AutoPortret Intymny z Przerwą Pretensjonalną
Jeszcze mogę, jeszcze zdołam złapać trochę powietrza, upchać w płuca na zapas. Walczę o ostatnie tchnienie nad powierzchnią wody, zanim mnie zabierze, zanim utonę znowu. Postaram się jeszcze odetchnąć sobą, pełnią siebie. Już zaczęły skrzypieć palce, już muszę walczyć o jakieś słowa, co się stają obojętne i matowe. Nie krwawię, nie boli już i co dalej? Co dalej z tym ciałem, co nie cierpi? Takie jest tandetnie spokojne. Takie jest wyblakłe, wątłe, marne. Takie nierozczarowane, a związane strachem ma ręce. Taka jestem nijaka z rękami za plecami, że aż mnie zbiera na mdłości.
Wierci się we mnie ta niechęć do kolejnego kroku, do nieszczerych uśmiechów. Nie krzyczę w sobie i już za sobą tęsknię. I choć morze przede mną czasu, co go biorę za pewnik i nieskończony wachlarz możliwości, to ja wiem, że siebie mam tylko na chwilę i aż na zawsze. Stałam się fatalnie egocentryczna, bo podniosłam swoją gardę wysoko i nie widzę już nic wokół. Za tym idą kolejne wyrzuty sumienia, że przyjaciół zaniedbuję, że o rodzinie zapomnę, że nie piszę, że nie tworzę, że jestem bezproduktywna w samozamyśleniu. Tylko truizm mi potrzebny jak maseczka z tlenem, najlepszą z możliwych dłonią podawana.
Na domiar złego nisko upadły moje oczekiwania, więc dźwigam je z podłogi wkładając w to resztki sił i z przestrachem stwierdzam, że ten brak wiary i zaufania zwiększa siłę grawitacji czterokrotnie. Patrząc pod nogi natrafiam na kałuże, co w nich znowu ja. Ja, co roztyło się we mnie, co się rozpycha, co sobie z nim nie radzę zupełnie.
(Przerwa całkiem zamierzona.)
Znów wypijam o dwie kawy za dużo i z tego rozedrgania, pośpiechu, przez nieuwagę i głupotę kompletną, potykam się przez zawiązane sznurowadła i boleśnie twarz wcałowuję w chodnik. Krew cieknie mi spod nosa razem z wielkim zdziwieniem i zdenerwowowaniem, że się spóźniam do własnej śmierci, a jeszcze tyle muszę zrobić. Zarobić. Czas. Spóźnia mi się. Spóźniam się. Spóźniam się ciągle z wyciąganiem wniosków, prania z pralki, zaspanych kości z łóżka. Spóźniam się i znów przekładam wypełnianie obowiązków na potem, na po, bo ciągle mam nadzieję, że umrę z przyjemności zanim trzeba będzie oddać esej albo wykuć odmianę francuskich czasowników. Autodestrukcja słusznie zaczyna się na A. Jak „Amen”, „Atrament” i „Apatia”. A to bezsprzecznie moja ulubiona litera. Z krążeniem myśli nie mam problemów, a z krążeniem krwi widać kłopoty, bo mi palce okropnie marzną. W zasadzie to dość do mnie podobne i dość mało praktyczne. Pasuje jak ulał, jak haiku o szczotkowaniu zębów albo krojeniu sera, a może o bezsilności wobec GPSu, co potracił kierunki. A może wcale nie potracił. Może próbuje zaprowadzić mnie do jakieś lokalizacji konkretnej, może jest sterowany tajemniczymi mocami mojego przeznaczenia, a ja cały czas krzyczę na niego, że nie chce ze mną współpracować, bo nie jest kobietą, bo nowa technologia taka bezduszna, bo pasażera wciąż brak i brak. I wraca poczucie winy wobec utraconych współrzędnych, co starają się jak mogą, ale mnie widocznie nie da się zadowolić. Tych pragnień wciąż więcej i więcej. Potyczek z odbiciem lustrzanym, co jest mnie inną wersją, z którą się nie zgadzam, a jak się zgodzę to jego już nie ma. Swoją drogą zabawny ten figiel językowy z odbiciem, co ukradkiem zmienia rodzaj na męski.
Jeszcze ten brak odwagi w podejmowaniu decyzji, ciągłe siedzenie na płocie, co się wrzyna jak za ciasna koronkowa bielizna. Te wszystkie drobne wirusy, które mnie zabijają codziennie, co im jestem tak wdzięczna za każdy jeden krok bliżej decyzji beze mnie podjętej, odbierają mi smak i apetyt, i naprawdę sądzę, że już nie mam pojęcia o niczym, a nie tylko o Nietzschem. Mam też zaległości, nie tylko w czułości. Zaległości mam w świata poznawaniu, w literaturze i w kinie. Sypiam po osiem i dwie godziny na dobę, a w pościeli też mam zaległości. W nauce mam zaległości po strukturaliźmie i moderniźmie, jak się zajrzy trochę głębiej to później tylko strzępy nihilizmu. Wytopić się staram z konsumpcyjnych nawyków. Destylować osobowość z obronnych mechanizmów. Wreszcie zamknąć pysk i sublimować do postaci jednej kapsułki z całą moją galaktyką.
Tylko jedna myśl, jak czarna chmura, jak brak mleka do kawy, co będzie, jak się okaże, że ze mnie żadne LSD czy chociażby ibuprofenum, tylko zwykłe placebo? Na siedem dni przerwy, by tylko nie dawać o sobie zapomnieć. Przecież te wszystkie zabawne ciekawostki, te mądre spostrzeżenia, te błyskotliwe uwagi, to co sobie uzbierałam, jak smarkacz w skarbonce, nie mogło tak przepaść bez wieści. Nagle nie mam nic ciekawego do dodania, żadnych ciętych ostrym jak brzytwa umysłem ripost, czy bystrych komentarzy. Szukam rozedrganymi dłońmi tej pewności siebie, co ją wkładałam przecież do tej czarnej torebki. I chciałabym mieć jakąś zabawną anegdotę pod ręką, ale wszystkie wyszły mi bokiem. Ślina dosłownie za sekundkę powinna coś przynieść na język, ale nic nie mówię, bo szperam za tą pewnością siebie, co gdzieś przepadła pod szminkami, długopisami i toną chusteczek higienicznych. Właściwie to chyba tylko za odwagą, bo dawno już siebie nie byłam tak niepewna. Odwracam się więc, klnę w myśli, a potem ubieram się i wychodzę, by robić te głupie rzeczy, co przyniosą mi niedługo cierpienie. Bo bardzo chcę, żeby mnie mama pytała: po co to sobie robisz. Przynajmniej sobie i przynajmniej zaboli. Przecież ja lubię jak boli. Jak nie jest jałowo. Kiedy mogę przetestować tę granicę ustaloną po największej katastrofie, gdy reanimowało mnie wiele rąk i ust kilka.
Mogłabym teraz dojść do jakiejś puenty, pointy albo zwyczajnej . Mogłabym uprościć do mojej maleńkiej, ukochanej blizny obok wskazującego palca prawej dłoni. Owszem.
Nie jestem tylko pewna, czy mogę tak powiedzieć, jakoś niepokolei, jakoś bez ostatniej klepki. Mam ciągle nadzieję, że w tym szaleństwie jest metoda i psim szwędem, gdzie pieprz rośnie, udowodnię sobie, że jestem warta więcej niż sto milionów dolarów, a może nawet lepsza jestem niż 11/10.