Kiedyś inaczej patrzyłem na kobiety. Kiedyś potrafiłem się zakochać w pięć minut. Dlaczego teraz nie potrafię? Gdy miałem piętnaście lat, bardzo lubiłem jeździć autobusem. Nie ze względu na to, że ciągnęły mnie rury wydechowe czy przegubowiec wyginał się w odpowiedni sposób. Ran na trzy, cztery dni wchodziła tam dziewczyna, w której zakochiwałem się mniej więcej w takim czasie, w jakim można powiedzieć: toabsolutnienajpiękniejsza-dziewczynanaświecie. A raczej szybciej. Spalałem się uczuciem gwałtownym, wyobrażając już sobie, jak chodzimy za ręce po parku, jak przeczesuje włosy dłońmi (dziwnym zbiegiem okoliczności zazwyczaj moje wybranki miały blond włosy do tyłka), jak rozmawiamy do świtu, jak rozchylam jej usta i w końcu jak zdejmuję z niej obcisłą koszulkę (zawsze miały obcisłe koszulki) i zostawiam w samych skąpych majtkach, a na koniec zdejmuję i je (seks, długie nogi skrzyżowane na moich plecach). Pałałem do niej potężnym uczuciem przez pięć, siedem, a czasami nawet jedenaście autobusowych przystanków. Dziewczyna stała niewzruszona i nieświadoma naszej fantastycznej przyszłości. Nieświadoma również, jak w akcie orgazmu krzyczy moje imię do ucha. Oczywiście serce rozpadało mi się absolutnie na kawałki w momencie, kiedy wysiadała z autobusu. Przyzwyczajasz się do człowieka, a on co? Wysiada na następnym przystanku. A to była miłość. Naprawdę. Ślepa, szczeniacka miłość. Co z tego, że pięciominutowa.
Piotr C. - Brud (via sidesofsouls)














