich problemów i nie traktowanie ich jak końca świata. To zawsze sprawiało, że Liam lubił spędzać z nim czas, to zawsze go motywowało i dodało mu otuchy, a sam mężczyzna zachowywał się wobec niego tak, jakby naprawdę szczerze go polubił. Szatyn czasami gubił się w tym wszystkim, nie wiedząc już, po jakiej drodze kroczył, jednak uznał, że warto jeszcze poczekać na rozwój sytuacji.
Musiał przyznać – chciałby postawić ten jeden krok do przodu, by zmienić swoją przyszłość, jednak nie był pewny uczuć dwudziestoośmiolatka, znał tylko siebie i wiedział tylko o tym, co sam czuł i jakie emocje temu wszystkiemu towarzyszyły.
Wiedział jedno – czasami czas jest w stanie rozwiązać wszystko.
~ * ~
Pół roku później, Liam był najszczęśliwszym chłopakiem, chodzącym po tym świecie. Był w pełni zdrowy, pozbawiony zbędnych nałogów i wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią, wciągając do płuc jedynie pokłady świeżego powietrza, które niczym go nie zatruwało. Zyskał także miłość swojego życia – Zayna, który był z nim na dobre i na złe, wspierając go, gdy chłopak miewał jeszcze chwile swoich słabości.
Spacerowali właśnie po parku, do którego mężczyzna zabierał go, gdy ten jeszcze uczestniczył w terapii i to właśnie w tym miejscu w Liamie budziły się wszelkie sentymenty i właśnie to miejsce skłaniało go do licznych refleksji.
Mógł być już daleko stąd, praktycznie mógł umrzeć tamtego dnia, gdy po raz pierwszy przedawkował narkotyki, zapijając je sporą ilością alkoholu, mógł nigdy nie wyzdrowieć i nie poznać piękna świata, a jednak los chciał inaczej – dał mu nową szansę, której chłopak nie zamierzał w żaden sposób zmarnować.
Postanowił cieszyć się życiem i akceptować je takim, jakim jest ono naprawdę.
viens-voler-avec-moi: Piszesz Ziama? Powiedz, że tak, bo nikt nie chce dla mnie pisać Ziama! :'C Przejdźmy do rzeczy: hokejowe AU, okej? Oglądałam ostatnio super film o młodych hokeistach i zapragnęłam takiego AU. Więc coś w stylu, że Liam się popisuje na lodzie co chce zdobyć Zayna. Podrywa go też w szkole czy coś i wreszcie gdy Zayn zgadza się z nim gdzieś wyjść (czytaj: na lodowisko), okazuje się, że nie umie jeździć na łyżwach i Leeyum go uczy C: Prooooszę! + wetkniesz może jeszcze gdzieś Zayna chodzącego w koszulce Liama? (w sensie tej drużynowej z numerkiem i nazwiskiem ... wiesz o co chodzi) xx
Od autorki: Ten prompt wyszedł o wiele dłuższy niż planowałam, ale chyba się nie obrazisz :D Mam nadzieję, że sprostałam Twoim oczekiwaniom i tekst choć trochę Ci się spodoba. Przepraszam również za wszystkie błędy, któe są nieuniknione. Tak czy siak, zapraszam!
Liam nigdy nie denerwował się z powodu gry tak jak teraz. Znajdował się w najlepszej drużynie wśród miejscowych liceów, był jednym z najlepszych hokeistów, więc skąd ten paradoks? Bardzo rzadko zdarzało się, żeby musiał bać się o końcowy wynik w ostatnich dwudziestu minutach meczu, zazwyczaj drużyną zdobywali przewagę wcześniej i w tej ostatniej części tylko się bronili – często skutkowało. Jednak najwidoczniej coś poszło dziś nie tak...
- Payne, słuchaj jak do ciebie mówię! – wydarł się rozwścieczony trener, wymachując dłońmi w każdą stronę, jakby to miało przyspieszyć jego mówienie podczas krótkiej przerwy. – Jak przestaniesz tańczyć jak jebana primabalerina na tym lodzie, to może w końcu uda wam się trafić tą czarną zabaweczką do
tak zwanej bramki! – Zawsze w ten sposób się z nich naśmiewał i obrażał, w najprostszy sposób traktował jak świeżaków na lodzie.
Zawodnicy westchnęli głośno, wywracając na swój sposób oczami.
- Każdy karygodny błąd któregokolwiek z was - mówił, bardzo mocno akcentując ostatnie słowa – będzie od razu karany ławką, i to nie tylko na dzisiejszy mecz – zakończył razem z gwizdkiem sędziego, oznajmiającego kontynuację gry.
Liam zajął swoje miejsce na lodowisku i ustawił się w dobrej pozycji, rozglądając po trybunach. Większość kibiców głośno zagrzewała ich do walki, lecz nie on. Siedział w towarzystwie swojej paczki, zajmując się tylko i wyłącznie własnym telefonem. Hokeista obiecał sobie to zmienić i tylko to miał w głowie w momencie, w którym rozebrzmiał głośny dźwięk, a wszyscy ruszyli do walki. Nie można powiedzieć, że gra przebiegała spokojnie, bo hokej nigdy nie był i nie będzie spokojnym sportem. Jego drużyna zaczynała się powoli odbudowywać, lecz nikt nie uzna ich wygranej, dopóki nie będą mieli większej ilości punktów niż przeciwnicy. Po świetnej grze jego kolegi Maxa, wyniki się wyrównały i zostały decydujące o wszystkim dwie minuty. Liam połowicznie w głowie wciąż miał krążek i starał się go zdobyć, lecz więcej uwagi przywiązywał do swojego stylu jeżdżenia na łyżwach i ruszania tułowiem, co różnie skutkowało. Kiedy mocno się już rozpędził i gnał w stronę przeciwnika, kątem oka w końcu zauważył jego wzrok na sobie. Tylko dodało mu to pewności siebie, przez co bez problemu przejął krążek jednym, dopracowanym i z jego opinii dobrze wyglądającym z boku ruchem. Jego rówieśnicy po prawej stornie trybun unieśli ręce do góry, nagradzając go krótkim aplauzem. Pędził po lodzie w stronę bramki przeciwnika i nic nie mogło mu już przeszkodzić w zdobyciu punktu. Jedynym problemem mogło być to, w jak efektowny sposób można ten punkt zdobyć. Liam zdecydował się wymijać każdego przeciwnika po kolei, zamiast po prostu przejechać do bramki w linii prostej. Szło mu świetnie, w końcu był najlepszy. Nie zostało mu więcej niż trzech potężnych chłopaków i... niestety tutaj coś mogło pójść źle. Brunet nie wiedział czy powinien brnąć dalej, czy zawrócić i podać krążek komuś w „lepszej okolicy”. Nie miał dużo czasu na zastanawianie się, więc w myśl, że naprawdę musi mu zaimponować, starał się wyminąć także i tych ostatnich przeciwników. O ile z pierwszym nie miał problemu, dwóch ostatnich wpadło na niego z tak ogromną siłą, że Liam nie miał prawa skończyć nigdzie indziej niż tylko na twardym lodzie blisko bandy, leżąc. Teraz mógł już tylko przyglądać się, jak jego przeciwnicy nie popełniają tych samych błędów co on i bez problemu zdobywają decydujący o wszystkim punkt.
W tamtej chwili prawie każdy stracił już nadzieję na wygraną, przez co ostatnie sekundy meczu spędzone zostały tylko na podawaniu sobie nawzajem krążka.
Koniec gry – porażka. Mecz przegrany, zero szans u Zayna. Liam jak najszybciej zszedł z lodowiska z okropną miną, wcześniej niż jego koledzy. Ominął wściekłego trenera i od razu skierował się w stronę szatni, chwilę wcześniej słysząc parę komentarzy na temat gry.
- Masakra, nie wierzę, że Payne zawalił tak banalną akcję – odezwała się jakaś dziewczyna, schodząc z trybun. – To wszystko przez niego – kontynuowała, brzmiąc na naprawdę zdegustowaną.
- Czy ja wiem, wyglądało dobrze. Nie miał na to wpływu.
- Malik, czy ty w ogóle znasz zasady?! – ten sam głos oburzył się dość głośno, sprawiając, że brunet wywrócił oczami.
Nie miał najmniejszej ochoty i zamiaru rozmawiać o tym, co się przed chwilą stało, chociaż zapewne prędzej czy później będzie to nieuniknione. Przebierał się szybciej niż po jakimkolwiek innym meczu, kiedy jego koledzy z drużyny zaczęli się schodzić. Był im wdzięczny, że nie poruszali na głos tematu ich gry. Nigdy nie wychodził z szatni jako pierwszy, ale tym razem był do tego zmuszony. Zarzucił torbę z łyżwami na ramię i opuścił budynek, uciekając od wszystkiego jak najszybciej.
Kiedy wychodził poza teren lodowiska, zauważył parę kroków od siebie Zayna. Stał za rogiem i albo mu się zdawało, albo naprawdę rzucił mu krótkie spojrzenie. Wypuścił z ust dym, opuszczając luźno po boku dłoń z papierosem. Liam nie mógł powiedzieć, że ten widok mu się nie podobał. Każdy widok Zayna go zachwycał, nieważne w jakim wydaniu. Mógł stać do niego przodem, tyłem, bokiem - zawsze wyglądał dobrze. Może Liam patrzył na niego trochę za długo i może przez przypadek zmusił go do odezwania się... ale tylko może.
- Zapalisz? – spytał Zayn obojętnie i najprościej, robiąc pół kroku w jego stronę. Jego oczy rozświetliły się, a idealnie ułożone włosy potargał delikatny wiatr.
Liam zaśmiał się szczerze.
- Nie palę. – Mimo wszystko podszedł do niego powoli. – W wolnym czasie tylko jeżdżę na łyżwach.
Zayn przytaknął, spoglądając na swoje dłonie i nie okazując większego zainteresowania dalszą rozmową. A Liam był postawiony w najgorszej możliwej sytuacji, bo nie spyta tym razem „jak ci się podobał mecz?”, opierając przy tym typowo o murek. Stali przez chwilę w niezręcznej ciszy i wyglądało na to, że żaden z nich nie ma zamiaru się odezwać.
- Podoba mi się twoja kurtka – wymyślił w końcu łyżwiarz, uderzając się mentalnie w twarz. Zdecydowanie nie potrafił flirtować, a już na pewno nie z Zaynem.
Chłopak mruknął tylko ciche „dzięki”, przestępując z nogi na nogę i w końcu spoglądając w oczy drugiego na dłużej. Liam odchrząknął, zbierając się nareszcie na odwagę.
- Robisz coś w sobotę przed południem? – wykrztusił z siebie, chcąc zgrywać śmiałego i pewnego. Nie potrafił do końca powiedzieć czy mu to wyszło, bo jego rozmówca wzruszył tylko ramionami, wzdychając cicho.
- Powiedzmy, że nie – zdecydował.
Payne musiał przed zadaniem kolejnego pytania wszystko szybko przeanalizować. Nie był już pewny co do kontynuowania propozycji ze względu na zachowanie chłopaka. Nie wyglądał on na zachwyconego propozycją, bardziej wydawało się, jakby był do czegoś zmuszany. Ale z drugiej strony przecież nie był - jak nie będzie chciał, to odmówi.
- Wyjdziemy gdzieś razem? – Spojrzał mu w oczy, przeczesując dłonią swoje włosy. – Jestem wolny o dwunastej.
- Trzynasta. – Zayn chyba nie byłby sobą, gdyby sam nie postawił żadnego warunku.
Liam zastanowił się chwilę, po czym uśmiechnął lekko.
- Zgoda. Spotkajmy się tutaj – zaproponował.
- Tutaj – powtórzył Malik. – To twoja jedyna szansa, Payne.
Liam zmieszał się, starając jednak nie brać tych słów tak do siebie. Nawet jeśli jedyna, na pewno nie będzie zmarnowana.
- Jasne – odpowiedział w końcu, cofając się o dwa kroki. – Widzimy się.
Zayn przytaknął, żegnając się z nim niemo. Obaj odwrócili się w odwrotne strony, odchodząc. I tak naprawdę obaj cieszyli się z takiego przebiegu zdarzeń, a Liam był już w stanie nie myśleć jedynie o porażce, bo właśnie w połowie ją nadrobił.
***
- Więc... Pomyślałem, że z dużą chęcią zabiorę cię do mojego drugiego domu – zaczął brunet po, w jego opinii, zbyt oficjalnym przywitaniu z chłopakiem.
- Serio? – Zayn zaśmiał się niezręcznie, zastanawiając, jak głupi musiał być wcześniej, że tego nie przewidział.
- Nie uprzedzałem cię wcześniej, żebyś wziął łyżwy, bo w sumie nawet nie wiem czy je masz – zaznaczył. – A poza tym uznałem, że byłoby fajnie, gdyby to była swego rodzaju niespodzianka.
Chłopak o ciemnych włosach pokiwał twierdząco głową, starając się o jak najszczerszy uśmiech, lecz w rzeczywistości przełykając ciężko ślinę. Nie mógł teraz odmówić, inaczej wyszedłby na tchórza.
- Swoich też nie wziąłem, najlepszym rozwiązanie będzie chyba, jeśli wypożyczymy obaj, prawda? – kontynuował Liam, robiąc wszystko, żeby nie brzmieć na zdenerwowanego i chyba dobrze mu to wychodziło. Chwilę przed zaczęciem rozmowy zastanawiał się czy nie jest teraz przypadkiem bardziej zdenerwowany niż ostatnio przed trzecią tercją*. Kiedy jednak ujrzał Zayna i spostrzegł, że oboje są w dobrym nastroju, nerwy powoli zaczęły puszczać.
Weszli razem na lodowisko i skierowali się do kasy. Na ich twarzach widniały uśmiechy, lecz pojawiała się między nimi znacząca różnica – jeden był szczery, a drugi sztuczny. Zayn podziękował cicho Liamowi, kiedy ten zapłacił za ich wstęp oraz wypożyczenie dwóch par łyżew, po czym udał się na ławkę, aby je ubrać. Zadziwiająco, poradził sobie. Nie był tylko pewny czy wystarczająco mocno je zapiął, ale nawet jeśli... przecież i tak wyląduje na lodzie, nie ma nawet o czym dyskutować. Oddali swoje buty do szatni i zabrali numerek, aż w końcu nadszedł czas na wyjście na lód.
Liam był aż nadto podekscytowany, otwierając drzwi i przepuszczając w nich Zayna. On z kolei odwdzięczył się tym samym, wpuszczając jednak bruneta jako pierwszego na taflę. Był mu wdzięczny w duchu, kiedy nie robił z tym żadnego problemu.
- Jak wyglądają twoje plany na resztę weekendu? – zagaił Liam, bez problemu obracając się na lodzie w stronę Zayna. – Spotykasz się z jakimiś znaj-
- Podasz mi rękę? – Zayn przerwał mu w połowie zdania nieco drżącym głosem, chyba nie do końca zastanawiając się nad sensem wypowiedzianego przez siebie zdania.
Liam zmarszczył brwi, lecz przytaknął szybko, wyciągając swoją dłoń w stronę chłopaka, który złapał się jej kurczowo i dopiero wtedy miał odwagę wstąpić na lód.
To jeszcze nie wyglądało tak dziwnie, a przynajmniej Zayn miał taką nadzieję, lecz jeżdżenie przez cały czas po lodowisku, trzymanie jego dłoni i udawanie, że wszystko jest okej, mogłoby wzbudzać pewne podejrzenia. Z tego też powodu czarnowłosy zdecydował się ją puścić, jadąc od tamtego momentu samodzielnie.
- Spotykasz się z jakimiś znajomymi? – spytał ponownie Liam, przyglądając się nieco podejrzliwie swojemu towarzyszowi. – Czy tym razem rodzinnie?
Zayn nie zdążył otworzyć ust, żeby odpowiedzieć, kiedy zachwiał się i uderzył bokiem o bandę, na szczęście przytrzymując się jej i unikając upadku. Rozłożył lekko ramiona, bardzo starając się zachować równowagę, lecz i to poskutkowało kolejną wpadką.
– Wszystko w porządku? – spytał Liam, patrząc na niego nieco zmartwiony.
Zayn zatrzymał się zdenerwowany, unosząc kąciki ust w górę.
- No jasne! – zapewnił krótko, oddychając zmęczony po okropnie długiej, przebytej drodze. Kiedy odwrócił głowę, nieco zawiódł się, widząc, że przejechał może ze trzy metry.
- Chodź w takim razie na środek – zachęcał go Liam, zaczynając już powoli odjeżdżać od chłopaka.
- Nie! Czekaj, Liam! – krzyknął za nim głośno, nie ruszając się ani na milimetr. Był wdzięczny Bogu, kiedy brunet zawrócił szybko. – Ja... nie potrafię jeździć na łyżwach – dodał znacznie ciszej, pesząc się.
Liam zaśmiał się, nie tyle co z wypowiedzianych przez Zayna słów, a bardziej z jego nerwowego zachowania. Podjechał jeszcze bliżej niego, stając przed nim twarzą w twarz.
- To nie problem dla mnie – wzruszył ramionami, kładąc śmiało swoje dłonie na biodrach stojącego przed nim chłopaka. – Odpychasz się jedną nogą, na drugiej utrzymując chwilowo równowagę – tłumaczył najlepiej jak tylko mógł. Dla niego wszystkie ruchy były oczywiste, a przypominając sobie jeszcze wcześniejsze reakcje Malika, nie mógł skojarzyć, aby miał on cokolwiek przeciwko wybraniu się na lodowisko. Może Liam był po prostu zbyt stanowczy i zapatrzony w swoje zdanie?
Widać było, że Zayn zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić. Ostatecznie przytrzymując się przedramion bruneta, zaczął próbować się poruszyć, nie upadając przy tym po raz kolejny. Nie miał odwagi spojrzeć na Liama, dlatego udawał, że cały czas patrzy na swoje nogi. Brunet z kolei trzymał go mocno i z pewnością gdyby nie to, czarnowłosy już dawno leżałby na lodzie. Tym razem w stu procentach.
- Śmielej. Nie przewrócisz się – zapewniał go Liam, uśmiechając się zachęcająco. Trzymał chłopaka blisko siebie i sam jechał powoli tyłem, dając mu jednak wystarczająco dużo wolnej przestrzeni na swobodne ruchy. – Może cię już puszczę? – zażartował.
- Nie! – natychmiast zaprotestował Zayn, jednocześnie łapiąc się ciała bruneta jeszcze mocniej. – Proszę, nie.
- Opowiesz mi w końcu co z tym weekendem? – Liam wrócił do zadawanego już dwa razy wcześniej pytania, śmiejąc się cicho.
Zayn zastanowił się krótko, w końcu unosząc głowę i spoglądając na swojego „nauczyciela”.
- Muszę się podczas niego nauczyć jeździć na łyżwach – zdecydował wesoło, przez przypadek wpadając lekko na Liama i śmiejąc się cicho. – Może na drugiej randce uda mi się zaimponować.
- Czy to nie była moja jedyna szansa? – zareagował od razu Liam, unosząc żartobliwie brew.
- Może tak, a może nie. – Zayn zaśmiał się, oplatając dłonie wokół szyi chłopaka i przytulając się do niego.
- Tak się nie nauczysz. Zapewniam. – Brunet wywrócił oczami, w myślach jednak ciesząc się jak pięciolatek. – Załóżmy się! O to, czy dasz radę po weekendzie przejechać całe okrążenie sam, bez żadnego upadku.
Czarnowłosy wzdrygnął się, udając wystraszonego. To było wykonalne... Ale czy na pewno się uda? Westchnął głęboko, czując, że nie zachowałby się normalnie, gdyby odmówił. Zrobi wszystko, żeby utrzeć Liamowi nosa.
- O co? – spytał, jakby od niechcenia.
Brunet przygryzł wargę, udając zamyślonego.
- Jeśli się nie nauczysz, wygrywam i wymyślam ci jakiś śmieszny strój do szkoły – postanowił. – Jeśli się nauczysz, wygrywasz i robisz to samo mi.
- Mała poprawka – odezwał się Malik, odsuwając delikatnie. – Wyglądam dobrze we wszystkim, więc nie ma szans na strój, który będzie dla mnie „śmieszny”. – Obaj zaśmiali się głośno, wracając do wcześniejszej pozycji.
Albo Liam był naprawdę złym nauczycielem, albo to Zayn był naprawdę złym uczniem. Dwa dni lekcji na nieszczęście Zayna zakończyły się samodzielnie przejechanym okrążeniem z dwoma upadkami, co niestety robiło zwycięzcę z Liama. On jednak nie był z tego powodu smutny. Dzięki temu zyskał największego kibica, chodzącego przez cały poniedziałek po szkole w jego koszulce zawodnika. Szczęśliwy numer 7 i nazwisko Payne widniejące na jego plecach nie mogły równać się z żadnym innym widokiem
*Czas meczu hokejowego trwa 60 minut, a dodatkowo podzielony jest na trzy części po 20 minut - tzw. tercje