Regularne spisywanie mysli nie należy do moich mocnych stron. Jestem gadułą i zawsze najpierw opowiadam historie. Poza tym moje życie tylko przybiera tempa i wydarza się wciąż coś nowego, zanim zdażę zasiąść do spokojnego ubrania w słowa bieżących wydarzeń. I tak oto całe lato minęło bez poświęcenia mu tutaj miejsca. Z perspektywy czasu wszystko nieco bladnie i wracenie do tego , co minęło, nadaje znów więcej koloru czasowi, który upłynął.
Uwielbiam spędzać wakacje w Warszawie. Ten czas, kiedy wszyscy urlopują, nie ma korków i nerwowej energii to mój ulubiony w dużym mieście. Lubię stolicę, ale nie ukrywam, ucieczki stąd to konieczność- raz w roku miesiąc lub dwa w Indiach, z dwa, trzy zagraniczne wyjazdy i regularne weekendy w Kotlinie Kłodzkiej lub Jeleniogórskiej. To niezbędnik, bym nie zwariowała.
W ubiegłym roku mieszkałam w Szwajcarii i to jedno z miejsc, do których będę często wracać, pewnie docelowo tam osiądę. Kocham ten kraj za góry, ciszę, za "miasta", które liczą 5 tys. mieszkańców,za łagodność, za puntualność i oczywiście- za czekoladę. I ser, któremu mój aspirujący do weganizmu brzuszek nie umie odmawiać...
Pojechaliśmy tam dwukrotnie- w czerwcu i wrześniu spedzając łącznie ponad 5 tygodni. Spotkałam znajomych, poprowadziłam w Lucernie warsztaty jogi, mój aparat też miał, co robić.
Głównym celem były oczywiście góry. Kupiliśmy większe auto i bagażnik na dach, dzięki czemu jesteśmy totalnie wolni, wszystko , czego Nam potrzeba - ciepłe śpiwory, kawiarka, sprzęt wspinaczkowy, książki i jedzenie mamy ze sobą i wybór miejsca do spania i sam wyjazd może być totalnie spontaniczny. Chciałam uciec od codziennego makijażu, kawek latte i miejskich udogodnień. Tak mam , że muszę regularnie poczuć błoto pod paznokciami i odczarować rzeczywistość gorącą herbata z termosu i spokojnym snem z dala od miejskiego gwaru.
Szwajcaria zdaje się byc rajem dla wspinaczy.Jest zarazem srogą nauczycielką pokory. Z naszych zaznaczonych wykrzyknikami w przewodnikach dróg udało sie zrealizować jedynie małą część. Mielibyśmy więcej do robienia, gdyby pociągały nas krótkie , sportowe drogi w wapieniu, ale niestety- naszymi sercami zawładnęły granotowe, połogie wielowyciągówki. Drogi o długosci ponad 500 metrów ze sporym prawdopodobieństwem niepogody i najdłużej schnące po deszczu.
Kiedy byliśmy tam w czerwcu dostęp do wielu z nich nie był możliwy z powodu wciąż zamkniętych po zimie przełęczy. We wrześnu często padało i pojawił się pierwszy śnieg. Lato i tak było upalne i najczęściej było za gorąco na takie wspinanie. Mozna się wkurzyć. Mozna też przyjąć zasadę "no i ch..!", którą zaproponował Wojtek i i tak podejmować próby. Dzięki temu, jeśli nie padało, to działaliśmy. Ale często było wietrznie i zimno. I dobrze. To są góry, a nie SPA.
Mamy w Lucernie kolegę, z którym Wojtek wybiera się na dość szalone wycieczki typu 15 przygodowo obitych, trzymających trudność wyciągów do 7a. Ja, z i tak dobrymi, jak na dziewczynę, nerwami - wolę oddać ten czas chłopakom i pochodzić swoimi ścieżkami.
Nasze zdecydowanie ulubione miejsce w Czekolandii to okolice przełęczy Grimsel. Jest piękne, mroczne, potężne, surowe, bajkowe i zmienne. Wojtek i Richi poszli się wspinać, a ja udałam się na spacer. O poranku wszystko osnute jest mgłą i wygląda niepokojąco i tajemniczo, po kilkunastu minutach wędrówki wychodzi sie ponad nią i wydaje się, że jest już się gdzieś wysoko w chmurach, w innym swiecie, skąpanym w słońcu i kolorze. Chodziłam tak zahipnotyzowana widokami z siedem godzin mijając zaledwie kilka osób. Pod koniec wycieczki natknęłam się na dziwną postać- od razu rozpoznałam ten obłęd i podziw w oczach- od razu zaczęlismy rozmawiać- Alex, fotograf z Berlina okazał się szukać lokacji do swojej sesji w następnym tygodniu i był tak samo zachwycony miejscem, jak ja. Opowiedziałam mu o okolicy. I o zyciu. I on mi o sobie. Usiedlismy tam, gdzie na siebie wpadliśmy i minęło może półtorej, może dwie godziny, kiedy zobaczyliśmy wracających Wojtka i Richi'ego. Jakie jest prawdopodobieństwo, że w swoim ulubionym kawałku wszechświata, gdzie zazwyczaj spotyka sie jedynie wspinaczy i pasterzy , spotyka się fotografa, który w nastepnym tygodniu, gdy wciaz zamierzasz tam być, planuje sesję zdjęciową i zaprasza Cię do udziału? W dodatku okazuje się wyjątkowo ciepłym i ciekawym człowiekiem, takim z którym po psostu chce sie spędzić czas? Pogoda ma zamiar byc tylko gorsza i wspinaczkowe plany na czas tej sesji i tak mielismy porzucić, więc chyba nie ma powodu, by nie pobawić się w modelkę dla szwajcarskiej marki outdoorowej, zamienić spanie w aucie na hotel z basenem pośród Alp, na ogrom smiechu i dobrej zabawy z ekipą z całej Europy. To był cudowny zbieg okoliczności. Pozowałam do zdjęć w miejscach, w których czuję się jak ryba w wodzie, biegajac w deszczu po mokrych skałach i patrząc na ukochane widoki. Scenariusz sesji wzbogacił sie o jogowe ujęcia. Konto o sporą ilość euro. Serce o dużą dawkę radości. Facebook o nowych znajomych. Ale przede wszystkim życie- o nową przygodę. Czyli tak, jak lubię.
Zdjęcia dla ODLO robił Alex Gnaedinger. Efekty w lutym.