Ostatnio stałam się straszną hipokrytką. Patrzę się komuś w talerz z pogardą, jakbym była niewiadomo kim. Oceniam kogoś jakbym miała do tego prawo. A później tak sobie myślę, co ja kurwa robię. Ani nie mam ostatnio rewelacyjnych osiągnięć na wadze, ani dyscypliny, ani niczego, a patrzę krzywo na wszystkich innych. Nagromadzona przez lata frustracja, żal i złość to bardzo niebezpieczna mieszanka. Zapominam, że przecież nie wszyscy są tak zniszczeni jak my. Są przecież ludzie, którzy nie muszą codziennie stawać na wadze, katować się głodówkami, płakać nad jedzeniem, mieć niekończące się wyrzuty sumienia, napady głodu czy agresji. Ale z drugiej strony przyznaj ... chciałabyś, żeby ktoś usiadł, zainteresował się tobą, okazał choć gram współczucia, i żebyś przez pięć minut grała tą pierwszoplanową rolę. Ale czy wtedy dalej nie wyniszczałabyś się tak desperacko po cichu? Z przyzwyczajenia? Zapominam, że kurwa normalny człowiek je ile chce, bo jest po prostu głodny, że dziecko je, bo sprawia mu to przyjemność. To, że w tobie zabito tą przyjemność lata temu i jedyne co pozostało to obrzydzenie, nie znaczy, że musisz obrzydzać życie innym. To nic nie da słonko. Wiem, że zadajesz sobie pytanie, dlaczego padło na ciebie. Ja też. Ale to nic nie zmieni. Zawsze będziemy drugoplanowe. W cieniu znika się po cichu ... 🦋