The Imagination Project to w pełni improwizowane fanfiction, w którym możesz spodziewać się wszystkiego, zwłaszcza tego, czego się nie spodziewasz. Autorki; marehullam, Maja, Najna, Klaudia oraz Zuzia :)
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz -wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
marehullam: To nie byłabym ja gdybym nie miała jakiegoś opóźnienia. Zapraszam na dużo Jerrie x
Jade kłamałaby gdyby powiedziała, że ich nowa nauczycielka hiszpańskiego nie zainteresowała ją. Była piękną kobietą o niesamowicie niebieskich oczach. Wyglądała na niewiele starszą od jej rocznika. Zapewne to przez ten kolczyk w nosie który odejmował jej lat, co jednak było dziwnym zjawiskiem ponieważ takie kolczyki zazwyczaj dodawały lat.
Tak, Jade postanowiła nie sprzeczać się z własnymi myślami i stwierdziła, że jeśli spotkałaby niesamowicie piękną nauczycielkę hiszpańskiego w normalnych okolicznościach, to z pewnością by się nie zawahała z nią flirtować.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz -wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
marehullam: To nie byłabym ja gdybym nie miała jakiegoś opóźnienia. Zapraszam na dużo Jerrie x
Jade kłamałaby gdyby powiedziała, że ich nowa nauczycielka hiszpańskiego nie zainteresowała ją. Była piękną kobietą o niesamowicie niebieskich oczach. Wyglądała na niewiele starszą od jej rocznika. Zapewne to przez ten kolczyk w nosie który odejmował jej lat, co jednak było dziwnym zjawiskiem ponieważ takie kolczyki zazwyczaj dodawały lat.
Tak, Jade postanowiła nie sprzeczać się z własnymi myślami i stwierdziła, że jeśli spotkałaby niesamowicie piękną nauczycielkę hiszpańskiego w normalnych okolicznościach, to z pewnością by się nie zawahała z nią flirtować.
Szkoła do której uczęszczała przyprawiała ją o dreszcze, czuła się w niej jak w tej kreskówce o straszliceum, czy jak się ta ich dziwna szkoła nazywała. Wiedziała że każdy posiadał tutaj jakiś dziwny i brudny sekret, dlatego stwierdziła, że nie będzie gorsza i także może będzie miała coś do ukrycia. A tym sekretem miała nadzieję, że będzie Pani Perrie Edwards.
Właśnie jej klasa miała lekcję z panem Armstrongiem, który wzbudzał u niej ciarki przerażenia oraz co dziwne zaufanie.
Przebiegła wzrokiem po sali i zauważyła że w samym tyle klasy siedzi ich nowy kolega z klasy Louis, który był dzisiaj dziwnie uśmiechnięty (jakby się zakochał czy coś, mogła się założyć że właśnie rysował w swoim zeszycie serduszka), a obok niego siedział Zayn. Przed nimi siedzieli Liam z Niallem, których dłonie były złączone pod stolikiem.
A co najdziwniejsze palce drugiej dłoni Liama były splecione z palcami Zayna.
Wniosek był z tego taki, albo Liam zdradzał Nialla z Zaynem lub na odwrót (co byłoby dziwne bo z tego z Jade pamiętała ta trójka znała się od piaskownicy), albo żyli w jakimś pieprzonym trójkącie. Niebieskowłosa zazwyczaj nie interesowała się takimi sprawami, ale ta trójka ją intrygowała i zamierzała się dowiedzieć co pomiędzy nimi się dzieje.
***
Ostatnią lekcją był hiszpański, w normalnych okolicznościach by się tym nie przejęła, ponieważ nie przepadała za tym językiem. Wolała język miłości, inaczej zwanym językiem francuskim. Lecz biorąc pod uwagę seksowną nauczycielkę mogłaby spędzać całe dnie ucząc się hiszpańskiego przy boku pięknej blondynki. I nie Jade jej nie przedmiotowała, po prostu potrafiła dostrzec piękno, nawet to zakazane, co idealnie opisywało jej przypadek.
Ciemnowłosa dziewczyna oparła się o krzesło, kilkakrotnie zmieniając tą pozycję. Drewniane ławki szkolne nie były jej na rękę i nie ważne jak, nigdy nie udało jej się wygodnie usiąść. Kątem oka obserwowała, jak atrakcyjna blondyna przechadza się po klasie, co jakiś czas rzucając jej pytające spojrzenie.
Im dłużej obserwowały się nawzajem, tym bardziej Thirlwall była zadowolona ze swojego zachowania. Od dobrych kilku minut uśmiechała się zalotnie do młodej nauczycielki, trzepocząc przy tym długimi czarnymi rzęsami. Mogłaby przysiąc, że w pewnym momencie Edwards zarumieniła się delikatnie, co wywołało wielką radość u Jade. Dziewczyna w duszy cieszyła się, jak małe dziecko, które pod choinkę dostało upragniony prezent.
Nastolatka szybko przeskoczyła na następny poziom, kolejno długim paznokciem przejeżdżając po dolnej wardze i zagryzając ją delikatnie. Ostatecznie blondynka nie wytrzymała i odwróciła wzrok, próbując skupić się na reszcie klasy, podczas gdy Thirlwall przybiła sobie sobie w duchu piątkę.
Była pewna, że Edwards jest nią również zainteresowana, dlatego nie przerywała pomimo tego, że blondynka na nią nie patrzała
Lekcja skończyła się niedługo potem, pozwalając, aby cała klasa z ulgą wyszła z pomieszczenia, kierując się na stołówkę. Jade nie była wyjątkiem, jednak, gdy tylko zbliżyła się do wyjścia, czyjaś drobna dłoń złapała ją za ramię. Nie zdziwiła się, gdy za sobą dojrzała zarumienioną nauczycielkę.
- Chciałabym, żebyś chwileczkę poczekała - wyznała i wskazała na pierwszą ławkę, gdzie nie zwlekając, Thirlwall usiadła wygodnie, uśmiechając się przy tym promiennie. - twoje zachowanie na lekcji jest zbyt... - tu zatrzymała się, szukając odpowiedniego przymiotnika. - ... indiscreto*.
Ciemnowłosa przechyliła głowę lekko w prawo, próbując na marne zrozumieć hiszpańskie słówko. Mimo, iż Perrie wydawała się być zadowolona, Jade nie miała pojęcia czego może się spodziewać po nauczycielce. Nagle twarz blondynki stała się bardzo poważna, a ona sama oparła się o blat swojego biurka, przez chwilę obserwując w ciszy reakcję szatynki.
- W ramach kary za to indecente** zachowanie, chciałabym zabrać Cię na kawę. - Powiedziała i od razu na jej twarzy zagościł delikatny uśmieszek, powodując, że w gładkich policzkach pojawiły się małe dołeczki. Jade nie mogła uwierzyć, że nauczycielka może być jeszcze bardziej słodka niż w jakimkolwiek innym momencie.
- Chyba będę musiała znieść tą karę. - Odpowiedziała jej radośnie Thirlwall i pożegnawszy się z belferką, wybiegła z sali, chcąc jak najszybciej dotrzeć do łazienki, gdzie miała zamiar poskakać z radości. Nie sądziła, że uda jej się w tak krótkim czasie uwieść piękną blondynkę.
***
Musiała przyznać że stresowała się spotkaniem z nauczycielką, jeszcze żadna osoba nie wzbudziła w niej tak wielkiego zainteresowania jak znawczyni hiszpańskiego. Siedziała ponad pół godziny przed szafą analizując każdy strój jak i punkty za i przeciw. Musiała wyglądać olśniewająco, aby Perrie padła z wrażenia.
Założyła czarne dopasowane spodnie, uwydatniające jej tyłek - i nie, nie zrobiła tego specjalnie - czarną zwykłą koszulkę z dekoltem oraz dżinsową kurtkę
Tak szczerze, to na pewno Jade padnie z wrażenia, bo nawet jeśli Perrie ubrałaby worek na ziemniaki wyglądałaby olśniewająco. Nie żeby ją w czymś takim widziała, ale chciałaby, naprawdę, tylko po to aby przekonać się o idealności kobiety. To tylko dla nauki, powtarzała sobie w myślach, lecz kogo ona chciała oszukać.
- Wychodzę! - krzyknęła w przestrzeń ubierając buty i po chwili już jej nie było. Drogę do Starbucksa - bo tam się umówiły - przebyła w szybkim tempie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Przy wejściu zobaczyła w kącie blondynkę z którą miała się spotkać, dopiero wtedy dłonie zaczęły się jej pocić, a kolana niekontrolowanie zaczęły odmawiać posłuszeństwa, stając się jak z gumy.
Wzięła parę głębokich wdechów i weszła do ciepłego pomieszczenia, pachnącego kawą i świeżo upieczonymi babeczkami lub innymi wypiekami. Właśnie zdała sobie sprawę z tego jak dziwne jest to że w tak małym miasteczku jakim jest Homles Chapel znajduje się Starbucks, lecz nie zastanawiała się nad tym długo ponieważ Perrie spojrzała na nią tym swoim onieśmielającym wzrokiem. I cała pewność siebie poszła w las, pomyślała zanim udała się do malutkiego okrągłego stolika.
- Dzień dobry. - powiedziała, starając się aby sprawiała wrażenie pewnej siebie, mimo że w rzeczywistości taka nie była.
- Witaj Jade, zamówiłam ci karmelową kawę, mam nadzieję że ją lubisz - powiedziała, a po chwili namysłu dodała - A jeśli nie to mogę zamówić ci coś innego?
- Nie jest w porządku, naprawdę dziękuję. - mruknęła i zapadła niezręczna cisza, którą Jade bała się przełamać. Zazwyczaj gadała jak najęta, lecz Perrie naprawdę się jej podobała i nie chciała tego spieprzyć po całości. Lecz po paru chwilach ciszy postanowiła się odezwać. - Nie boi się pani, że ktoś nas zobaczy? - zapytała niepewnie, bawiąc się zieloną rureczką.
- Po pierwsze jestem Perrie, nie żadna pani, a po drugie jeszcze nic złego nie robimy. - możliwe że Jade lekko się zarumieniła słysząc "jeszcze". To miało wiele znaczeń, przynajmniej teraz dla jej ogromnego bałaganu w umyśle.
I tak zaczęła się rozmowa, która później szła gładko bez żadnych zająknięć. Jade musiała przyznać, że chyba powoli się zakochiwała w zakazanym owocu.
Po godzinnej rozmowie i po czterech zamówionych kawach oraz po dwóch ciastkach, Perrie zaproponowała Jade aby poszły do niej i obejrzały jakiś film, na co młodsza zgodziła się bez zawahania. No bo naprawdę, kto by jej mógł odmówić?
Oczywiście po paru minutach kłótni o to kto zapłaci (Perrie zapłaciła, uderzyła argumentem że jest jej nauczycielką i powinna się jej słuchać, wtedy Jade pomyślała sobie że Edwards mogłaby jej tak rozkazywać zwłaszcza w łóżku), w końcu wyszły z ciepłego budynku.
- Przyjechałam samochodem, chodź. - powiedziała blondynka i złapała ciemnowłosą za dłoń prowadząc ją w stronę Audi. Jade wcale się nie zarumieniła, nie, to tylko zimne powietrze na nią tak działało. Niewyobrażalnym było to jak ich dłonie do siebie pasują, jak dwa elementy układanki. Tak, Jade była romantykiem.
- To nie byłby gwałt, biorąc pod uwagę to że byś chciała, ale nie martw się, nie na pierwszej randce.
Pierwszej randce, pierwszej randce, pierwszej ran...
Te dwa słowa chodziły po umyśle Jade jak wierszyk. Jeszcze nigdy nie była tak bardzo uśmiechnięta jak w tej chwili.
Parę minut później Perrie już otwierała drzwi zapraszając młodszą dziewczynę do środka. Jade ledwo zdążyła zdając wygodne trampki ze stóp, a już została pchnięta na ścianę.
Właśnie całowała się z Perrie Edwards jej nauczycielką od hiszpańskiego i jeszcze nigdy tak dobrze się nie czuła. Bez wahania oddała pocałunek oraz położyła dłonie na jej pośladkach lekko je ściskając, nie mogła się powstrzymać.
- Nie uprawiam seksu na pierwszych randkach, ale się na nich całuję. - powiedziała starsza dziewczyna i ponownie wpiła się w usta swojej uczennicy, później robiąc jej dorodną malinkę na szyi.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Gladis: Kawa mrożona potrafi zdziałać cuda jeśli chodzi o pisanie. Powiem szczerze, przy pisaniu tego rozdziału zaczęłam płakać (tak, wciąż posiadam duszę i uczucia), mam nadzieję, że wam się spodoba.
---------
Harry po zamknięciu drzwi odetchnął z ulgą. Nie był przyzwyczajony do przychodzących sąsiadów. ‘Chociaż Louis mógłby wpadać częściej’ pomyślał. Odwrócił się od drzwi i ujrzał białą poświatę przypominającą mężczyznę.
- Więc podoba ci się mój syn? – Harry podskoczył ze strachu gdy postać się odezwała.
- ZGIŃ I PRZEPADNIJ DUSZO NIECZYSTA! – krzyknął z nadzieją iż jego słowa zadziałają i osoba zniknie.
- Harry, ta gadka nie zadziałała za pierwszym razem i teraz też nie zadziała – powiedział duch zirytowanym głosem. Pokazywał się zielonookiemu od kiedy jego rodzina się tu przeprowadziła, jednakże ten wciąż się nie przyzwyczaił. – Zadałem ci pytanie.
To był powód, dla którego Harry nie wychodził z domu i nikt go nie odwiedzał. Jako dziecko zaczął widzieć dusze zmarłych, nikt po za nim nie mógł ich też słyszeć. Po mieście zaczęły rozchodzić się plotki o jego „chorobie psychicznej”, więc matka wypisała go ze szkoły . Nikomu nie przyszło nawet na myśl, że chłopiec jest Medium*. Co prawda minęły lata, ale Harry wciąż boi się duchów, mimo iż nie mogą zrobić mu krzywdy.
- Dajcie mi wszyscy święty spokój. Nie prosiłem się o to. – Chłopak złapał się za głowę, chcąc odciąć się od wszystkich głosów.
- Nie wybieramy darów, same są nam przydzielane. I wciąż mi nie odpowiedziałeś.
- Skąd to pytanie? – Harry poddał się i postanowił porozmawiać z duchem ojca swojego słodkiego sąsiada, bo chyba każdy uważa, że Louis jest słodki.
- Bo codziennie oglądam jak go podglądasz i gdybym żył to pewnie bym już wezwał policje.
- Po prostu się nudzę ok? – Harry oczywiście kłamał, bał się że gdyby powiedział inaczej, to mógłby dostać doniczką w głowę. Nigdy nie wiesz co zrobi zdenerwowany duch.
-Szkoda, bo Louisowi się spodobałeś…
- Naprawdę?! – Ucieszył się chłopak w duszy.
- Mam Cię! Podoba ci się mój syn! – Harry chyba po raz pierwszy widział, żeby jakiś duch był wesoły. Zrobiło mu się też smutno, wiedząc, że zmarły robi z niego żarty. – I mówiłem serio, ty też mu się podobasz. Widać po oczach.
- To i tak nie jest ważne skoro nie mogę z nikim porozmawiać jak normalny człowiek.
- Ze mną rozmawiasz. – powiedział Troy, bo tak na imię miał tata Louisa.
-I ze mną czasem też! – odezwał się kobiecy głos ze strychu. Była to dusza jego dawnej sąsiadki, która umarła na zawał, zanim zdążyła pogodzić się ze swym synem.
Bo czym są duchy? To dusze osób, które umarły przed zakończeniem swej misji na ziemi. Osoby, które zginęły najczęściej w wypadkach lub zostały zamordowane. Harry wiedział, że są też złe duchy, noszące wszędzie nieszczęście i dziękował Bogu, że ich jeszcze nie spotkał na swej drodze.
- Nie jesteście ludźmi! To, że z wami rozmawiam nie jest normalne! – Wykrzyczał na cały dom. Postać Troya zbliżyła się do niego.
- Rozumiem, że to wszystko ci się nie podoba, ale musisz nauczyć się z tym żyć. Nie bez przyczyny masz swoje zdolności i jesteś chyba na tyle dojrzały by to zrozumieć.
- A skąd o tym tyle wiesz? Byłeś jakimś pieprzonym okultystą za życia czy co?
- Raczej ‘czy co’. Łowcą demonów dla ścisłości. – Odpowiedział z uśmiechem Troy. Harry z pewnością nie spodziewał się takiej odpowiedzi, bo dosłownie opadła mu szczęka z wrażenia. – Zamknij buzię, bo mucha ci tam wleci.
- Czekaj chwileczkę… CO?!
- Zadałeś pytanie to ci odpowiedziałem.
Rodzina Louisa nie znała prawdziwego zawodu Troya. Przez lata udawał, że pracuję w supermarkecie, kiedy tak naprawdę ganiał za potworami i straszydłami. Co prawda był to biznes rodzinny, ale nie chciał by jego dzieci robiły to samo co on, było to zbyt niebezpieczne. Dla niego samego skończyło się to śmiercią.
- Mówiłeś wcześniej, że zginąłeś w wypadku.
- Oficjalna wersja mówi, że drugi kierowca był pijany, prawda jest taka, że był on opętany i nie wiedział co robi. Tak się kończy praca w tym zawodzie. – Harry zauważył smutek na twarzy swego kąpana. – Boję się o swoją rodzinne chłopcze. Boję się, że to samo co zabiło mnie będzie chciało ich skrzywdzić. Ale ty możesz im pomóc.
- Niby jak?
- Ostrzeż ich.
- Nie ma mowy. Uznają mnie za szaleńca. – Harry odwrócił się do zjawy, ale ta pojawiła tuż przed jego twarzą.
- Zróbmy tak. Ty pomożesz mojej rodzinie a ja pomogę ci w opanowywaniu mocy. Proszę.
Harry zastanawiał się przez chwilę. W końcu mógłby wychodzić z domu i spotykać się z żywymi ludźmi, mógłby im pomagać. Mógłby zacząć żyć normalnie, na swój nienormalny sposób.
- No dobrze. Jak mam im pomóc? – spytał zainteresowany.
- Zaprzyjaźnij się z Louisem i w razie czego chroń go. Wierzę w ciebie.
Troy położył rękę na jego ramieniu i Harry poczuł w tym miejscu lekki chłód, było to nawet przyjemne uczucie. Nagle po domu rozległ się dźwięk przypominający dziecięcy płacz. Dochodził on z piwnicy. Harry szybko wziął do ręki jedną z świec i zszedł do pomieszczenia. Rozglądał się po pokoju aż w końcu zauważył w kącie jego starą kołyskę. Gdy do niej podszedł płacz zamienił się w śmiech. W środku zauważył bardzo małe niemowlę, całe czerwone od krwi i zawinięte w niebieski kocyk.
- Co tu robisz malutki? – Spytał chłopak, zapominając że tak małe dzieci nie potrafią mówić. Dzieciątko uśmiechnęło się i Harry zauważył parę lekko wystających kłów. Gdy wyciągnął do niego rękę, zniknęło. Była ta kolejna zagubiona dusza, która należała prawdopodobnie do dziecka, które nawet nie dostało szansy by żyć.
***
Słońce zaszło i dwa wampiry postanowiły wyjść na obserwację domu Tomlinsonów.
- Wyczuwasz tu coś Gee? – Spytał Frank, który postanowił położyć się na dachu ich obiektu obserwacyjnego. Każdy wampir ma swego rodzaju moc. Frank wyczuwa kiedy coś się dzieje, a Gerard potrafi wyczuć inne „stworzenia”.
- Jak na razie wiem, że w tym miasteczku żyje przynajmniej jeden wilkołak.
- Pewnie przez nas świruje. – Zaśmiał się Frank.
Od początków świata często dochodziło do sprzeczek pomiędzy dwoma rasami. Zmieniło się to dopiero po przemianie Gerarda w wampira. Za życia interesował się paranormalnymi rzeczami nie tylko z powodu ciekawości, próbował znaleźć lek na wilkołactwo. Jego młodszy brat Michael, zawsze nazywał go Mikey, został zaatakowany przez wilkołaka, po czym uciekł z domu by nie zrobić krzywdy Gerardowi. Gdy ten został wampirem odszukał brata i pomagał mu podczas pełni księżyca. Ich historia pokazała wszystkim, że mogą żyć w zgodzie. Co prawda Mikey nie żyje już od stuleci, ale pozostali wciąż starają nie wkraczać na wojenne ścieżki.
- Pewnie tak. Poza tym wyczuwam tu dużą ilość duchów.
- Przecież one są wszędzie.
-Tu jest coś co je przyciąga. Może to być przez jakąś osobę, ale nie jestem jeszcze pewny – powiedział Gerard i położył się obok swego chłopaka. – Jak uważasz?
-Nie wiem. To twoja specjalizacja. – Odpowiedział niższy. Przez cały czas przyglądał się nocnemu niebu. W gwiazdach było coś, co go zawsze uspokajało. Myślał o nich jak o duszach, które poszły do nieba i teraz z góry pilnują swych bliskich. Gerard lubił patrzeć na takiego spokojnego Franka. – Myślisz, że oni tam są? W niebie?
- Kto Frankie?
- Na przykład Mikey. Z tego co mi mówiłeś był fajny.
- Taa… Mikey to był dobry dzieciak. – Gerard rozmarzył się i spojrzał w niebo.
- No i jeszcze… może on też tam jest.
- Frank – Gerard odwrócił głowę w jego stronę – obiecaliśmy sobie, że nie będziemy już o tym mówić.
- Tak wiem, ale czuję się lepiej zmyślą, że on jest tam w górze. Że na nas patrzy swoimi małymi oczkami.
- Może masz rację. Może na nas patrzy i myśli jakiego ma ładnego tatę.
- Obydwóch. – poprawił go Frank i uśmiechnął się delikatnie – Szkoda, że nie zdążyliśmy go poznać. Dziś miałby już prawie 100 lat.
- Skąd wiesz, że to byłby „on” a nie „ona”?
- Matczyna intuicja. – Frank złączył ich dłonie i zbliżył się do Gerarda. – Sądzisz, że jeszcze kiedykolwiek nam się uda. Wiem, że już za pierwszym razem wydawało się to niemożliwe ale…
- Jeśli będziemy w to wierzyć, to na pewno się uda Frankie. – Odpowiedział szczerze Gerard. Bardzo tego pragnął.
- Pamiętasz jak kiedyś prawie wzięliśmy ślub?
- Tak. A pamiętasz minę księdza, gdy w trakcie zorientował się, że nie jestem kobietą? – zaczęli się śmiać do siebie na wspomnienia z tego wydarzenia.
- Aha. A było już naprawdę blisko. I muszę przyznać, że wyglądałeś naprawdę seksownie w białej sukni ślubnej.
- Kto wie. Może jeszcze kiedyś ją założę?
- Powinieneś. – Odwrócili się do siebie tak, by patrzeć sobie w oczy. Na chwilę zapomnieli po co tu przyjechali, pozwolili odejść światu na drugi plan.
- Kocham Cię Frankie. – Powiedział na tyle cicho, by jego głos dotarł tylko do jego uszu.
- Ja ciebie też Gee.
Ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać, kiedy usłyszeli jak drzwi w domu obok otwierają się.
- Kurwa. – Szybko wstali ze swoich miejsc i zaczęli się rozglądać za miejscem do ucieczki. Jedyne co im zostało to szybko wskoczyć na drzewo stojące w ogródku Tomlinsonów i skryć się w jego liściach.
Zauważyli jak wysoki chłopak z burzą loków na głowie podchodzi do drzwi domu, którego pilnowali.
- Gerard?
-Tak?
-Mam przeczucie, że ten chłopak będzie bardzo ważną częścią przyszłych wydarzeń.
- A ja chyba wiem, przez kogo mamy tu zbiorowisko duchów.
*Medium – osoba porozumiewająca się z duchami. Łącznik pomiędzy światami.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Najny: Kilka dni nie było rozdziału, za co przepraszamy, ale niektóre z nas nie miały czasu na pisanie. Coś mi sie wydaję, że chyba nie będziemy dodawały w ustalone dni, ale na pewno będziemy dodawały często :) Anyway, mam nadzieję, że polubicie ten rozdział (mi osobiście się podoba) :D
_________________
Rzeczą, która zdziwiła Louisa, kiedy przekroczył próg szkoły następnego dnia, była nieobecność woźnego za kontuarem. Normalnie przez te dwa i pół tygodnia, od kiedy się wprowadził, woźny nigdy nie opuścił dnia pracy. Niall zawsze powtarzał, że ten facet przesiaduje w szkole godzinami i czasami nawet robił sobie żarty z tego, że mężczyzna mieszkał w swoim kantorku. W końcu nikogo tam nigdy nie wpuszczał.
Liam za to zwykł mówić, że woźny musi mieć smutne, nieszczęśliwe życie. Szatyn mówił, że wystarczy spojrzeć mu w oczy, czy na sposób, w jaki się porusza, żeby dostrzec głębokie blizny na jego duszy. Zayn i Niall naśmiewali się z niego za takie dziwne, filozoficzne gadanie, ale Louis musiał przyznać mu rację.
Już nie raz zastanawiał się, dlaczego mężczyzna jest taki dziwny i tajemniczy. Ale kiedy pewnego razu udało mu się nawiązać z nim kontakt wzrokowy wszystko zrozumiał. Mężczyzna miał tak samo puste, zmęczone oczy jak on sam, od kiedy jego ojciec umarł. Niebieskooki nie miał pojęcia, co przytrafiło się temu mężczyźnie, czy stracił kogoś bliskiego, czy może po prostu ktoś go zranił, ale wiedział, że coś musiało się stać.
Sam do niedawna miał tak samo puste, szare oczy. To nie tak, że przestały takie być. Po prostu są trochę jaśniejsze i bardziej żywe od kiedy ma przyjaciół, którzy potrafią go rozweselić.
Wracając, jego myśli zaczęły krążyć wokół powodu, dla którego nie było woźnego w szkole. Zastanawiał się, czy stało się coś złego, czy może po prostu zachorował. A może zaspał?
Odrzucił jednak wszystkie myśli, kiedy wszedł do klasy od języka hiszpańskiego, spostrzegając, że nauczycielka – pani Edwards – była już w środku. Była naprawdę śliczna i, gdyby Louis nie był gejem, to z pewnością zakochałby się w jej dużych, błękitnych oczach, delikatnym różu na policzkach i drobnej posturze. Większość uczniów już straciło dla niej głowę i Louis naprawdę się im nie dziwił. Kobieta była dosyć młoda, jak na nauczycielkę i miała kilka kolczyków, ale Louisa to nie zdziwiło, widział już większość nauczycieli tej szkoły i wszyscy byli jacyś dziwni. Nie wyglądali na stereotypowych nauczycieli.
Na przykład taki pan Armstrong, który ubierał się na czarno z wyjątkiem krawata i malował oczy kredką. Louis nie wiedział, że takich punków zatrudnia się w szkolnictwie, ale naprawdę nie miał nic przeciwko, bo nauczyciel nie był zły, wręcz przeciwnie, był zabawny i wyluzowany.
Louisowi także spodobała się nauczycielka języka angielskiego – panna Nelson. Swoim wyglądem dorównywała pani Edwards. Była równie piękną kobietą, chociaż różniły się większością cech. Panna Nelson była brunetką z czekoladowymi oczami i karmelową skórą i zwykle ubierała się bardziej subtelnie niż Edwards. Louis miał przeczucie, że był jej ulubieńcem, od kiedy znał odpowiedzi na wszystkie jej pytania odnośnie działu, który aktualnie przerabiali.
Louis chyba nie widział jeszcze w tej szkole żadnego normalnego nauczyciela, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio. Podobało mu się, że ta szkoła nie jest taka jak ta, do której uczęszczał w Doncaster.
Lekcje minęły szybko i zanim szatyn się obejrzał, wracał z Zaynem, Niallem i Liamem do domu. Na szczęście tym razem, na widok tajemniczego sąsiedniego budynku chłopak przypomniał sobie o pytaniu, które miał zadać swoim przyjaciołom.
- Hej, chłopaki, wiecie może, kto tam mieszka? - niebieskooki zapytał, przystając na środku chodnika i kiwając głową w stronę domu swoich sąsiadów.
Liam był pierwszym, który spojrzał w stronę domu jego sąsiadów i westchnął kiwając do siebie głową. - Zastanawiałem się, kiedy się o to zapytasz.
Louis zmarszczył brwi w dezorientacji, przyglądając się uważnie wyrazom twarzy swoich przyjaciół; Zayn miał zaciśnięte usta i kątem oka spoglądał na Liama, Niall za to zbladł, spoglądając ze strachem w stronę wspomnianego domu, a Liam po prostu ponownie westchnął i pokręcił głową.
- To dom Pani Cox, naszej drugiej woźnej. Wiesz, to ta kobieta, która przychodzi zmienić Lupina. - szatyn oznajmił i Louis skinął głową, dając mu znak, że przyjął jego słowa do informacji i, żeby chłopak kontynuował. - Mieszka tam wraz z synem – Harrym. Nie ma jej w domu przez większość nocy, bo pracuje a-
- Niektórzy uważają, że to dlatego, bo jej syn słyszy głosy i widzi rzeczy, których nie ma. Właśnie w nocy. Nie rano, nie wieczorem, tylko w nocy. - Wtrącił Niall, przysuwając się bliżej do Liama i oplatając swoją niewielką dłoń dookoła jego ramienia.
Zayn prychnął a Liam wywrócił oczami, podczas gdy Louis przyglądał im się z szeroko otwartymi oczami.
- To tylko bajki. Ludzie lubią gadać bzdury. - Liam w końcu się odezwał, obejmując blondyna ramieniem. - Chłopak nie wychodzi z domu. Podobno ma prywatne lekcje, ale sam nie wiem. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tam przychodził. Pani Cox w dzień jest w domu, ale przez większość nocy siedzi w szkole na nocnej zmianie a chłopak siedzi sam w domu. Ludzie wymyślają głupie historyjki na temat tego, że jest wampirem, czy inne bzdury.
- Może jest chory? - Louis w końcu odezwał się słabym głosem. - Albo po prostu ma uczulenie na słońce?
- Tak mi się wydaję, ale pewności nie ma. - Liam skinął głową. - Z tym, że kiedy był mały to wychodził bawić się z nami, stąd znamy jego imię, ale potem przestał ruszać się z domu.
Louis pokiwał głową ze zmarszczonymi brwiami.
- Moim zdaniem to wariat, - Niall mruknął spoglądając na Louisa.
Liam po raz kolejny wywrócił oczami a Zayn pacnął blondyna w głowę.
- Dobra, chłopaki, ja spadam, bo muszę jechać z siostrą do sklepu. - Liam powiedział po chwili ciszy, a reszta zgodnie skinęła głowami, żegnając się z nim.
Louis pożegnał się również z Niallem i Zaynem, nie chcąc ich dłużej zatrzymywać i ruszył w stronę własnego domu z mieszanymi myślami.
Kiedy tylko przekroczył próg domu, poczuł zapach świeżo upieczonych ciastek czekoladowych.
Uśmiechnął się delikatnie, bo to oznaczało, że jego mama miała dobry humor, co nie zdarzało się często, naprawdę. Może zaczynała wychodzić na prostą.
Szatyn ruszył w stronę kuchni, przystając w progu i zachichotał pod nosem, kiedy ujrzał kobietę podrygującą w rytm muzyki wydobywającej się z radio, podczas ozdabiania czekoladowych kółeczek.
Zagryzł wargę, żeby się nie zaśmiać – nie chciał śmiać się dlatego, że jego mama zabawnie tańczyła, nic z tych rzeczy, po prostu był szczęśliwy, że zaczęła robić to, co robiła przed śmiercią swojego męża. Dla Louisa był to naprawdę duży krok.
Po cichu podszedł do swojej rodzicielki i objął ją od tyłu, składając na jej policzku delikatny pocałunek. - Hej, - mruknął, sięgając jedną dłonią po czekoladową słodycz, podczas gdy drugą nadal obejmował swoją matkę.
Kobieta natychmiast pisnęła i pacnęła go w dłoń, - Nie są jeszcze gotowe! - krzyknęła, ale Louis i tak zdążył podkraść jedno ciasteczko, od razu wpychając je do ust.
Jay pokręciła głową z uśmiechem i odwróciła się w jego stronę, sięgając dłonią do jego włosów, żeby ułożyć je tak, jak jej zdaniem Louis powinien się czesać. Nie to, że dużo poprawiła – możliwe, że przesunęła kilka włosów w drugą stronę.
- Nie wszystkie są dla ciebie, Boo. - Louis uśmiechnął się szerzej, kiedy usłyszał to pieszczotliwe przezwisko. Ostatnimi czasy nie słyszał go za często nie słyszał go za wiele, ale odkąd przeprowadzili się do Holmes Chapel, jego mama wróciła do niektórych zwyczajów. - Musi ich trochę zostać dla dziewczynek i naszych sąsiadów.
Louis zmarszczył brwi, przełykając resztki ciastka. - Sąsiadów?
Brunetka skinęła głową, odwracając się z powrotem w stronę wypieków. - Tak, pożyczyłam dzisiaj od pani Cox żelazko, bo nasze zapodziało się gdzieś przy przeprowadzce. Pewnie ją kojarzysz, pracuje jako woźna w twojej szkole. - Louis pokiwał głową, wskakując na blat niedaleko miejsca, w którym kobieta zdobiła łakocie. - Daisy i Phoebe szły dzisiaj do teatru ze swoją klasą, więc musiałam uprasować im ich sukienki, ale nie mogłam znaleźć żelazka, więc podeszłam do domu obok i zapytałam, czy mogłabym pożyczyć. Porozmawiałyśmy przez chwilę na werandzie a potem wróciłam. Pomyślałam, że jakoś się jej odwdzięczę i upiekę trochę ciastek. - Jay uśmiechnęła się w stronę Louisa i podała mu jedną, ozdobioną słodycz. Szatyn odwzajemnił uśmiech, chociaż w jego głowie pojawiły się pytania na temat tego, o czym rozmawiały i, czy pani Cox opowiadała coś o swoim synu. - Swoją drogą, wiesz, że Anne ma syna w twoim wieku? - kobieta zapytała, jakby czytając w jego myślach.
- Tak?
Brunetka skinęła głową, wyjmując z szuflady papierową torebkę i włożyła tam kilkanaście ozdobionych ciastek. - Ma na imię Harry, ale nie chodzi do szkoły, więc pewnie go nie widziałeś. Anne nic nie mówiła, ale wydaje mi się, że chłopak jest na coś poważnie chory, bo ta kobieta wygląda na zmęczoną i przygnębioną. Jak Boga kocham, coś musi dolegać temu chłopakowi. Ja pewnie sama bym tak wyglądała, gdyby któreś z was było chore.
Louis uśmiechnął się ze zrozumieniem, - Ale jesteśmy zdrowi.
- Na szczęście. - Jay obróciła się do swojego syna i sięgnęła dłonią do jego policzka, przez chwilę go gładząc. - Zaniesiesz jej żelazko i ciasteczka? Zrobiłabym to sama, ale muszę iść odebrać dziewczynki ze szkoły, a potem na zakupy.
Louis już chciał odmówić, bo naprawdę nie był pewien, czy chce iść do tamtego domu. Zwłaszcza sam, ale jego mama wyglądała na tak zmęczoną, że nie miał serca jej odmówić.
- Jasne.
Jego mama ubrała się i wyszła z domu kilkanaście minut później, zostawiając mu żelazko i torebkę ciasteczek na szafce przy drzwiach. Louis zaczął myśleć o tym, że faktycznie pani Cox wyglądała na zmęczoną i smutną te kilka razy, kiedy ją widział. Zwykle, jak mówili jego przyjaciele, kobieta pracowała w nocy, dlatego nie miał tak wielu okazji, żeby ją widzieć, ale kilka razy się zdarzyło.
Szatyn jeszcze przez chwilę siedział w kuchni, zajadając się ciastkami i myśląc o swoich sąsiadach, zanim wzruszył ramionami i zeskoczył z blatu, ruszając w stronę przedpokoju. To nie tak, że jego sąsiadem są wampiry, czy coś, prawda?
Chwycił z szafki żelazko i ciastka, po czym wyszedł z domu, zamykając je na dwa zamki.
Drogę pokonał w ciszy, bijąc się z myślami, czy może powinien wrócić i powiedzieć mamie, że włączył telewizję tylko na chwilę, żeby zobaczyć prognozę pogody na następny tydzień, ale wciągnął go jakiś film, ale zanim zdążył podjąć decyzję, stał przed drzwiami sąsiadów.
Były wykonane z drewna i wyglądały na dosyć stare i zniszczone przez siły natury, ale szatyn nie był tam od oceniania szczegółów. Sięgnął do dzwonka przymocowanego tuż obok drzwi i przystąpił z nogi na nogę, ze zdenerwowaniem.
Po drugiej stronie nie udało mu się usłyszeć żadnego dźwięku, więc zadzwonił jeszcze raz, poprawiając żelazko, które do tej pory trzymał pod pachą i, które zaczęło mu się powoli wyślizgiwać.
Nadal po drugiej stronie nie było słychać znaku życia, więc szatyn westchnął, przeczuwając, że pani Cox już wyszła na swoją zmianę, chociaż wcale nie było tak późno, ale z drugiej strony w środy kończył najpóźniej, bo aż o szesnastej trzydzieści, a powrót ze szkoły zajmuje mu trochę czasu, zwłaszcza, że zwykle z chłopakami chodzą okrężną drogą, żeby jeszcze się trochę powygłupiać. Pewnie było już późno.
Szatyn już miał zamiar odchodzić, kiedy usłyszał szmer po drugiej stronie drzwi. Z powrotem odwrócił się w stronę drzwi, zaglądając do środka przez wizjer (nie to, że mógł coś zobaczyć).
- Kim jesteś?
Louis podskoczył na dźwięk niskiego, lekko chropowatego głosu i cofnął się o kilka kroków.
- U-Um j-ja, - niebieskooki wyjąkał, spoglądając na swoje stopy. Wydawało mu się, że pani Cox mieszka sama z synem, jego mama ani chłopacy nie wspominali nic o jakimś mężczyźnie. - J-Jestem Louis, um, Louis Tomlinson. M-Mieszkam obok. Przyniosłem tylko żelazko, które moja mama pożyczyła od pani Cox? - Szatyn wymamrotał cicho, mając nadzieję, że ktokolwiek, kto był po drugiej stronie drzwi, go usłyszy.
- Poszła do pracy, - osoba po drugiej stronie oznajmiła i Louis skinął głową, próbując odepchnąć chęć szybkiej ucieczki. Nie miał pojęcia dlaczego, ale ten głos powodował u niego dreszcze.
- O-Och, dobrze, um, to ja... tak, - zdołał tylko mruknąć i już kiedy chciał się odwrócić, i odejść, usłyszał szczęk otwieranego zamka.
Drzwi uchyliły się i pierwszym, co szatyn zobaczył, to, że ze środka domu nie wydobywało się żadne mocne światło, tylko delikatne, lekko drgające ciepłe promienie, jakby z zapalonej świecy. Chwilę później szatyn ujrzał wysoką postać, wychylającą się zza drzwi.
I, o dziwo, nie był to żaden mężczyzna, tylko chłopak z burzą kręconych włosów oplatających jego ostre kości policzkowe i parą zielonych oczu. Louis rozchylił lekko usta na intensywność koloru oczu chłopaka. Nie było za wiele światła, ale Louis dostrzegł, że chłopak w najmniejszym stopniu nie wygląda na chorego. Jego blada, choć gładka skóra połyskiwała w blasku światła, a usta były pulchne i lekko wydęte a nie popękane i suche, jak na chorego przystało.
Szczerze mówiąc, Louis nigdy nie widział piękniejszego chłopaka w całym swoim życiu, a dokładnie przyjrzał się Zaynowi, Liamowi i Niallowi, naprawdę.
Louis przeniósł swój wzrok w dół, wzdłuż jego ciała, oplatając nim jego za duży, kremowy sweter oraz czarne zwężane u stóp spodnie dresowe. Był boso, jak Louis zauważył. Chłopak odchrząknął i Louis zarumienił się, odwracając wzrok na własne stopy.
- Żelazko? - chłopak – Harry, - jak Louis przypuszczał, odezwał się chropowatym głosem.
Szatyn szybko wyciągnął przed siebie wspomniane urządzenie, praktycznie wpychając je w dłonie zielonookiego i prawie upuszczając przy tym torebkę z ciasteczkami, które trzymał w drugiej dłoni.
- Och, jeszcze, um, to, - Louis szybko wymamrotał, wyciągając jeszcze dłoń z torebką ciasteczek i uniósł wzrok, żeby spojrzeć na kędzierzawego chłopaka. - M-Moja m-mama upiekła ciasteczka w p-podziękowaniu, um, z-za pożyczenie żelazka, - dodał szatyn, widząc uniesione brwi Harry'ego i odwrócił wzrok pod jego intensywnym spojrzeniem.
Harry leniwie wyciągnął dłoń po torebkę ciastek i chwycił ją, muskając przy tym dłoń Louisa. Szatyn spojrzał na swoją dłoń i cofnął ją, orientując się, że trzymał ją wyciągniętą przed siebie o kilka sekund za długo.
- Podziękuj swojej mamie, to naprawdę miło z jej strony. Jestem pewien, że kiedy przekażę je mamie na pewno sama do was przyjdzie.
Louis skinął głową, oplatając swoje ciało ramionami i uśmiechnął się niepewnie.
Zielonooki jeszcze przez chwilę oplatał Louisa spojrzeniem, zanim szatyn nie zorientował się, że pora już iść i cofnął się kilka kroków do tyłu, gotowy, żeby odejść. - Miło było cię, um, poznać?
Usta Harry'ego rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu. - Ciebie również, Louisie Williamie Tomlinsonie, - odpowiedział zielonooki, znikając w głębi domu i zamykając za sobą drzwi, zanim Louis zdążył zapytać się, skąd zna jego drugie imię.
Szatyn stał jeszcze w szoku przez kilka minut, zanim ze zmieszanymi myślami ruszył w stronę swojego domu.
Jedna rzecz była pewna – nie zapomni o tym chłopcu w najbliższej przyszłości, nie było takiej opcji.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Maji: zapraszam do lektury kolejnej części xx
edit: dodałam do zachowania Remusa więcej wilka, nic szczególnego - zmiana nie wpływa zbytnio na treść, to bardziej taki zabieg “kosmetyczny”
________________
Czasem strach jest nie do opanowania i sprawia, że nie ma odwagi otworzyć oczu i wstać z niewygodnej kanapy; nie chce znowu przekonywać się, że jego już nie ma i udawać, że radzi sobie z jego nieobecnością. Czasem nie ma już na to po prostu siły i kiedy zamyka oczy, ma nadzieję, że już nigdy się nie obudzi.
Tęsknota zabija go od środka, a wstrzymywany płacz zabiera oddech, ale udaje, że wszystko jest okej. Bo musi być. (Ale nie jest.) W końcu, kto przejmowałby się jakimś mało ważnym wydarzeniem, które miało miejsce kilka lat temu. No właśnie. Nikt.
Życie toczy się dalej, prawda?
Nawet jeśli próbuje się tego trzymać, nie jest w stanie.
Bo jaki człowiek może żyć bez serca w piersi? Czy jest ktoś, kto może oddychać, jeśli w jego otoczeniu nie ma osoby równie ważnej dla niego jak tlen? Do tego ten ból w klatce piersiowej, który wprost obezwładnia i ziejąca pustka u jego boku, jaką pozostawił po sobie Syriusz.
Od kiedy tak rozpamiętujesz to, co się wydarzyło, Remusie?, wrzuciłby mu chłopak, czochrając żartobliwie jego włosy. Przecież zawsze bardziej martwiłeś się tym, co będzie, niż tym, co było, kiedy to się tak zmieniło? Zostaw to za sobą.
Choć zawsze miał gotową ripostę na każde docinki czy złośliwe lub po prostu troskliwe komentarze Syriusza, teraz milczy. Sam nie wie, czemu tak jest. Nie chce wiedzieć. Woli udawać, że ciągle wszystko jest takie samo jak tego deszczowego poranka trzy lata temu.
Choć fizycznie on i rzeczy w jego otoczeniu są takie samo, psychicznie jest już kimś innym. Chociaż syriuszowa szczoteczka do zębów wciąż leży na półce w łazience, jego perfumy do tej pory zalegają na lodówce w kuchni, a Remus, mimo upływu czasu, potyka się o jego szczotkę do włosów, która leży na podłodze w przedpokoju, to to wszystko nie wywołuje w nim irytacji, jedynie smutek. Mimo że magazyny o motorach wciąż zajmują połowę poziomych powierzchni w ich mieszkaniu, płaszcz Blacka w dalszym ciągu wisi przewieszony przez krzesło w kuchni, a ulubiona nadtłuczona filiżanka z kawą leży na stosie książek po tej stronie kanapy, którą zawsze zajmował chłopak, nie denerwuje się tym, co więcej, brakuje mu bałaganu i chaosu, jaki wokół siebie roztaczał.
Syriusz był strasznym bałaganiarzem i serce Lupina ściska się z rozczuleniem na samą myśl o tym, jak uroczo wyglądał w samym środku nieposprzątanego, zawalonego różnego rodzaju śmieciami mieszkaniu. Wciąż ma przed oczami chłopaka siedzącego na kanapie w t-shirtcie, który rozmiarem przypominał mały namiot cyrkowy, z kieliszkiem kawy w ręce i papierosem w dłoni. Nawet jeśli tyle razy prosił go, żeby używał naczyń zgodnie z ich przeznaczeniem i żeby nie palił w domu, bo nie znosi zapachu tytoniu, to chłopaki po prostu to olewał i jeśli w takich chwilach Remus na niego krzyczał lub zwracał mu uwagę kąśliwym tonem, to i tak nie był w stanie powstrzymywać cisnącego się na usta czułego uśmiechu, bo to, jak bardzo kocha tego chłopaka i wszystkie jego wady czy zalety jest naprawdę nie do pomyślenia.
Na samą myśl o chłopaku zalewa go intensywna fala uczuć i obrazów.
Zachrypnięty głos Syriusza przed pierwszym papierosem. Jego ubrudzone smarem ręce. Sterczenie godzinami przed lustrem. Zamiłowanie do heavymetalu. Sposób w jaki jego ręce pasowały do ramion Remusa. Ta szczególne nutka w jego głosie, kiedy mówił o Betsy, swoim ulubionym i, warto dodać, jedynym motocyklu. Niezwykła umiejętność ignorowania podstawowych zasad higieny. Nieodwzajemniona miłość do fast foodów. Humorzastość, szczególnie w czasie dosyć licznych chorób. Szczera nienawiść do deszczu i słońca. Częste nadużywanie tandetnych tekstów na podryw. Talent do olewania zasad i łamania powszechnie przyjętych konwenansów. Idiotyczne poczucie humoru. Trafne, często złośliwe, spostrzeżenia. Marudność. Leniwość. Zapach.
Obserwuje tłum uczniów, którzy, pogrążeni w rozmowach ze swoimi towarzyszami, wychodzą grupami ze szkoły. Niektórzy nieśpiesznie opuszczają budynek, zatrzymując się by zamienić z kimś kilka słów, inni w pośpiechu wybiegają na zewnątrz, nie oglądając się na nikogo. Niezależnie jednak od sposobu i prędkości z jaką się poruszają, wszystkich ich otacza aura ulgi i podekscytowania. Mimo to, prawie nikt – wyjątkiem była ta granotowowłosa Jade i kilka zupełnie przypadkowych osób – nie powiedział ”do widzenia”.
Syriusz też nigdy nie mówił ”do widzenia”. Tyle, że to był Syriusz i Remus byłby mu w stanie wybaczyć wszystko.
W końcu szkoła pustoszeje i zostają w niej sami nauczyciele, którzy krzątają się jeszcze chwilę po swoich salach. W końcu jednak i oni wychodzą z budynku i Remus zostaje w niej całkiem sam z Billiem, którego obecność, nawet jeśli mężczyzna siedzi po drugiej stronie kompleksu budynków, wzbudza w chłopaku niepokój.
Wilk w jego wnętrzu wyje głośno ze strachu.
Czuje się jak jagnię zamknięte w klatce z lwem i chociaż wie, że to idiotyczne, nie uzasadnione niczym porównanie i że Armstrong nie ma żadnego powodu, by go zaatakować, robi się coraz bardziej nerwowy. Chociaż ręce drżą mu niemiłosiernie a serce łomocze głośno w piersi, stara się dokładnie zamieść korytarz. Nie myśl o tym, powtarza sobie, nie myśl o tym.
W końcu cisza panująca w budynku koi jego rozdygotane myśli i pozwala skupić się na ta pracy. Wilk uspokaja się na tyle, by powarkiwać tylko od czasu do czasu. Zapada już zmrok, kiedy udaje mu się, z pomocą sprzątaczki, która pracuje tu popołudniami, wyczyścić parter i kończy się wreszcie jego zmiana. Odkłada na bok butelki z chemikaliami, które, jak informuje etykieta, zapewniają ”szybką i skuteczną ochronę przed brudem” i idzie do łazienki, żeby umyć dokładnie dłonie – mocno zaczerwienione i do cna już przeżarte przez silnie żrące środki czystości.
A potem, do jego nosa dociera zapach czegoś innego, zupełnie nowego, a uśpiona na chwilę panika wraca ze zdwojoną siłą. Wilk ponownie ożywia się i chce niszczyć niszczyć niszczyć. Strach wywołuje w nim agresję. Ostatkiem sił powstrzymuje go przed całkowitym zawładnięciem nad jego ciałem i rozerwaniem kogoś, czegoś, wszystkiego na drobne strzępy. W pośpiechu wybiega z toalety i zbiera swoje rzeczy, po czym staje przy drzwiach, niecierpliwie przebierając nogami w miejscu.
Szybciej, szybciej, szybciej, pogania w myślach kobietę, która pracuje tu na nocną zmianę. Z jego ust wyrywa się ciche, ostrzegawcze warknięcie.
Jak zawsze, mija się w przejściu z panią Panią Cox, ale tym razem, zamiast zamienić z nią choć jedno słowo, ucieka bez odwracania się za siebie. Jego umysł opanował pierwotny strach i jedyną rzeczą, jaką jest w stanie robić, jest wydukanie w biegu kilku nieskładnych zdań – posprzątałem salę, którą… numer… wybuch w gabinecie… autobus… muszę… pójdę już, – po czym wybiegnięcie w popłochu z budynku; w kurtce założonej tylko na jedno ramię i z torbą ciągnącą się bezwładnie po ziemi
Na zewnątrz jest jeszcze gorzej. Docierające do niego zapachy, dźwięki i atmosfera wywołuje u niego dezorientację i potęguje tylko przerażenie. Widzi to po sposobie, w jaki wyją psy, koty tracą swoją ociężałość, ptaki robią się niespokojne, a ludzie stają się rozdrażnieni. Głośno bijące serce, które zagłusza racjonalne myślenie, drżące dłonie, utrudniające odwiązywanie roweru od płotu i nerwowo podrygujące stop, sprawiają, że wbrew rozsądkowi zostawia składaka pod szkołą i biegnie prosto do domu.
Wilk nie wie, co ma robić. Jak zawsze, na otwartej przestrzeni, otoczony przez całą gamę dźwięków i zapachów, rozprasza się i biega przez krótką chwilę na wszystkie strony, zanim udaje mu się skoncentrować na jednej rzeczy. W końcu uspokaja się na tyle, na ile może i pomaga Remusowi w przyspieszeniu, w szybszym biegnięciu do celu.
Pędzi przed siebie, byle szybciej i szybciej, nie przejmując się ani otoczeniem, ani tym, że zwraca na siebie uwagę i gdzieś po drodze gubi kurtkę. Szybciej, szybciej, szybciej. Byle szybciej do mieszkania, w którym znajdzie schronienie.
Próbuje uspokoić rozdygotane nerwy, wyobrażając sobie samego siebie pod ciepłą pierzyną i kubkiem malinowej herbaty w ręce na ich wspólnej kanapie z Syriuszem krzątającym się po kuchni. Siebie z Syriuszem nucącym pozlepiane ze sobą jakieś idiotyczne piosenki z radio. Siebie w ciszy z obejmującymi go mocno ramionami chłopaka. Siebie na karaibskiej wyspie na ich miesiącu miodowym. Mimo przywoływanych z prędkością światła obrazów i wspomnień, jego panika ciągle rośnie. To, co przeczuwał od pewnego czasu, wreszcie daje o sobie znać. Czuł to w powietrzu - coś, co wisiało w nim od kilkunastu dni, wreszcie zostało zdefiniowane i niestety nie jest to nic dobrego.
Wampiry.
Wie, że nie mają żadnego powodu, żeby go zaatakować, ale myśl, że jest tu sam bez dawnej watahy i co gorsza, bez Syriusza, nie napawa go wcale optymizmem.
Sam. Sam. Sam. Sam. Sam. Sam. Sam. Sam.
Całkiem sam, bez osoby, do której mógłby zwrócić się o pomoc czy po prostu spytać o radę.
Oj Luniaczku, Luniaczku, Black pokiwałby głową z udawaną dezaprobatą. Czyżbyś tchórzył?
Remus nie może zaprzeczyć. Ogarniający go strach może i jest irracjonalny, ale nie jest w stanie go w żaden sposób opanować. Więc nawet nie próbuje.
W końcu zdyszany dociera do swojej kamienicy i po kilku chwilach siłowania się z zamkiem w drzwiach wejściowych, rzuca się na schody. Ciągle w biegu pokonuje kolejne stopnie i kondygnacje; myśl, że już za chwilę schroni się w ciepłym mieszkaniu dodaje mu tylko sił.
Kiedy wbiega na swoje piętro, pierwszą rzeczą jaką widzi, jest zwinięty w kłębek na jego wycieraczce nagi mężczyzna. W szoku, staje przed nim i przypatruje mu się ze zdziwieniem, gorączkowo zastanawiając się co ma zrobić. Nagle nieznajomy otwiera jedno oko, tak podobne do oka Syriusza, i rzeczywistość uderza w Remusa z siłą i prędkością rozpędzonej ciężarówki. Potem zauważa fragment tego charakterystycznego tatuażu skrzydeł na łopatkach, małą gwiazdkę i księżyc na wysokości serca i, częściowo przykryty długimi, skołtunionymi włosami chiński znak podwójnego szczęścia na karku.
Wygląda jak Syriusz i pachnie jak Syriusz, i Remus nie może powstrzymać się przed pochłanianiem go wzrokiem. Minęło tyle czasu, odkąd ostatni raz go widział i jest prawie pewien, że będzie potrzebował miesięcy, jeśli nie lat, żeby do woli nasycić się jego widokiem. Wpatruje się w niego w ciszy, bojąc się, że każdy głośniejszy odgłos może go spłoszyć, z trudem powstrzymując się przed mruganiem – nie może tego zrobić, co jeśli chłopak zniknie, kiedy Remus na chwilę zamknie oczy?
Kiedyś dobrze zbudowane, teraz wychudzone ciało; długie, czarne, lśniące włosy – duma Syriusza; teraz brudne i po kołtunione; te szare, zawsze rozbawione oczy, które przypatrywały mu się zawsze z taką przenikliwością; teraz były po prostu puste i zmęczone – mimo zmian jakie zaszły w chłopaku, ciągle jest piękny i jeśli Remus wpatruje się w niego maślanym wzrokiem, to nikt nie powinien mieć mu tego za złe. Piękny, piękny, piękny.
Pierwszym odruchem Remusa jest przywitanie się z chłopakiem i już schyla się w jego stronę, by pomóc mu wstać i przytulić jak należy, kiedy przypomina sobie coś ważnego – Syriusz nie żyje od trzech lat. Prostuje się i robi gwałtowny krok do tyłu. Syriusz nie żyje.
Syriusz nie żyje. Syriusz nie żyje. Syriusz nie żyje.
Nie myśli w tej chwili trzeźwo, więc robi pierwszą rzecz, jaka przychodzi mu do głowy.
Przeskakuje nad zwiniętym w kłębek mężczyzną i zatrzaskuje za sobą drzwi.
Pomyśli o tym później. Teraz musi ukryć się przed wampirami.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Zuzi: Hej! Nadeszła sobota, więc dodaje swój rozdział. Mam nadzieję, że przeze mnie nie zrazicie się tym opowiadaniem :D Zapraszam na Muke’a!
______________
Są takie momenty kiedy każdy z nas ma dosyć swojego otoczenia, ludzi, z którymi na co dzień przebywa. Ma dość krzyczących rodziców i właściwie wszystkiego.
Każdy z nas czasami chce się odizolować, pobyć w ciszy i spokoju, przemyśleć kilka spraw. Nadchodzi czas kiedy ciągłe namawiania mamy na zrobienie porządku w pokoju i jej pytania o to, jak było w szkole, stają się nudne, uciążliwe i irytujące.
Dlatego każdy z nas, potrzebuje miejsca, w którym będzie czuł się bezpiecznie, a przede wszystkim, w którym będzie mógł uwolnić się chociaż na chwilę od tego wszystkiego.
Ja do dziś - od kilku lat - mam takie miejsce, chociaż już dawno straciłem te problemy.
* * *
Do końca lekcji - jak i dzisiejszego dnia w szkole - zostało jeszcze czterdzieści minut.
Zniecierpliwiony Luke, wpatrując się w wskazówki zegara, odliczał kolejne sekundy wolno upływającego czasu. Dlaczego minęło dopiero pięć minut?
Blondyn nie miał zamiaru notować tego, co dyktowała nauczycielka. Nie rozumiał fizyki i nawet nie starał się jej zrozumieć, wiedząc, że i tak nigdy w życiu mu się nie przyda. Promienie słoneczne wpadające przez okno zatrzymywały się prosto na jego twarzy, zmuszając go do mrużenia lub całkowitego zamykania oczu, a nawet odwracania głowy. I weź tu się skup w takich warunkach.
Miał zamiar po szkole iść nad rzekę, gdzie znajdowało się jego miejsce. Musiał przemyśleć kilka spraw. W końcu nie codziennie twój tata mówi ci, że oświadczył się kobiecie, z którą spotykał się od kilku miesięcy i owa kobieta będzie z wami mieszkać, o ile się zgodzi.
Tata Luke’a, Andrew był tak szczęśliwy i zakochany, że kąciki ust jego syna automatycznie unosiły się ku górze, ponieważ od dawna nie widział go w tak wspaniałym nastroju.
Luke wiedział jak trudno jemu ojcu było dojść do siebie po śmierci żony. Przez ponad rok nie widział uśmiechu na jego twarzy. A tu nagle pojawiła się Vanessa jako nowa sekretarka w firmie, w której także pracował Andrew i można powiedzieć, że przywróciła go do życia.
*
– Dobrze, moi drodzy. Do dzwonka zostało kilka sekund, więc zróbcie w domu zadanie czwarte i piąte ze strony pięćdziesiątej drugiej – oznajmiła nauczycielka.
Luke zdziwił się, że już prawie koniec lekcji. Przecież dopiero co, kładł głowę na ławce i próbował zasnąć. Widocznie pani była tak zaabsorbowana prowadzeniem swojej lekcji, że nawet nie zauważyła, że większość uczniów jej nie słucha, a kilku zajmujących miejsca z tyłu nawet usnęło. Zalety siedzenia w ostatnich ławkach.
Gdy usłyszał upragniony dzwonek, powrzucał byle jak książki do plecaka i wyszedł z klasy. Tak jak wcześniej postanowił, zamierzał iść nad rzekę.
Gdy przecisnął się przez tłum licealistów i zostało mu jeszcze kilka kroków by uwolnić się od tego hałasu, więc wydawać by się mogło, że nic już mu w tym nie przeszkodzi, wpadł na jakąś osobę, wywracając ją.
– O mój Boże! Nic ci nie jest? – zapytał, pomagając poszkodowanej wstać.
– Nie wzywaj imienia pana Boga swego nadaremno – odpowiedziała dziewczyna o granatowych włosach, otrzepując się.
– Przepraszam. Śpieszyłem się i nie zauważyłem cię – powiedział ze skruchą.
– Nic się nie stało. Jestem Jade. Jade Thirlwall – przedstawiła się, wyciągając rękę w jego stronę.
– Luke Hemmings – odpowiedział. Skądś kojarzył jej nazwisko. Thirlwall. Jade Thirlwall.
– Halo! Tu ziemia do Luke'a! – wykrzyknęła dziewczyna, machając mu ręką przed twarzą.
– Przepraszam. Zamyśliłem się, po prostu skądś kojarzę twoje nazwisko.
– Nie mam pojęcia skąd, więc ci nie pomogę – uśmiechnęła się przepraszająco. – I podobno się śpieszyłeś.
– A tak! No właśnie. To ja już ten... idę – odpowiedział, nie mogąc odwrócić od niej wzroku, przez co zderzył się z drzwiami, wywołując chichot u dziewczyny. Ale co się dziwić. Była naprawdę piękna.
– Gdybym tylko nie był gejem... – wyszeptał pod nosem, gdy opuścił już mury szkoły.
*
Po kilkunastu minutach dotarł do wyznaczonego celu. Nie jest łatwo się tutaj dostać. Zwykła osoba musiałaby nieźle się poświęcić, aby się tu znaleźć. Byłaby zmuszona do przejścia przez całą gromadę pokrzyw i ostów, nie wspominając już o wysokiej trawie pełnej pająków i pajęczyn.
Ale to nie tak, że Luke był niezwykły. Był normalnym szesnastolatkiem chodzącym do pierwszej klasy liceum o blond włosach i niebieskich oczach. Włosy miał ułożone w quiffa, jego zęby były proste i białe, a nos mały. Nie był za bardzo umięśniony, ale wynikało to tylko i wyłącznie z jego lenistwa. W wakacje – powtarza sobie od kilku lat.
Więc nie, nie był niezwykły. Ale był na tyle inteligentny, aby wydeptać sobie ścieżkę wśród ogromnych zarośli, która będzie zapewniała mu bezpieczne dotarcie do celu, ale żeby nie była widoczna.
Ściągnął buty i skarpetki, a następnie podwinął nogawki w spodniach, wchodząc do wody. Wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, oznaczający mniej więcej to, że woda była bardzo zimna.
Gdy już przyzwyczaił się do tego uczucia, bez problemu ruszył naprzód, wkładając ręce do kieszeni obcisłych jeansów. Po chwili poczuł wibracje. To tylko telefon oznajmujący o nowej wiadomości. Oczywiście od operatora sieci.
Wyjątkowa oferta dla Ciebie. Przejdź na MIX, zachowaj swój numer telefonu i doładowuj się za 30 zł/24 zasileń. Do tego smartfon Microsoft Lumia 435 za jedyne 3 zł. Miej wydatki pod kontrola w MIX i ciesz się nowym telefonem! Sprawdź na www.plus.pl/mix30
– Po co mi Microsoft Lumia 435 jak mam iPhone’a 5? – zapytał się sam siebie, parskając i wywracając oczami.
– Jezu! – wykrzyknął, potykając się o kamień, który wystawał ponad powierzchnię wody i nawet ślepy by go zauważył, i lądując w wodzie. Gdyby nie telefon, który trzymał w dłoniach, asekurowałby się rękami.
Ale przecież telefon jest ważniejszy od własnego życia czy zdrowia.
– No i zaje-kurwa-biście! – dodał jeszcze, wstając.
Co prawda, woda sięgała mu ledwo poza kostki, ale teraz cały przód jego ciała – od góry do dołu, oprócz głowy i dłoni – miał mokry.
Wyszedł z wody, otrzepując się trochę jak pies i wrócił do miejsca, gdzie zostawił plecak, buty i skarpety. Żałował, że nie wziął dzisiaj jakiejś bluzy do szkoły, tylko koszulkę z krótkim rękawem. Jak na złość słońce schowało się za chmurami i Luke zaczął lekko trząść się z zimna. Spojrzał w niebo, mrużąc oczy, aby zobaczyć jaką trasę ma jeszcze do pokonania słońce, aby wyłonić się spoza chmur.
– Gorzej chyba już być nie mogło – stwierdził po wywnioskowaniu, że niebo okrywają chmury kłębiasto-warstwowe. Był lekko zdziwiony, że pamięta rodzaje chmur jeszcze z gimnazjum.
– A jednak mogło – dodał zrezygnowany, kiedy ujrzał jakąś postać idącą w jego stronę. Z daleka było widać tylko czerwone włosy. – Jeszcze tylko deszczu brakuje i byłby komplet.
Gdy postać zbliżyła się mógł śmiało powiedzieć, że był to trochę starszy, przystojny chłopak. Miał na sobie czarne, krótkie spodenki, koszulkę z jakimś napisem i taką puchatą bluzę, w której Luke'owi na pewno zrobiłoby się ciepłej.
– Coś ty taki mokry? Kąpałeś się? – zapytaj nieznajomy, śmiejąc się i siadając obok Luke’a.
– Tak, oczywiście – odparł z sarkazmem. – Jak tu się dostałeś? – zapytał, udając całkowicie niezainteresowanego odpowiedzią.
Czerwono-włosy nie odpowiedział tylko wskazał na swoje nogi, które były w bąblach po pokłuciu pokrzywą.
– Ale jak się pokłuje pokrzywą to wzmacnia się odporność, co nie? – zagadał Luke.
– Chyba. Ale przede wszystkim ma właściwości odmładzające – zaznaczył.
– A zioło z pokrzywy zastosowane jako płukanka do włosów wzmacnia i odżywia cebulki – dodał.
– No to może jak znamy już wszystkie zastosowania pokrzyw to poznamy swoje imiona?
– To nie są jeszcze wszystkie – udał oburzenie Luke. – Na przykład pomaga w leczeniu anemii i ułatwia tamowanie krwotoków. A herbata z pokrzywy chroni przed zapaleniami dróg moczowych i wpływa na regulację poziomu cukru we krwi.
– Już? To wszystkie zalety? – zapytał.
– Jeszcze inną zaletą tej herbaty jest usuwanie toksycznych produktów przemiany materii. To chyba wszystkie.
Luke miał nadzieję, że ten chłopak uzna go za jakiegoś dziwaka i odejdzie. Ale niestety on nadal tu siedział i udawał, że jeszcze go to ciekawiło.
– Zgaduję, że jesteś dobry z biologii.
– A ja zgaduję, że jesteś mistrzem we wkurzaniu ludzi – odgryzł się, ponieważ „był dobry z biologii" jest dużym niedopowiedzeniem.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Klaudii: Nadeszła pora by opublikować mój rozdział. Mamy już 1D, Little Mix i Harryego Pottera, więc ja dodaje Green Day i MCR (FRERARD). Mam nadzieję, że spodoba się wam mój sposób myślenia i pisania. ENJOY
_____________________
Tak oto mija kolejny nudny dzień. Poza spóźnieniem Nialla i przybyciem nowej nauczycielki, nic interesującego się nie działo. Louis, chociaż wiedział, że to tylko szkoła, spodziewał się ciut więcej ciekawych zdarzeń. Na jego szczęście lekcje się kończyły i została już tylko muzyka, na nieszczęście; znowu z tą porąbaną kobietą bez słuchu i gustu muzycznego.
- Jeśli ona znowu sknoci choć nutę, to przysięgam, że nie będę się powstrzymywał. – powiedział zdenerwowany Niall. Nie trzeba chyba mówić dlaczego.
- Spokojnie, koniczynko. Nie pozwolimy jej na to. – powiedział Liam i wziął Irlandczyka pod swoje ramię. Louis uważa, że słodko razem wyglądają.
- Pszytulas? Beze mnie? No jak tak można!? – Mulat zaskoczył ich od tyłu i zaczął ściskać swych przyjaciół z ogromną siłą. Louis mógłby przysiądź, że oczy zaczęły wychodzić im z orbit. – Podejdź Lou. Moje ręce pomieszczą i ciebie.
- Dziękuję, ale nie miałem jeszcze złamanych żeber i chcę by tak pozostało.
Po korytarzach rozniósł się dźwięk dzwonka, oznaczający rozpoczęcie ostatniej lekcji. Zayn puścił swych przyjaciół, którzy znów mogli oddychać. Louis nie wiedział czy to intuicja, czy jego „szósty zmysł geja”, ale coś podpowiadało mu, iż nie był jedynym homoseksualistą w tej szkole.
Drzwi od sali otworzyły się, lecz nie za sprawą dziwacznej nauczycielki. Chłopcy zajęli swoje miejsca i zaczęli się przyglądać nauczycielowi.
Był to mężczyzna, raczej niskiego wzrostu, nawet Lou był od niego wyższy, o nienaturalnie bladej skórze i kruczoczarnych włosach. Właściwie wszystko co miał na sobie było czarne, poza czerwonym krawatem. Jego zielone oczy zdobił eyeliner, większość dziewczyn mogłaby by mu pozazdrościć makijażu, to na pewno.
- Kto to jest? Nie widziałem go tu wcześniej – Louis wyszeptał do swoich kolegów. Bo na tym poziomie znajomości chyba mógł ich tak nazywać.
- To Pan Armstrong. Uczy historii w trzecich klasach, a po lekcjach pilnuje uczniów w kozie. Na bardziej zajebistego nauczyciela tu nie trafisz – powiedział cicho Liam.
- Liam ma rację. Gdy mnie uziemili to codziennie grał na gitarze. Aż nie chciało mi się wychodzić ze szkoły!
- Panowie z tyłu! Przymknijcie się wreszcie i dajcie mi się przedstawić! – Przerwał im Pan Armstrong. Chociaż Krzyczący mały człowieczek wydawał się im zabawny, posłusznie wykonali jego polecenie. – Dziękuję. Niektórzy może już mnie kojarzą, a pozostali do tej pory mieli pewnie w dupie moją egzystencję. Nazywam się Billie Joe Armstrong, możecie mnie nazywać Billie albo Pan Armstrong, jakkolwiek się wam podoba, ale jeśli ktoś nazwie mnie Bill to strzelę mu w twarz szmatą do podług.
Louis polubił już tego gościa. Był wyluzowany, naturalny i zabawny. W końcu jakiś fajny i ciekawy nauczyciel.
- Co się stało z panią Carter? Czemu jej nie ma? – spytała dziewczyna o granatowych włosach. Jeśli Louis dobrze pamiętał, Miała na imię Jade. -Pani Carter jest… yyyy… nie pojawiła się w szkole i tyle. A ponieważ jestem miły – uśmiechnął się do nich sarkastycznie – wziąłem was pod swoją opiekę na tą godzinę. Jeszcze jakieś pytania zanim przejdziemy do tak zwanej lekcji?
- Tak. – odezwał się łysy chłopak, który próbował zarywać do Pani Edwards na hiszpańskim. – Dlaczego nosi pan ge-
Jego wypowiedź została przerwana przez gąbkę do wycierania tablicy, która znikąd pojawiła się w jego ustach. Wszyscy spojrzeli na Billiego, który wycierał ręce brudne od pyłu kredowego w swoje obcisłe jeansy.
- Zapamiętaj sobie gówniarzu. To – wskazał na swoje oczy – nie jest gejowskie. TO. JEST. PUNK. ROCK! I nie zjadaj tej gąbki, jest własnością szkoły.
Cała klasa zaczęła się śmiać, a Billie wyglądał na naprawdę dumnego z siebie.
- No dobra. Koniec tego dobrego. Moim obowiązkiem jest przeprowadzić tą lekcje.
***
Chłopcy wyszli ze szkoły śmiejąc się ciągle z poprzedniej lekcji, której na pewno długo nie zapomną. Louisa zastanowiła jednak jedna rzecz.
- Zauważyliście, że wyszli już wszyscy nauczyciele poza Panem Armstrongiem? – Ich klasa tego dnia kończyła lekcje jako ostatnia i nikt nie musiał dziś zostawać w kozie, więc nauczyciel historii powinien mieć teraz czas wolny.
- On tak od zawsze. Nikt nigdy nie widzi, kiedy wchodzi i wychodzi ze szkoły. Chodzą plotki, że jest bezdomny i mieszka na terenie liceum. – Odpowiedział Zayn.
- A ja myślę, że jest wampirem i nie może wychodzić za dnia, więc wychodzi tylko w nocy, gdy nikt nie może go przyłapać.
- Tak Niall. Dalej czytaj Zmierzch i wierz w dzieci ciemności. Pewnie ma dużo papierkowej roboty. Nie przejmuj się nim Louis. – Odpowiedź Liama zdawała się mieć najwięcej sensu.
Blondynowi nie spodobało się, że nikt nie wierzył w jego wersje. Dopóki nie udowodnią mu błędu, jest ona taka samo możliwa jak pozostałe, czyż nie? Louis nie poruszył już więcej tego tematu, mimo targających nim wątpliwości.
Wracali do domów w miłej atmosferze, rozmawiając o swoich ulubionych zespołach. Po chwili doszli do ulicy, gdzie znajdowały się domy Louisa i Liama.
- No to widzimy się jutro panowie. I nie dajcie się wyssać żadnym wampirom! – Krzyknął Louis na pożegnanie.
- Ha ha. Bardzo śmieszne.
Gdy podszedł do swoich drzwi wejściowych, spojrzał na sąsiadujący dom. Miał się spytać chłopakom, kto tam mieszka. Odwrócił się by zobaczyć, że Liam wszedł już do domu, a Zayn i Niall zniknęli już za rogiem. Jutro też jest przecież dzień. Zanim otworzył drzwi wejściowe, spojrzał ostatni raz w okno tego domostwa. Ktoś go podglądał, ale nim zdążył się dokładnie przyjrzeć, to osoba zniknęła za czarnymi firanami.
„Może to ten tajemniczy cień?” pomyślał i po chwili wahania wszedł do domu. W jego głowie zaczynało pojawiać się więcej pytań niż odpowiedzi.
***
Nadeszła długo oczekiwana noc. W okolicznym lesie, pewna para po raz kolejny kłóciła się o to samo.
- Jesteś pewny, że coś dzieje się właśnie tutaj, Frankie? W Holmes Chapel?
- Tak, Gerard. Przestań w końcu narzekać!
Frank i Gerard byli dość nietypową parą. Parą wampirów, mówiąc wprost.
Gerard za życia był czymś w rodzaju średniowiecznego demonologa - artysty. Zawsze miał obsesje na punkcie śmierci i pewnego wieczora przypadkiem wezwał do swego domu wampira. Ten był na tyle miły, że go przemienił zamiast wyssać. Został zapoznany ze wszystkimi zasadami dotyczącymi nieumarłych i czuł przez pewien czas szczęście. Skoro żył wiecznie nie musiał się obawiać śmierci w samotności. Po odkryciu Ameryki, postanowił się tam przenieść i rozpocząć wszystko odnowa. Mijały stulecia, a on czuł się coraz bardziej samotny. Co prawda poznawał inne wampiry, ale nie chciał się z nimi wiązać.
W XIX wieku wybuchła wojna secesyjna i z nudów Gerard postanowił „pomóc” jednej ze stron. Dołączył do wojsk północy, jako iż walczyły o lepszą sprawę. To właśnie tam poznał Franka. Od razu zakochał się w niskim żołnierzu o bursztynowych oczach, który – na jego szczęście - okazał się być gejem. Gerard nie chciał go jednak przemieniać, chciał by mężczyzna miał normalne życie. Ostatniej nocy walk, jeden z konfederatów próbował zastrzelić dowódcę ich pułku, Frank jednak ochronił go swoim ciałem. Wampir nie mógł pozwolić mu tak umrzeć i ostatecznie zamienił go w dziecko ciemności. Powiedzmy, że tej nocy wielu konfederatów zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach.
Od tamtego czasu dwójka była nierozłączna.
Zawsze potrafili się dostosowywać do zmieniającego się świata. Frank uzależnił się od tatuaży - myślał o swojej porcelanowej skórze jak o płótnie, które trzeba pomalować. Gerardowi podobała się ta koncepcja, ale cholernie bał się igieł, więc nigdy nie spróbował. Teraz obydwoje mieli pofarbowane włosy, Frank na czarno, a Gerard na czerwono.
Frank miał swego rodzaju przeczucia. Pojawiały się zawsze, kiedy działo się coś dziwnego. Potrafił wyczuć aferę z każdego miejsca na ziemi, czasami nawet na rok przed wydarzeniami.
- No a nie mogło się nic dziać bliżej?
- Powiedziała osoba, która przebiegła całe Stany Zjednoczone, by być przy otwarciu pierwszego Starbucksa.
- Chciałem spróbować kawy, wiesz że jestem od niej uzależniony. – Gerard może wytrwać tydzień bez krwi, ale bez kawy tylko godzinę.
- A tu chodzi o coś ważnego. Czuję to tutaj. – wskazał na miejsce, gdzie śmiertelnicy mają bijące serce. Wampiry też je mają, ale nie działają tak samo. Biją tylko w ważnych chwilach. W przypadku Gerarda był to dzień gdy spotkał Franka. – Pamiętasz co się stało, jak mnie nie posłuchałeś?
Gerard pamiętał. Jedenasty września dwa tysiące pierwszego roku już na zawsze zostanie mu w pamięci.
- Sądziłem wtedy, że jesteś przewrażliwiony, po tym jak…
- Nie przypominaj mi. Proszę. – Po twarzy Franka zaczęły spływać łzy. Tak, wampiry tez płaczą.
Gerard zbliżył się do swojego chłopaka i przytulił go od tyłu. Nie chciał przywracać złych wspomnień. Pocałował czubek jego głowy, bo to zawsze pomagało zapomnieć.
- Dobra chodźmy już. Za chwilę będziemy na miejscu. – Frank chciał iść dalej lecz Gerard przytrzymał jego ramię. – Ej!
- A może tak zrobimy sobie przerwę co? – Gerard przysunął do siebie niższego i spojrzał mu w oczy. Frank już dobrze wiedział co miał na myśli mężczyzna mówiąc ”przerwa”.
- Sorry. Nakładam na ciebie celibat.
- CO?! – Powiedzieć, że Gerard był w szoku, to mało. Czuł jak opuszcza go cała energia, przez co upadł na kolana. Frank, widząc jego reakcję, tylko się zaśmiał. – Dlaczego?
- Za narzekanie. Teraz rusz ten swój seksowny tyłek i idziemy.
Gerard wstał, otrzepał spodnie z ziemi i zaczął iść tuż za nim.
- „Znajdź sobie kogoś na całe życie” mówili, „miłość jest taka cudowna” mówili – narzekał, wywracając przy tym teatralnie oczami. - w co ja się wpa-
Przerwały mu usta jego chłopaka. Frank swoimi pocałunkami zawsze potrafił go uciszyć.
- Zamknij się, i tak mnie kochasz.
Szli w ciszy przez kolejne pięć minut. Gdy doszli do skraju lasu, na przywitanie wyszła im znajoma sylwetka.
- A kogo przywiało w moje strony?
- Billie! – Zawołali jednocześnie.
- Ile to już lat minęło? Pięćdziesiąt?
- Stary, nie widzieliśmy się od zakończenia drugiej wojny światowej!
Gerard poznał Billiego jeszcze w czasach, gdy ten mieszkał w Europie i od tamtego czasu starali się utrzymywać kontakt. Nikt właściwie nie wiedział ile setek, a może i tysiącleci już żyje. Dzięki swej zdobywanej przez lata wiedzy stał się jednym z najmądrzejszych istnień na świecie. Mimo to był zadowolony z pracy jako nauczyciel historii w liceum.
- Mamy dużo do nadrobienia. Czemu właściwie przyjechaliście?
- Mam przeczucie. Działo się coś tu ostatnio dziwnego lub nowego? – Spytał Frank. Każda informacja była na wagę złota.
- Chyba nie. Znaczy się, około dwóch tygodni temu przyjechała nowa rodzina do miasta. Tomlinsonowie?
- Dwa tygodnie temu zacząłem się dziwnie czuć… trzeba będzie ich poobserwować. – Frank chciał się jak najszybciej dowiedzieć, o co może chodzić z tą rodziną.
- Jasne. Jak chcecie to możecie zostać u mnie. – Billie spojrzał na swój zegarek – Kurwa. Słońce wzejdzie za jakieś pół godziny. Macie moje klucze, ja muszę już lecieć do szkoły.
Punkowiec podał przyjaciołom kluczę do swojego mieszkania. Miał gdy sobie coś przypomniał.
- Zaginęła wczoraj nauczycielka muzyki. Nie wypiliście jej przypadkiem?
- Nie.
- Okay. Widzimy się po zachodzie słońca– pożegnał się Billie i pobiegł z niesamowitą prędkością do swej pracy. Jako wampir posiada takie zdolności.
- Ale ta kobieta z wczoraj. Gerard, ona mogła być nauczycielką.
- Nie sądzę. Zanim ją znaleźliśmy wyła jak stary kocur. Kto by kogoś takiego zatrudnił na nauczyciela muzyki?
Gdyby tylko Gerard wiedział, jakie osoby zatrudniają w szkolnictwie…
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od marehullam: Akurat mój rozdział, przypada w dzień dramy mam to wyczucie :D Mam nadzieję ze Wam się spodoba i uprzedzam że w tym rozdziale pojawia się Jerrie, jeden z moich ulubionych pairingów! x Enjoy!
_______________________
Poranki dla Perrie od zawsze były ogromną udręką. Gdy tylko słyszała przeklęty dźwięk budzika, miała ochotę wyrzucić go przez okno, najlepiej do ogródka znienawidzonego przez nią sąsiada. Jej nadzwyczaj irytujący sąsiad, zaczynał kosić trawnik o 7 nad ranem, wypuszczał psa na całą noc na dwór tylko po to, aby mógł sobie poszczekać pod oknem blondynki. Edwards doskonale zdawała sobie sprawę, z tego że jej sąsiad jej nie znosił i miał zamiar zrobić wszystko, aby tylko utrudnić jej życie, ale nie wiedział, że z Perrie Edwards nie rozpoczyna się bitwy, ponieważ ona zawsze wygrywa wojnę.
Może miała zamiar obrzucić mu dom papierem toaletowym lub jajkami, albo potrącić tego pieprzonego jamnika swoim niedawno kupionym Audi. Jej rodzina nigdy do biednych nie należała, nigdy niczego jej nie brakowało, a wręcz przeciwnie, o czym tylko Perrie zamarzyła to rodzice spełniali to bez zawahania. Mieli nadzieję, że dzięki rzeczom materialnym młoda Edwards zapomni o tym, że zostawiali ją na całe dnie samą wraz z owczarkiem niemieckim w ogromnym domu.
Kiedy miała już 15 lat, jej rodzice zaczęli wyjeżdżać w delegację, często nawet za granicę, nie kłopocząc się wynajęciem opiekunki dla swojej jedynej córki. Dziewczynka sama musiała chodzić do sklepu i robić sobie obiady, które wiele razy kończyły się totalną klęską, nikt nigdy nie pomagał jej w odrabianiu pracy domowej.
Niebieskooka chcąc zapomnieć o tym że znajduje się sama w domu, zaczęła zatracać się w nauce. Jej ulubionym przedmiotem był hiszpański, któremu poświęciła całą siebie. Również po to, aby zwrócić na siebie uwagę rodziców zaczęła farbować włosy na zwariowane kolory takie jak róż, fiolet czy błękit. Skończywszy siedemnaście lat przebiła sobie nos oraz wargę, co jak mówili jej znajomi tylko dodawało jej uroku. W dniu osiemnastych urodzin, na których nie było jej rodziców ponieważ byli w Madrycie, zrobiła kolczyk w wędzidełku oraz dwa tatuaże; jeden na plecach, który przedstawiał lwa jako symbol samodzielności i niezależności, a na przedramieniu zażyczyła sobie kolorową sowę jako znak mądrości, którą chciała pozyskać.
Teraz, ze względu na to, że miała rozpocząć pracę jako nauczycielka w szkole od języka hiszpańskiego przefarbowała włosy z fioletu na naturalny blond oraz wyjęła kolczyka z wargi. Nie miała jednak serca wyjąć tych pozostałych dwóch. Mimo widocznego tatuażu na przedramieniu i kolczyków, to dostała tą pracę, pewnie tylko dlatego że szukali kogoś od zaraz.
Perrie nie wiedziała do końca, dlaczego zdecydowała się uczyć w liceum. Przecież te niewychowane bachory pewnie wykończą ją po tygodniu, jeśli nie po jednym dniu. Prawdopodobnie zawsze chciała znaleźć się po drugiej stronie biurka i wstawiać niektórym nie inteligentnym uczniom punkty za zachowanie, tak jak mieli w zwyczaju wpisywać Perrie za każdą błahostkę.
Po wyłączeniu już trzeciej drzemki, Perrie postanowiła w końcu wstać z niewiarygodnie wygodnego łóżka i przygotować się do pierwszego dnia w szkole jako nauczyciel.
Po czterdziestu minutach była gotowa do wyjścia; ubrana w kwiecistą spódniczkę i czarną bluzkę na ramiączkach, a na stopy założyła trampki - nie lubiła prowadzić samochodu w szpilkach. Wiedziała że nie wyglądała dość poważnie, ale nie miała zamiaru tak się zachowywać, bo należała do wyluzowanych osób, mimo to potrafiła podejść na poważnie do sytuacji gdy musiała.
Przed tym gdy wsiadła do swojego Audi pokazała jeszcze środkowy palec sąsiadowi, który siedział na balkonie i pił poranną kawę, a parę sekund później już jej nie było.
***
Mimo tego, że Perrie już raz widziała tą szkołę, gdy była na rozmowie kwalifikacyjnej, to nawet za drugim kompleks budynków robił ogromne wrażenie. Było to jedyne liceum w Holmes Chapel, więc to nie było dziwne, że szkoła była duża. Lecz biorąc pod uwagę to, że Perrie mieszkała i uczyła się w Londynie, to jej szkoła nie należała do tych największych, w sumie co się dziwić - w strolicy przecież była cała masa liceów.Szkoła znajdująca się przed nią składała się z trzech części, albo inaczej mówiąc z trzech budynków.
- Pani Edwards? - usłyszała po swojej prawej stronie. - Jestem Jessy Nelson, nauczycielka angielskiego, mam panią oprowadzić po szkole przed rozpoczęciem zajęć - powiedziała brunetka i uśmiechnęła się ciepło do blondynki.
- Wystarczy Perrie – odpowiedziała, siląc się na uśmiech. Zawsze, gdy była drastycznie budzona, nie miała humoru na żadne pogawędki. Oczywiście po jakimś czasie jej przechodziło, cóż zazwyczaj dopiero gdy powód jej stresu się zakończył.
- W takim razie chodźmy, Perrie - powiedziała Jessy i Perrie stwierdziła, że byłaby w stanie ją polubić, a mało osób miało taki zaszczyt. Nie żeby wszystkim zależało na tym aby Edwards ich lubiła, w większości ludzie po prostu ją wykorzystywali przez to że jej rodzina była bogata. Jednak tylko do pewnego czasu; w końcu blondynka odkryła jak naprawdę okrutny jest świat, a szczególnie ludzie.
Oprowadzenie po szkole było bardzo ogólne, Jessy pokazała jej tylko najważniejsze dla niej pomieszczenia, takie jak wszystkie sale od języka hiszpańskiego, pokój nauczycielski oraz toalety. W trakcie zwiedzania Jessy okazała się być sympatyczną osóbką, która tam samo jak Perrie niedawno ukończyła studia. Później nawet okazało się że ich uczelnie były obok siebie.
Nelson przedstawiła Perrie paru nauczycieli, którzy wydawali się jej dość sztywni, poznała także pana woźnego Remusa, który szybko je zbył jakąś mało przekonującą wymówką.
Dwadzieścia minut przed rozpoczęciem lekcji, Perrie dowiedziała się, że będzie miała lekcję z 2D, klasą biologiczno-chemiczno-matematyczną. Blondynka w swojej głowie miała ich obraz jako kujonów z za dużymi okularami na nosie oraz mogła się założyć że zachowywali się jak pępki świata.
Wziąwszy dziennik klasy, wyszła na tętniący życiem korytarz. Perrie już miała powoli dość tego hałasu na korytarzach, zbędnych przepychanek oraz nauczycieli chodzących ze zbyt uniesionymi podbródkami.
***
- Buenos dias!* - powiedziała na tyle głośno, aby każdy zdołał ją usłyszeć. Wszystkie pary oczu zostały na nią skierowane, przez co zaczęła czuć się lekko nieswojo. Mimo to nadal stała na środku klasy z pewnością siebie wymalowaną na twarzy.
Jednak jej wyobrażenia co do klasy nie stały się rzeczywistością, wręcz przeciwnie. Nie było w niej żadnych kujonków z za dużymi okularami, czy idealnie wyprasowanymi koszulami. Dziewczyny nosiły za duże dekolty, a panowie full capy. Było to trochę śmieszne, ponieważ wyglądali niemal identycznie. W klasie panował istny chaos, który został dopiero przerwany przez Perrie.
- Nazywam się Perrie Edwards i od dziś będę uczyć was hiszpańskiego. - powiedziała pewnym siebie tonem. Wiedziała że pierwsze wrażenie, zawsze jest najważniejsze.
- Stary! Od dziś będę chodził nawet na dodatkowy hiszpański! - powiedział jakiś łysy chłopak z tyłu, na co prawie cała klasy wybuchnęła śmiechem.
- Wybacz kolego, ale nie jesteś w moim typie. Nawet jeśli lubiłabym chłopaków, to nie zwróciłabym uwagi na kogoś tak wyszczekanego. - powiedziawszy to, uśmiechnęła się do niego z ironią, przez co reszta klasy spojrzała na nią dużymi oczami. Miała ochotę roześmiać się na cały głos. - Może nie będziemy się przedstawiać, to nie przedszkole. Nie martwcie się zapamiętam wasze nazwiska, a szczególnie twoje kolego z tyłu - zwróciła się do łysego chłopaka -, a teraz jeśli pozwolicie przejdziemy do tematu lekcji!
Po tym incydencie, lekcja mijała powoli i spokojnie, wszyscy robili to co Perrie zadała, a ona sama zajęła się zapamiętywaniem nazwisk uczniów. W szkole panowała tradycja, która polegała na tym, że zawsze gdy uczniowie dowiadywali się że będą mieć nowego nauczyciela, pisali swoje imię i nazwiska na kartkach które potem stawiali na ławkach. Tak samo stało się i w tym przypadku.
Perrie czytając nazwiska osób, zatrzymała się na dziewczynie, która zawzięcie rysowała coś ołówkiem. Na jej karteczce było napisane "Jade Thirlwall. Edwards jeszcze nigdy nie widziała tak pięknej dziewczyny; miała granatowe włosy, piękne orzechowe oczy i malutki nosek zadarty lekko ku górze. Na jej ustach gościł mały uśmiech, który uwydatniał jej kości policzkowe.
Dziewczyna wydawała się tak bardzo niewinna jak i niegrzeczna jednocześnie.
Edwards wstała zza biurka i czując jak każdy podążą za nią wzrokiem, bojąc się co może zrobić ruszyła w stronę ławek uczniów. Perrie zatrzymała się dopiero obok ławki granatowowłosej, która nie zwróciła na nią nawet najmniejszej uwagi, zbyt pochłonięta swoją pracą, przedstawiającą projekt jakiejś sukni, prawdopodobnie ślubnej, który swoją drogą był niesamowity.
- Wydaje mi się, że to są nie zajęcia artystyczne. - powiedziała niebieskooka i położyła dłoń na jej ramieniu, aby zwrócić na siebie uwagę. Dziewczyna lekko podskoczyła na swoim miejscu i spojrzała niewinnym wzrokiem na nauczycielkę.
- Przepraszam, to więcej się nie powtórzy. - odpowiedziała ze skruchą. Perrie wiedziała, że brązowooka nie mówiła prawdy. Lecz nie miała nic przeciwko, tak długo, jeśli miałaby zwracać uwagę tej pięknej dziewczyny.
- Mam nadzieję słońce. - odpowiedziała cicho i przejechała delikatnie dłonią po jej ramieniu, wywołując dreszcze na ręce dziewczyny.
Chwilę później zadzwonił dzwonek ogłaszający koniec pierwszej lekcji, a Perrie już nie mogła się doczekać następnej lekcji z tą oto klasą, a szczególnie z Jade Thirlwall.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Maji: wreszcie spod mojej klawiatury wyszło coś, co mam ochotę kontynuować. Mam nadzieję, że Remus i jego historia przypadnie Wam do gustu, a przez moje wypociny nie zniechęcicie się do całego projektu. Enjoy czy jakoś tak x
______________________
Czasami Remus zastanawiał się, co tak właściwie robił w tej chorej szkole.
Ostatnią rzeczą o jakiej marzył, było bowiem obserwowanie w ich naturalnym środowisku zgrai rozwrzeszczanych, rozpieszczonych nastolatków, które nie potrafią docenić tego, co los sam wciskał im do rąk. Ostatnią rzeczą o jakiej marzył, było obserwowanie, z jaką łatwością przychodzi im marnowanie swoich szans, kiedy miał świadomość, że gdyby poszczęściło mu się przynajmniej w połowie tak jak im, nie marnowałby tych okazji, wykorzystywałby je w pełni. Ostatnią rzeczą o jakiej marzył było bycie świadkiem tego, jak okropnie się zachowywali, a mimo to otrzymywali kolejne i kolejne i kolejne okazje do spełnienia marzeń. Ostatnią rzeczą o jakiej marzył, było siedzenie w szkole po to by się uczyć czy uczyć innych, ale po to by zamiatać pieprzone korytarze, dzwonić na przerwy lekcje i wydawać klucze do sal niekompetentnym nauczycielom.
Ale to było jego życie.
Był pieprzonym woźnym – szczyt jego ambicji, serio – i na chwilę obecną nic nie mógł na to poradzić. Na chwilę nieobecną też nie. Dobrze wiedział, że już nigdy nie uda mu się wygrzebać z dołka, do którego wpadł przed laty. Zestarzeje się w tej szkole, będzie obserwował zmieniające się twarze uczniów, początki przyjaźni, końce związków i będzie gdybał, czy jego życie potoczyłoby się inaczej, gdyby nie wsiadł wtedy do tego cholernego samochodu. Wspomnienia i niezrealizowane marzenia, będą jedynym co mu pozostanie.
Syriusz śmiałby się z tego, kim się stał. Jego głośny, nieskrępowany śmiech, chwilami głupkowaty chichot, wypełniałby całe mieszkanie i kto wie, może Remus po pewnym czasie by do niego dołączył. Oczy Blacka błyszczałby radośnie w słońcu i sprawiały, że Lupinowi zrobiłoby się cieplej na sercu, a na jego twarzy widniałby szeroki uśmiech, którego nie sposób było nie odwzajemnić.
Zostaniesz psorem, Luniaczku, mówił zawsze z przekonaniem. Będziesz postrachem młodszych wersji nas. Kiedy w ten sposób wypowiadał te słowa, Remusowi zdarzało mu się czasem wierzyć.
Przynajmniej dopóki nie wydało się jakim kłamcą jest Black.
Ty i ja, Luniu. Ty i ja, do końca świata i jeszcze dłużej, obiecywał, obejmując go mocno.
Dobre sobie.
Gdyby tylko wiedział. Gdyby tylko wiedział, że Remus nigdy nie będzie w stanie zrealizować tych planów, a on nigdy nie zobaczy jego porażki i nie powie: nie byli ciebie warci, Remus, jeszcze będą żałować swojego wyboru.
Gdyby znał przyszłość, wszystko skończyłoby się dobrze. Nie siedziałby w tej durnej szkole patrząc na równie durnowatych uczniów. Nie wracałby do pustych czterech ścian, które kiedyś zwykł nazywać domem. Nie. Zamiast tego, były szczęśliwy siedząc z Syiuszem w ich wspólnym mieszkaniu w centrum Londynu, zmuszając chłopaka do nauki i jedzenia zdrowszych rzeczy. Przytulałby się do niego jeszcze częściej niż wcześniej, byłby trochę (ale tylko troszkę – ktoś musi w końcu powstrzymywać tego wariata przed robieniem głupich rzeczy, prawda?) mniej złośliwy i na pewno już nigdy w życiu nie pozwoliłby mu wsiąść do tego pieprzonego samochodu.
Nie sądził, że kiedykolwiek skończy w takim okropnym miejscu, zupełnie sam. Czasami miał wrażenie, że to jego wina, że zasłużył na to, by patrzeć na to, czego nigdy nie będzie miał. Był potworem i czasem zwierzę w jego wnętrzu chciało uciec i ukarać te idiotyczne dzieciaki za to, że nie zasługują, a wciąż coś dostają, nie potrafią czuć, ale są kochane, są po prostu złe, ale spotyka ich tylko to, co dobre. Czasami tak kurewsko miał ich dosyć.
To nie tak, że był zawistny i ich wszystkich nienawidził. Owszem, był (bardzo, bardzo, bardzo) zazdrosny, ale nigdy nie czuł do nich czegoś więcej niż zwykłej niechęci. Byli lekkomyślni i mało odpowiedzialni, ale przy tym czarujący i po prostu zbyt głupi, żeby dostrzec, jak wiele rzeczy ich mija. Byli zbyt podobni do Syriusza i to fizycznie bolało.
***
Czasami, kiedy Remus kątem oka wychwytuje swoje odbicie w szybie, nie może uwierzyć, że to on. Zastanawia się, kiedy tak się zmienił. Przecież nie tak dawno kończył z Syriuszem Junior High School i jeśli dobrze by poszukał, znalazłby w swoim ich mieszkaniu zdjęcie, które zrobiła im wtedy matka Blacka. Obydwoje szeroko uśmiechnięci, obejmujący się mocno, spoglądający w figlarny sposób w obiektyw aparatu.
Jak to się stało, że jego twarz jest taka przemęczona, a sylwetka przygarbiona i wychudzona? Kiedy każdy krok zaczął sprawiać mu wysiłek, a jego dłonie zaczęły drżeć bez powodu?
Coraz częściej ma wrażenie, że czas przepływa mu między palcami, a jego odbicie w lustrze tylko mu o tym przypomina. Zaczyna unikać luster.
Wie, że wygląda strasznie. Skóra – szczególnie ta na twarzy i rękach – pokryta jest gęstą siatką blizn i nie dziwi się, że większość osób na jego widok odwraca wzrok. Gdyby mógł, zdjąłby swoją powłokę i ubrał na siebie coś innego, ale wie, że to jego kara. W ten sposób odpokutowuje śmierć Syriusza. To jego wina, więc zasługuje na to.
Ma dwadzieścia jeden lat, a w jego włosach pojawiają się pierwsze siwe kosmyki. Ma dwadzieścia jeden lat, a brak uśmiechu, przygarbiona postawa i zmęczone, ciągle zapuchnięte od płaczu oczy, postarzają go o kolejne dziesięć. Ma dwadzieścia jeden lat, ale czuje się na co najmniej pięćdziesiąt. Ma dwadzieścia jeden lat, a osoba, w której był jest bezgranicznie zakochany nie żyje od trzech i szczerze mówiąc, on też zbytnio nie widzi powodów, dla których miałby ciągnąć dalej tą całą szopkę.
Mimo to, nie ma odwagi na to, by zrobić krok dalej, by przekroczyć granicę zwykłego rozmyślania o śmierci i zrobić coś, by się do niej zbliżyć.
Nie może. Musi odpokutować swoje grzechy. To jego kara.
***
Codziennie rano zwleka się z twardej kanapy - kiedy spał na niej z Syriuszem, wydawała się o wiele wygodniejsza. Unikając spoglądania w powierzchnie, które mogą pokazać jego odbicie, powtarza ten sam, co zawsze schemat. Myje zęby, goli się – znowu drży mu ręka i na jego twarzy pojawia się kolejna rana, – po czym psika ulubionymi perfumami Syriusza. Na wszelki wypadek rozpyla ich trochę więcej, żeby zapach utrzymywał się dłużej. Z szafy wyjmuje jedną z jego starych koszulek. Tym razem wybór pada na tą z nadrukowanym logiem zespołu AC/DC.
Syriusz kochał AC/DC. Pamięta jak śpiewał ich piosenki przy każdej możliwej okazji, udając, że gra na gitarze. Remus nie może powstrzymać uśmiechu, który wypływa na jego twarz, kiedy przypomina sobie jeden z występów chłopaka. Mimowolnie nuci pod nosem: i’m on a highway to hell…
Tuż przed wyjściem do pracy zagląda do lodówki, chociaż wie, że i tak nie znajdzie w niej nic zdatnego do spożycia. Minęły wieki, odkąd ostatni raz kupił coś, co mógłby w niej schować. W sumie, i tak nie jest głodny. Odkąd nie ma komu gotować, nie ma już apetytu – nie ma powodu, dla którego miałby jeść.
Droga do szkoły jest długa i męcząca. Zawsze jednak pokonuje ją na rowerze. Ma świadomość, że mógłby skorzystać z motocyklu Syriusza, który leży zaparkowany w jednym z tych blaszanych garaży, ale odkąd Black nie żyje odszedł, nie ma serca wyciągnąć go na światło dzienne.
Chłopak i tak, nigdy nie pozwalał mu na nim jeździć samemu.
Do szkoły dociera o tej samej porze co zwykle – równo o piątej piętnaście. Przy recepcji czeka już na niego Pani Cox, która uśmiecha się szeroko na jego widok. Jak zawsze jednak, jej uśmiech nie obejmuje oczu – one ciągle są smutne i zrezygnowane. Na jej twarzy wymalowane jest zmęczenie, a jej ramiona są przygrabione, jakby na jej barki został zrzucony ogromny ciężar. Wygląda jakby za chwilę miała się rozpłakać i Remus czuje dziwną potrzebę ją przytulić i zapewnić, że będzie wszystko dobrze. Musi być.
Nie robi tego.
- Dobrze, że już przyszedłeś. Harry przed chwilą do mnie dzwonił, mówi, że nie czuje się najlepiej. Będę już się zbierać – mówi drżącym głosem, wkładając na siebie płaszcz. Jej oczy błyszczą od wstrzymywanych łez. Martwi się. – Zostawiłam Ci herbatę malinową na zapleczu. W lodówce powinna być jakaś kanapka. Zjedz coś i może prześpij się. Klucze do sal i gabinetów są tam, gdzie zawsze. – Patrzy na niego ciepło i matczynym gestem odgarnia mu włosy z twarzy. Remus z trudem powstrzymuje się przed zrobieniem kroku do tyłu. Mimo że pracuje z tą kobietą już prawie dwa lata, ciągle nie przyzwyczaił się do takich gestów. Do tej pory tylko Syriusz dotykał go tak subtelnie i delikatnie. Każdy inny kontakt fizyczny wzbudza w nim lęk, nawet jeśli wie, że strach jest całkowicie bezpodstawny.
Anne rzuca mu ostatnie troskliwe spojrzenie, po czym wybiega z budynku, w biegu poprawiając kołnierz kurtki. Remus patrzy na jej oddalające się plecy i zastanawia się, jakim cudem taka wspaniała kobieta jak ona, została całkiem sama.
Zamyka za nią drzwi i udaje się na zaplecze – do pomieszczenia, której jest w sam raz, by pomieścić małą lodówkę, szafkę na różne rzeczy i niewygodny fotel. Wiesza skórzaną kurtkę – ona także należała należy do Syriusza – w szafie i rozgląda się po pomieszczeniu. Rzeczywiście, w dzbanku stojącym na lodówce znajduje się malinowa herbata, ale jak zawsze wylewa je do zlewu.
Ignoruje ukłucie sumienia i parzy sobie sypaną kawę.
Minęły wieki, odkąd ostatni raz pił malinową herbatę, ale nie zamierza tego zmieniać. Picie malinowej herbaty to ich wspólna tradycja, jego i Syriusza, i niech tak na razie pozostanie.
Z kawą wychodzi z zaplecza i siada przy kontuarze. Do przybycia pierwszych uczniów i nauczycieli zostały mu ponad dwie godziny i, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że powinien choć trochę się przespać – w końcu w nocy nie zmrużył nawet oka – postanawia zająć się czymś pożytecznym. Wyjmuje pudełka z częściami długopisów i szybko zaczyna je skręcać. Wkład, sprężyna, korpus, nakładka, skuwka. Wkład, sprężyna, korpus, nakładka, skuwka. Wkład, sprężyna, korpus, nakładka skuwka. Powoli wpada w rytm i już wkrótce udaje mu się nie myśleć. Zostawia za sobą zaciągnięte długi, pustkę w mieszkaniu, nieobecność Syriusza, zbliżającą się pełnię. Teraz jego głowę wypełniają tylko: wkład, sprężyna, nakładka, skuwka. Wkład, sprężyna, nakładka, skuwka. Wkład, sprężyna, nakładka, skuwka.
Powoli zaczynają boleć go palce, ale jeśli to jest ceną za nie myślenie, jest w stanie ją ponieść.
Mija godzina, kiedy ze zmęczenia zaczynają drżeć mu dłonie i nie może już niczego w nich utrzymać. Na biurku leży stos gotowych do użytku długopisów. Po pracy wstąpi do biura i je odda. W głowie oblicza, ile jeszcze uda mu się skręcić w ciągu dnia i czy wystarczy to, by zapłacić za prenumeratę ulubionego magazynu o motocyklach Syriusza.
Wypija do końca herbatę i wstawia kubek do zlewu, po czym zagląda do lodówki. Chociaż skręca go z głodu, jedyne co czuje na widok jedzenia to wzmagające się mdłości. Szybko zatrzaskuje drzwiczki. Zje coś potem. Może.
Otwiera drzwi wejściowe i czeka. Pierwszy, jak zawsze, pojawia się dyrektor Dumbledore, który wita go wesołym okrzykiem i paczką cytrynowych dropsów. Jego błękitne oczy połyskują radośnie nad szkłami okularów, a siwa broda unosi się przy każdym jego słowie, kiedy próbuje go przekonać do zjedzenia cukierka: weź jednego, Remusie, są przepyszne. Lupin przez grzeczność częstuje się kilkoma, chociaż wie, że wszystkie i tak dołączą do innych dropsów w specjalnym pudełku w jednej z szuflad. Mężczyzna też o tym wie, ale mimo to posyła mu zadowolone spojrzenie i z poczucie dobrze spełnionego obowiązku, żegna się z nim, po czym odchodzi pogwizdując cicho pod nosem; jego wielki płaszcz łopocze za jego plecami.
W ciszy obserwuje, jak szkoła powoli zaczyna zapełniać się ludźmi. Wita się z nauczycielami, którzy w większości po prostu go ignorują; poświęcając mu jedynie niechętną – najczęściej doprawioną pogardliwymi spojrzeniami – uwagę, kiedy wydaje im klucze do sal. Obserwuje wlewających się tłumnie do budynku uczniów; siedem osób powiedziało mu dzień dobry – nie żeby liczył, – reszta udawała, że nie istnieje.
Jest do tego przyzwyczajony. Większość osób, jak gdyby był trędowatym, nie chce nawiązywać z nim kontaktu – unikają przebywania z nim w jednym pomieszczeniu sam na sam, nawet na niego nie patrzą, a w rozmowach między sobą nazywają go per „bliznowaty” albo po prostu „on”.
Kiedy tak się nad tym zastanawia, jest mu to w sumie na rękę. W chwili śmierci Syriusza, w nim także umarło wiele rzeczy – między innymi, umiejętność porozumiewania się z otoczeniem w miły i w miarę sensowny sposób. To nie zmienia jednak faktu, że jest mu przykro.
Też jest przecież człowiekiem.
Przynajmniej częściowo.
W budynku robi się coraz głośniej i głośniej, a jego wyostrzone zmysły rejestrują każdy, nawet najcichszy, szmer i wie już, że to jeden z tych dni. Z trudem powstrzymuje się przed głośnym warknięciem. Czemu nie mogą być cicho?, pyta się siebie samego zamiast tego. Czuje tępe pulsowanie z tyłu czaszki i zaciska mocniej dłonie na brzegu biurka. Ma ochotę wyć z rozdrażnienia i nieuzasadnionej złości, ale zamiast tego odchyla głowę do tyłu i przymyka lekko oczy. Do końca lekcji zostało dziewięć godzin. Tego musi się trzymać.
Na chwilę ból ustępuje, więc przygląda się uczniom okupującym fotele w holu. Rozpoznaje Zayna Malika, którego kilka razy przyłapał na paleniu za szkołą i pomógł w ucieczce przed nauczycielami – kiedy stałeś się taki pobłażliwy, Lunatyku?, spytałby Syriusz, za naszych czasów byłeś pierwszym, który wygłaszał nam te kazania. Kto by pomyślał, że Remus tak zdziadzieje na stare lata!. Koło niego siedzi niski nowy uczeń, którego imienia nie może sobie przypomnieć i chłopak, którego brązowe oczy przywodzą mu na myśl sarnę w światle reflektorów. Liam?
Nie wie, czemu akurat ich rozpoznaje. Są przecież tacy sami jak reszta.
Próbuje poznać również pozostałych, ale ma trudności z dopasowaniem nazwisk do konkretnych twarzy. Poddaje się, kiedy do jego uszu dociera chichot o częstotliwości nie do zniesienia. Ponownie zamyka oczy i liczy do dziewięciu. Dziewięć godzin i znowu czeka go cisza.
W końcu, wybija ósma i wreszcie może zagonić uczniów do sal. Dźwięk dzwonka nie zmusza jednak nikogo do pośpiechu. Leniwie podnoszą torby – plecak koniecznie przewieszony niedbale przez jedno ramię! – i nieśpiesznie rozchodzą się do klas.
Korytarz wreszcie jest pusty i Remus słyszy już tylko przytłumione głosy i ciche kroki, kilka pięter wyżej. Zamyka drzwi wejściowe na klucz i szybko przeciera mopem podłogę. W końcu kafelki wydają się być w miarę czyste, więc odkłada narzędzia do schowka i zajmuje miejsce za kontuarem.
Rozkoszuje się ulotną ciszą i przez chwilę łudzi się, że będzie trwała wiecznie. Nic by się chyba nie stało, gdyby raz zapomniał zadzwonić na przerwę, prawda?
Mija dwadzieścia osiem minut od początku lekcji, kiedy jego spokój zostaje zakłócony głośnym dzwonkiem do drzwi. Oczywiście. Powoli wstaje zza biurka i przygląda się chłopakowi, stojącemu po drugiej stronie szklanego wejścia. Farbowany blondyn. Ten sam, co zawsze. Na jego widok zdycha z irytacją. Mógł się tego spodziewać.
Wzdychając ciężko otwiera mu drzwi i za nim uczeń – Niall? – jest w stanie wydusić z siebie jakiekolwiek słowo, mówi:
- Są w sali numer dwadzieścia.
Kiedy chłopak odchodzi bez słowa, woła za nim uszczypliwym tonem: - Tobie też dzień dobry, Irlandio.
W głowie rozbrzmiewa mu dokuczliwy głos Syriusza. Kiedy stałeś się taki zgorzkniały, Luniaczku? pyta, uśmiechając się złośliwie. Remus naprawdę chce mu się jakoś odgryźć, ale zamiast tego milczy. Wzdychając z irytacją sięga po mopa i zmywa błoto, które naniósł chłopak.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Najny: Hello! To akurat mi przypadł pierwszy rozdział i jestem podekscytowana! Mam nadzieję, że sam rozdział jak i cała historia Wam się spodoba :) Coś tak czuję, że to będzie niesamowite opowiadanie :) Mamy świetną betę i genialne Autorki (nie licząc mnie, ja mam nadzieję, że nic nie popsuję), więc mam nadzieję, że będziecie wręcz wyczekiwać na rozdziały :D
___________________________
To nie tak, że Louis był szczęśliwy z powodu przeprowadzki do Holmes Chapel, bo nie był. Ale skoro jego mama znalazła w tym miejscu lepszą pracę, która ją uszczęśliwia, to on nie mógł nic zrobić, bo za bardzo ją kochał i szanował, żeby zmuszać ją do pozostania w Doncaster. Chciała zacząć od nowa, w nowej pracy i nowym miejscu, odciąć się od starego życia, problemów i byłego męża, który był zwykłym chujem.
Również to nie tak, że Louis chciał zostać w Doncaster, ale miał tam chociaż jednego przyjaciela. Tutaj jeszcze ich nie miał. W porządku, w szkole poznał Zayna, Liama i Nialla, ale na razie nie mógł określić ich mianem "przyjaciół", bo było po prostu za wcześnie, poza tym, oni jeszcze nie wiedzieli o jego orientacji, a dzisiejsza młodzież nie jest zbytnio tolerancyjna.
Holmes Chapel naprawdę mu się spodobało. Mieli nowy, duży dom z sześcioma sypialniami, salonem, kuchnią, pralnią, piwnicą i ogrodem, dużym ogrodem i Louis cieszył się, że jego mama będzie mogła się w końcu popisać swoimi umiejętnościami ogrodniczymi.
Jego pokój był duży i ładnie urządzony, i brakowało mu jedynie biurka, ale Jay (mama Louisa) obiecała, że jak najszybciej je kupią. Miał również balkon i śliczny widok na łąkę, oraz mógł dojrzeć, co dzieje się w domu obok.
Nie znał jeszcze wszystkich swoich sąsiadów, ale jego mama chciała ich przywitać, więc pewnie za niedługo ich pozna. Jak na razie dowiedział się, że Liam mieszka naprzeciwko niego, a Niall i Zayn mieszkają obok siebie przecznicę dalej. Właściwie to liczył na to, że ludzie, którzy mieszkają obok niego i na których dom ma widok ze swojego pokoju, będą mili i może, że będą mieli syna w jego wieku... No co? Przecież nie będzie od razu do niego zarywał, ale jeśli byłby ładny, mądry i może gdyby był gejem albo chociaż bi, to byłoby wspaniale, jednak bądźmy szczerzy, są nikłe szanse, że w ogóle ktoś taki się znajdzie, a jeszcze mniejsze na to, że go polubi.
Co prawda w nowej szkole było paru ładnych chłopaków, Zayn, Niall i Liam się do nich zaliczali, ale Louis chciał kogoś wyjątkowego, kogoś innego. Właściwie Louis nie był osobą, która patrzyła na wygląd, jednak chciał, żeby ktoś kiedyś go zafascynował, tak, by każdego dnia do końca swojego życia mógł go odkrywać na nowo.
Jeśli by tak o tym pomyśleć, to wystarczyłby mu prawdziwy przyjaciel, ale również nie chciał zostać sam do końca. Louis zawsze marzył o przyjacielu na całe życie. Takim, z którym za dziesięć, dwadzieścia lat dzieliłby wszystkie zabawne, smutne i szczęśliwe wspomnienia. To było coś.
W głębi serca sam chciał zacząć od nowa, w miejscu, gdzie nikt go jeszcze nie zna i nie wie, o jego orientacji seksualnej, o byciu poniżanym w szkole czy po szkole. Doncaster wbrew pozorom nie jest takie duże, ale Holmes Chapel również do takich nie należy. Tak, czy siak, Louis już więcej nie popełni błędu typu "Ach, znamy się dwa dni i super się dogadujemy, może powiem mu, że jestem gejem?", po czym skutki tego będą nieodwracalne.
Ale przecież człowiek uczy się na własnych błędach, tak? Przynajmniej Louis... czasami.
Wracając. Louis chodził już do nowej szkoły od tygodnia i nie było tak źle, jedyne, co go martwiło, to to, że niektóre dziewczyny naprawdę próbowały go gdzieś wyciągnąć, a on musiał im odmawiać i to jeszcze przy chłopakach, którzy patrzyli na niego z zainteresowaniem. Ponadto, podobno jedną z tych dziewczyn była Eleanor Calder, szkolna gwiazdeczka, kapitan cheerlederek. I, no cóż, prawdopodobnie bardzo się zdenerwowała, że nowy uczeń dał jej kosza, ale Louis nie mógł nic poradzić na to, że szczerze nienawidził takich dziewczyn - poniżających każdego, kto miał oceny lepsze niż tróje i wyglądał inaczej inaczej niż pozostali. Nawet, jeżeli musiał przyznać, że dziewczyna była śliczna, to jej charakter był okropny, ale nawet, gdyby była chłopakiem, on nie mógłby zmusić się do tego, by z nią być.
Pierwszy raz, kiedy ujrzał swojego sąsiada - z domu obok - miał miejsce półtora tygodnia po przeprowadzce, kiedy znalazł na swoim balkonie ukrytą drabinkę, która, jak się okazało, prowadziła na dach. Nie był to stromy dach z dachówkami, tylko płaski, więc nie było zbytniego ryzyka, że spadnie. To był dzień, w którym dowiedział się, że dał kosza królowej cheerlederek i, no cóż, był zestresowany, bał się, że dziewczyna będzie chciała się zemścić, przecież rozegrałby to jakoś inaczej, gdyby wiedział, że dziewczyna jest szkolną gwiazdką. Potrzebował spokoju, a ten dach mu to zapewniał.
Tamtego dnia była pełnia i księżyc oraz gwiazdy były bardzo widoczne. Prawdopodobnie dlatego, że niebo było bezchmurne. Louis naprawdę się z tego cieszył, uwielbiał gwiazdy. Jeszcze kiedy był małym chłopcem, a jego tata żył, razem kładli się na hamaku w ogrodzie i opowiadali sobie nawzajem o nich historie.
Louis chyba przeżył najgorzej z całej rodziny śmierć swojego ojca. A najbardziej dotkliwe było to, że była ona nieoczekiwana i nagła. Po prostu pewnego dnia wyszedł do pracy, a zamiast do swojej firmy, trafił do szpitalnej kostnicy, po tym, jak potrąciła go ciężarówka z pijanym kierowcą. I tak, jak Louis miał prawo być zły, wściekły i mieć żal do całego świata, to nie miał go, bo jego ojciec zawsze mu powtarzał, że wszystko ma swój powód, wszystko dzieje się dla czegoś. Coś się kończy tylko po to, żeby coś innego się zaczęło. I on w to wierzył. Bo może jego tata musiał umrzeć, żeby jego mama związała się Markiem, aby później się z nim rozwieźć i przyjechać tutaj i, możliwe, że Louis miał znaleźć szczęście właśnie tutaj? Może wszyscy mieli znaleźć szczęście właśnie tutaj? Louis miał taką nadzieję. Chciał w końcu dowiedzieć się, co może się zacząć dzięki śmierci jego ojca. Nie chciał, żeby było to coś błahego, to musi być coś wielkiego. Śmierć jego ojca była okrutna i on po prostu potrzebował świadomości, że nie poszła na marne, że coś znaczyła.
Westchnął, kładąc się na dachu i spoglądając tęsknie w gwiazdy. Tak bardzo za nim tęsknił. To jego ojciec był pierwszym, który dowiedział się o jego orientacji i wytłumaczył mu, że nie ma w tym nic złego, że dopóki będzie szczęśliwy z mężczyznami, to w porządku. Że płeć nie ma znaczenia.
To jego ojciec był jego najlepszym przyjacielem przez całe szesnaście lat jego życia i Louis miał żal do swojej matki, kiedy ta niecały rok po jego śmierci wyszła ponownie za mąż. Był zły, że nie cierpiała tak, jak on, że nie płakała tak bardzo i że na siłę próbowała tego do siebie nie dopuścić. Był na nią zły, ale kochał ją i wiedział, że ona po prostu inaczej przechodzi żałobę. Domyślił się tego, kiedy pewnej nocy słyszał szloch i skomlenia imienia swojego ojca z jej sypialni. Tak rozdarte i błagalne, że było mu jej żal i chciał do niej wejść, płakać razem z nią. Ale tego nie zrobił. Powinna z nim porozmawiać, powinni przejść przez to wszystko razem, a tymczasem ona pozwalała mu i jego siostrom przechodzić przez to wszystko osobno, chociaż kilka razy pocieszał je, gdy przychodziły do jego pokoju się wypłakać. A do tego ich nowy ojczym nie pomagał, tylko kazał im wszystkim zapomnieć, bo teraz on jest z ich matką i, cóż, Louis nie raz go za to uderzył i zwyzywał, samemu kończąc z kilkoma siniakami, aż jego mama zorientowała się, co się dzieje i rozwiodła się, po czym trafili właśnie tu.
Czasami zdawało mu się, że jego ojciec jest tuż obok, czochrając jego włosy i śmiejąc się z jego wyrazu twarzy. Po prostu kiedy tego potrzebował, czuł jego obecność i było mu lepiej. Może to było głupie, ale on to czuł. Wierzył w to, że jego ojciec będzie przy nim zawsze, tak jak obiecał. Zdarzało się także tak, że czuł jego palce w swoich włosach, kiedy gładził je uspokajająco, jak zawsze, gdy Louis denerwował się sprawdzianem, czy nawet zwykłą wizytą u lekarza.
Uśmiechnął się delikatnie, spoglądając na jedną z najjaśniejszych gwiazd. - Cześć, tato. - mruknął cicho, wyobrażając sobie uśmiechniętą twarz swojego ojca na tle gwiazd. - Tęsknie, wiesz? Mama chyba zaczyna wychodzić na prostą, pewnie się cieszysz. - łzy zaczęły napływać do jego oczu, kiedy zobaczył, jak jego ojciec kiwa głową. - Poznałem fajnych chłopaków w szkole, wiesz? Może będą bardziej tolerancyjni i w ogóle, chciałbym, żeby nie mieli nic przeciwko temu, że jestem gejem, bo są naprawdę mili. - kontynuował, wycierając kąciki oczu. - Szkoła jest nawet okej, ale dałem kosza szkolnej gwiazdce i trochę się martwię, jednak Liam, Niall i Zayn powiedzieli, że nie dają mnie pod jej pazury, więc chyba będzie ze mną w porządku. - przymknął powieki, wdychając świeże, wieczorne powietrze. - Chciałbym znaleźć sobie chłopaka. - wyznał w końcu, po chwili ciszy. - Znasz to uczucie, kiedy po prostu pragniesz mieć przy sobie kogoś, w kim miałbyś oparcie? Kogoś do kochania? Wiesz, taką osobę, z którą dzielisz takie magiczne chwile... chciałbym miłości. Bardziej niż dotąd i nie wiem, dlaczego.
Otworzył oczy i uśmiechnął się smutno, kiedy zobaczył swojego ojca, uśmiechającego się do niego pokrzepiająco, po czym wyczytał z ruchu jego warg jedno zdanie, którego zawsze się trzymał, "Odpowiedzi przychodzą z czasem".
I wiedział, że odpowiedzi same do niego przyjdą. Uśmiechnął się szeroko i skinął głową, opowiadając o swoim dniu. Opowiedział o tym, jak odmówił Eleanor wyjścia na kawę i jak stara się o bycie w szkolnej drużynie piłki nożnej oraz o tym, jak mama promieniuje, odkąd się tu przeprowadzili.
On po prostu potrzebował opowiedzieć mu o tym wszystkim, jak zawsze, kiedy wieczorami przesiadywali na hamaku, opowiadając sobie o swoim dniu. Tęsknił i nawet, jeżeli to, że widział swojego ojca w gwiazdach było chore, to on tego potrzebował. Nie wiedział, czy poradziłby sobie bez tego.
***
Siedział na dachu przez następną godzinę, chichocząc, kiedy opowiadał tacie o tym, jak Niall dostał kozę na tydzień za to, że wytknął nauczycielce fałsz na lekcji muzyki, kiedy ta śpiewała hymn narodowy Irlandii. Miał rację, przecież był Irlandczykiem, ale kobieta oburzyła się i dała mu kozę.
To właśnie wtedy coś w domu obok zaszeleściło. Dwa domy dzieliły może dwa metry i Louis z okna ze swojego pokoju mógł swobodnie zobaczyć co dzieje się u sąsiadów. Co prawda nigdy nie zamierzał robić czegoś takiego, ale kilka razy zerknął, tylko po to, żeby spotkać się z zasłoniętym oknem.
Zaciekawiło go to, że osoba, która mieszka w tamtym pokoju miała czarne zasłony. Jego mama nigdy w życiu nie pozwoliłaby mu mieć czarnych zasłon, ale może mieszka tam ktoś uczulony na słońce?
Oba domy były praktycznie identyczne, różniły się tylko kolorami, dom obok był beżowy, a dom Louisa – niebieski.
Szatyn spojrzał w bok, na dach sąsiadów i zmarszczył brwi, kiedy w ciemności ujrzał cień. Zmrużył oczy, żeby zobaczyć, czy ktoś tam jest, ale nic nie zobaczył. Było naprawdę ciemno, prawdopodobnie była już późna noc, a on i tak nie ma najlepszego wzroku.
Okulary zostawił na stoliku nocnym, obok łóżka, a soczewki zostały w jego łazience.
Jęknął, przecierając dłonią oczy, po czym ponownie zamrugał i spojrzał w miejsce, w którym ostatnim razem był cień.
Odchrząknął i przysunął się bardziej do krawędzi dachu, wychylając się trochę. Cień poruszył się i szatyn ponownie usłyszał szelest, więc odskoczył, upadając na pośladki.
- Louis!
Szatyn ponownie podskoczył, ale nie oderwał wzroku od wyraźnego konturu postaci na dachu obok.
- Louis!
Szatyn westchnął i oderwał wzrok od postaci, spoglądając na drabinkę. - Tak, mamo?! - krzyknął, przysuwając się w stronę balkonu.
- Zgaś to światło i zamknij drzwi, bo dziewczynki nie mogą spać!
Szatyn westchnął i skinął do siebie głową. Zapomniał, że zostawił włączone światło i otwarte drzwi, a jego najmłodsze siostry mają pokój naprzeciwko i śpią z otwartymi drzwiami, żeby Jay słyszała, co się dzieje. - Dobrze! - odkrzyknął, przenosząc swój wzrok z powrotem w stronę dachu obok, ale niczego nie zobaczył.
Może to po prostu ze zmęczenia. Bo przecież, kto normalny wchodziłby na dach w środku nocy? Louis się nie liczy, on nie jest normalny.
Niebieskooki ponownie westchnął i wzruszył ramionami, schodząc po drabince na balkon, po czym wszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi.
Jutro zapyta Liama, Nialla i Zayna, czy wiedzą, kto mieszka obok.
Autorki: Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain, Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie) :D
Banner: Najna (to tylko chwilowy, póki nie będziemy znały głównych postaci) :)
Opis: Masz czasem wrażenie, że życie innych toczy się naprawdę wolno, kiedy Twoje wciąż pędzi i pędzi do przodu, i nie daje Ci nawet krótkiej chwili na złapanie oddechu? Nie wydaje Ci się, że życie innych jest zadziwiająco proste przy tym, przez co Ty przechodzisz? Masz od czasu do czasu ochotę by zostawić to wszystko daleko za sobą? Szkołę, nauczycieli, rodziców i to całe związane z tym wszystkim gówno? Nie masz czasem wszystkiego dosyć?
Chcesz uciec, ale wiesz, że nie możesz. Ciągle liczysz, że pewnego dnia będziesz mógł ogłosić światu, że masz - wiadomości z ostatniej chwili; że już się nie przejmujesz tym całym pieprzonym syfem - pfff… marzenia. To właśnie życie. Nie możesz tak po prostu się od niego uwolnić, zamknąć oczu i zatkać uszu, by nie słyszeć jego pretensji. To życie, które jest Twoją cholerną klatką i siłą trzyma Cię w Holmes Chapel.
Musisz się nauczyć korzystać z ochłapów wolności, które dostajesz. Oddychać pełną piersią, niszczyć bariery, kochać pomimo zakazów, przekraczać prędkość i liczyć, że któregoś dnia wiatr zabierze Cię w inne, szczęśliwsze miejsce.
Od Autorek:
Najna: Więc jak pewnie zauważyliście, ruszamy z dziewczynami z projektem, który będzie totalną improwizacją :) Każda po kolei będzie pisała swój własny rozdział, który będzie kontynuacją poprzedniego. Treść będzie inwencją twórczą tylko i wyłącznie jego autorki :) Nie ma umówionej treści, tak samo jak pairingu (chociaż po mnie wiadomo czego można się spodziewać). Myślę, że to nie tylko będzie świetna zabawa, ale także fajne zajęcie na wakacje oraz będziemy miały świetne wspomnienia :D Same plusy ;P
Więcej na temat projektu dowiecie się z tego posta :D
Klaudia: Hej. Bardzo się cieszę, że biorę udział w takim projekcie. Dzięki temu napiszemy wspólnie coś orginalnego i każda z nas pokaże kawałek siebie. Mam nadzieję, że skorzysta na tym każdy. Dziękuję.
Maja: Chciałabym móc napisać coś mniej schematycznego i wyświechtanego niż "jestem strasznie podekscytowana możliwością udziału w tym projekcie", ale myślę, że to zdanie, wyrażenie, cokolwiek całkowicie oddaje to, co właśnie czuję. Już nie mogę się doczekać publikacji rozdziałów i możliwości podzielenia się z Wami naszą wspólnie tworzoną historią. Coś czuję, że "The Imagination Project" będzie interesującą i niezapomnianą przygodą.
Ola: Cześć wszystkim! Jestem Ola i naprawdę nie wiem co ja tutaj w ogóle robię! Prawdopodobnie byłam za bardzo podekscytowana tym że mogę z paroma osobami współpracować i podjęłam się tego, mając gdzieś że pewnie będę zrywać nocki. Mam nadzieję że będziecie się z nami tak świetnie bawić jak my!
_____________________________
Rozdziały:
Rozdział 1 - Sometimes Stars Can Speak Louder Than People
Rozdział 2 - I'm Just Trying To Work
Rozdział 3 - Oh Fuck, I'm The Spanish Teacher
Rozdział 4 - Meeting By The River
Rozdział 5
Rozdział 6 - Unexpected Guest
Rozdział 7 - Is This Even Possible To Crazy Neighbor To Be So Beautiful?
The Imagination Project, to projekt, w którym czworo Autorów pisze kompletnie improwizowane fanfiction.
Pierwszą rzeczą jest to, że nie ma konkretnej fabuły, pariringu, bohaterów, NIC.
Każdy po kolei będzie pisał swój własny rozdział związany z poprzednim. Nikt nie będzie nikomu mówił, co ma pisać. Np. ja napiszę rozdział, w którym Louis przyjeżdża do nowego miasta i przeżywa swój pierwszy dzień w nowej szkole, a osoba, która będzie pisała następny rozdział, może napisać swoje wyobrażenie dalszego ciągu. Można swobodnie dodawać nowe postacie, pairingi, wszystko. Jedyną regułą jest to, że każdy rozdział musi być powiązany z poprzednim… chyba, że w jedyn rozdziale opisujesz jak wygląda życie Louisa a ktoś inny w następnym zacznie opisywać Liama, to będzie w porządku, ale drogi bohaterów muszą się splatać, nie koniecznie od razu, ale w pewnym momencie muszą.
Gatunek jest dowolny, głównie chodzi o to, że każda postać może być tym, kim ją stworzysz, a reszta osób musi to mieć pod uwagą, jeśli o niej pisze. Np. Niall może być hybrydą, wilkołakiem, wampirem, tym, kim go stworzysz (mam nadzieję, że łapiecie o co mi chodzi) plus możesz od razu określić orientację bohatera, żeby nie było później pretensji, że inny Autor spiknął go z np. chłopakiem, kiedy bohater miał być np. hetero.
Nikt nie ma prawa narzucać innym swojego pomysłu, kiedy masz swój rozdział, możesz zrobić go takim, jakim chcesz, wszystko może się w nim stać, ale nie mówimy innym, jak ma wyglądać ich.
Oprócz tego, pragnę dodać, że bohaterowie nie będą musili być ani sławni, ani związani z 1D (ale będą, chociażby z mojej strony) (głównie chodzi mi o tych innych pobocznych, którzy mogą być kimkolwiek sobie zarzyczą autorzy). Bohaterami mogą być wszyscy; youtuberzy, aktorzy, piosenkarze, modelki, czy nawet wymyślone osoby.
Nie wiem, jak wam, ale mnie podoba się ten pomysł. Nikt nie będzie znał fabuły rozdziału oprócz osoby, która go pisze, dopóki nie zostanie opublikowany. Szczerze jestem podekscytowana i mam nadzieję, że wy także to podzielacie <3
A oto autorki: ja - Najna (nobodyseenobodyknows), Ola (marehullam), Maja (littlegirlinaheavyrain), Klaudia (frankiebiero) oraz Zuzia (zuziadkochacie)!!!