Na Dno
Moja przestrzeń na siedem metrów głęboka zachłanna na duszę, usycha z tęsknoty za żywym, oświeconym, jaskrawym.
Brak mi jak dla kotki błyskotki.
Brak mi jak dla puszka okruszka.
Brak mi.
We mnie milion litrów spirytusu dla spragnionych i wody ani kropli. Upragniona ekstaza i euforia. Niewzruszoność z kamienia ukuta. Mgły kłęby, a w nich przerażające chmary czarnego ptactwa zataczają kręgi. I nie wiem, jak mogłabym to inaczej wyjaśnić. I nie wiem, jak Ci to, kule bele, opowiedzieć. Brak mi słów takich tanich, takich słabych, zostają mi te wysokoprocentowe, te towary z górnej półki o największej zawartości dramatu. Może brak mi ciała, co mogłabym je spustoszyć.
Brak mi ciała, co mogłabym je strawić nowomowotworem. Ciała, w którego tętnicach rozpuszczałabym te wątpliwości, co do sensu i znaczeń, aż węzły chłonne popękałyby od natłoku interpretacji. Rozkwitłyby w tym ciele rozłożyste guzy teorii czasu. Wtedy skóra posinieje, a ołowiane plamyplany opadowe zabiorą ten bezcenny preparat na samo dno. I byłoby niebezpiecznie, niepokojąco. Jak lubię.
Brak mi czegoś słodkiego, lepkiego jak palce do oblizywania.
Brak mi czegoś czystego, w co mogłabym uwierzyć. Wiary brak trochę.
Z wyparciem przyznania się do posiadanego od urodzenia braku, odeszła mi wiara. Zlało się całe cztery i pół litra czerwonego atramentu. Wyschły organy, nie zagrają już kiszki marsza. Udusiła mi trzewia niedokrwistość trzeźwego myślenia, ciągłego poszukiwania podstępów i pułapek. Drogo zapłaciłam za bycie na posterunku, na ostrym przedwłamaniowym dyżurze. Wpiłam więc zęby w ciepłą szyję chłopca o skórze pergaminowej, bo pod nią tętniło życie. Ale ta krew taka ciężkostrawna. Ta krew taka zbyt zdrowa, że aż przestałam być głodna. Jeszcze zaczęłaby we mnie krążyć, dociekać, wciekać w te chore zakamarki swym wysokokalorycznym współczuciem. Jeszcze bym się roztyła, aż do nawrócenia. A ja wiary chcę takiej zwyczajnej, takiej permanentnej i transparentnej, co pokryłaby mnie całą jak lakier bezbarwny i już bym nie rozmokła stawiając stopy na niepewnych gruntach.
Energii brak mi.
Dorzucam do podwójnego espresso łyżeczkę brązowego cukru i podbijam stawkę kofeiną w kapsułce. Jeszcze dwie filiżanki gorzkiej herbaty dla odwagi. Nie zwracając uwagi na drobne drgawki, rzeczywistości skrawki dopuszczam do siebie przez filtr z dobrego humoru. Uniesiona falą pozytywnej myśli z zakazanych źródeł mogę góry przenosić, rzeki zawracać, stawać ramię w ramię z pospólstwem i rozśpiewać płuca hitami eremefu.
A kiedy już poczuję się zbyt swobodnie na chwilkę tylko, zanużę w swej niefrasobliwości, zagalopuję w tej beztrosce, coś mnie ciągnie za włosy. Szarpie mnie do tyłu znienacka, aż tracę oddech, aż cierpi na tym krzywy kręgosłup, aż rozjeżdża się na cztery strony świata jego dyskografia. A jak już porządnie pociągnie, sprawnie oplatając warkoczem swój nadgarstek to dostaję jeszcze klapsa, żebym się na potem nie zapominała. I jak w niskobudżetowym filmie porno klapsy gonią rozkosz, a rozkosz klapsem jest wywoływana. Rozpędzam się, rozgrzewam wilgotnym oczekiwaniem. A potem pod gardłem dłoń silna. A potem na szyji zaciskając się jakieś całowane z czułością palce. A potem nie da się na tyłku spokojnie usiedzieć, bo chce się więcej, a wtedy obudzić się trzeba.
Więc tym kwaśnym rozczarowaniem, co przepala mi przełyk, pięknieję. Naprawdę pięknieję. Skóra staje się gładsza, bardziej odporna na sentymenty, usta nie pierzchną od nadmiaru pocałunków, oczy szklą się przepełnione niewylanymi łzami. Żałosnym jest to, niepoparte wieloma doświadczeniami poza własnym, odkrycie, iż sekretem wiecznej młodości być może utrzymywanie stałego poziomu rozczarowania we krwi. Może to wada genetyczna albo defekt nabyty. Jestem jednak przekonana, że zaraźliwe to paskudztwo i nieuleczalne. Więc raz jeszcze za pamięci powtórzę, że ciała mi potrzeba, co mi się z wiarą odda, co z zaangażowaniem będzie rozcierało zmarznięte słabym krążeniem dłonie. Takiego ciała mi trzeba, co mi pozwoli uwierzyć. Takiego ciała, co pozwoli mi się nużać w niefrasobliwości, a potem i za włosy szarpnie, i klapsa da. Takiego, co kiedy już poczuję się zupełnie swobodnie sama ze sobą i zgodnie z prawami fizyki, pod wpływem ciepła wypełnię naszą materią całą życiową przestrzeń, nie odsunie się. Nagle.














