nie wiem od czego zacząć trochę, od jakiegoś dłuższego czasu czuję się jakbym nic w życiu nie potrafiła i jakby nic nie miało się nigdy zmienić, nic nie ma dla mnie sensu, nie mam na nic siły ani motywacji, czuję, że mam coraz mniej czasu, że powinnam szybko znaleźć to co lubię robić, ale dosłownie nie lubię robić nic i nic nie sprawia mi przyjemności, jak pojawi się coś i w jakimś ułamku umysłu pojawia się myśl, że to jest spoko to zaraz zaczynam kalkulować czy mogłabym to robić przez całe życie i czy mogłoby to być dla mnie zajęcie na przyszłość i zawsze odpowiadam sobie, że nie i nie chcę marnować więcej siły, energii i często pieniędzy na angażowanie się w coś co nie ma sensu, większość czasu jest marnowana, bo nie wiem co miałabym robić innego niż robię teraz, a nie znoszę tego co robię teraz, nie mam siły na robienie czegokolwiek co jeszcze bardziej wyciągnie ze mnie energię, czuję się jak rozładowana bateria, która ma siłę taką jakby chwilową, ale nic nie jest w stanie robić dłużej niż chwilę, mam siłę tylko na robienie czynności utrzymujących mnie przy życiu, wstaję, jem, idę do pracy, wracam i śpię,
wszystko po jakimś czasie zaczyna mnie męczyć, myślę, że moja chęć bycia kimś więcej mnie kiedyś zabije, nie umiem w żaden sposób zaspokoić potrzeby, że chciałabym być w życiu kimś więcej i chcę czegoś więcej, nawet nie wiem czego konkretnie, ale chcę, ta potrzeba mnie zabija, bo nie widzę siebie w niczym co mogłoby mi to dać, nie mam pojęcia co mam w życiu ze sobą zrobić i chyba to jest najgorsze, nie wyobrażam sobie przeżyć życia w taki sposób w jaki żyję teraz, ale nic się nie zmienia, a ja jestem coraz starsza i żeby robić jakieś rzeczy w tak duży sposób w jaki sobie je wyobrażam jest już w niektórych przypadkach za późno, jest mi źle, że w pewnym momencie zrezygnowałam z tańca, bo pamiętam, że to była jedyna rzecz, która dawała mi w życiu radość taką prostą, bezinteresowną, a wrócenie do tego teraz nie będzie tym samym, więc tego też nie chcę próbować, teraz robię rzeczy na takim automacie, że czasami po prostu się zapominam w tym i mogę tak kilka tygodni jechać i nawet tego nie zauważam, a później te myśli wracają ze zdwojoną siłą, myślę, że boję się w życiu wszystkiego, boję się żyć, lęk to kolejna rzecz, która niszczy mi życie, boję się bycia zwykłą i tak samo mocno boję się bycia niezwykłą, czuję się tak głupia i nie umiem przestać porównywać się do innych w każdej sytuacji, która mnie spotyka w życiu, wszystko co widzę dookoła siebie mierzę i odbieram do siebie, zawsze w tym układzie wypadam źle, zawsze, widzę sukcesy ludzi jako swoje porażki, myślę sobie o ludziach, którzy mają jakieś talenty, jakby byli do czegoś stworzeni i pytam się siebie czemu nie mogłam być to ja, czemu nie mam nic co mi zwyczajnie wychodzi albo czemu nie lubię niczego na tyle by się tego nauczyć, czuję się tak potwornie głupia, głupia emocjonalnie i głupia życiowo, myślę, że nie umiem żyć i nie umiem sobie radzić, czuję się tak źle, że samobójstwo nie wydaje się takie straszne, chociaż jestem pewna, że nigdy w życiu nie mogłabym zrobić sobie krzywdy, wiem jak to brzmi, ale zaufaj mi - nigdy nie mogłabym nieważne jak źle by było, moja mama nauczyła mnie tego, że możesz leżeć na ziemi i skamleć jak pies, a poźniej się podnosisz i tak, ale to nie jest siła to jest myślenie, że się powinno bo tak wygląda życie, że wstajesz i dalej robisz rzeczy, które sprowadzą Cię do tego samego miejsca i tak w kółko, już wiem, że gdy dochodzę już do jakichś wniosków w moim życiu to chwilę później orientuje się, że one nie miały żadnego sensu, że to tylko złudzenie, które pozwoliło odkryć mi kolejną rzecz, która zazwyczaj jest kolejnym problemem, zastanawiam się kiedy to się skończy, kiedy dojdę do ściany, która będzie spokojem? i od razu sobie odpowiem: nigdy, jakby tych myśli było coraz więcej i więcej, jakbym w żaden sposób nie umiała nad nimi zapanować, mnożą się i najgorsze jest chyba to, że absolutnie nic z nich nie wynika, czuję jakby w mojej głowie zapierdzielał pociąg, dosłownie najszybsze pendolino świata i patrzę na to co jest za oknem a to wszystko się tak rozmywa, z taką prędkością myślę, jednocześnie czuję się tak bardzo (nie chcę użyć słowa martwa ale nie mam innych słów) martwa w środku, to taka dramaturgia, ale to nie oznacza śmierci, nie wiem jak opisać to uczucie że chcę od życia czegoś więcej ale czuję jakby moja klatka piersiowa była przewiercona do podłogi albo jakby na moją klatkę piersiową grawitacja działała bardziej? czuję, że kamienieje coraz bardziej i bardziej,
ostatnio na terapii miałam też zjazd, czułam się przytłoczona, że nie umiem przez godzinę wypowiedzieć co mnie trapi, nie umiem wypowiedzieć ani jakkolwiek określić tego co mam w głowie, jestem tak niepewna tego co mówię i już nawet sama sobie nie wierzę w tym co opowiadam, boję się postępować tak jak uważam, że powinnam, bo nie ufam sobie nawet trochę, czuję jakby moje życie było przemyślanym obrazkiem, na który nawet nie mogę patrzeć, przemyślanym a jednocześnie nie mam pojęcia dlaczego doprowadziłam siebie do tego momentu, jakby wszystko działo się jednocześnie we mnie i poza mną, we mnie bo to moje życie i przezywam wszystko co z nim związane, ale poza mną bo czuje ze wcale nie mam kontroli
czuję się w tym wszystkim tak bardzo samotna i ta samotność nie jest o ludziach, którzy dookoła mnie są, jestem bardzo wdzięczna, po prostu nieważne jak dobrzy są ludzie dookoła mnie ja czuję się tak samo samotna i czuję się gdzieś indziej, czuję, że moje myśli są nie do wytłumaczenia, dlatego zawsze już będę sama, na wszystkich poziomach, bo to ze mną jest coś nie tak